Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ
wtorek, 05 czerwca 2018

Dziś wpis będzie zastępczy, mącący rzeczywistość, będący substytutem. Nie chcę pisać wprost o pewnych rzeczach, więc przywołam historię i wydarzenia sprzed blisko 30 lat. Opowiadałem ją Hani, kto zechce trochę pokombinować zrozumie co próbuję powiedzieć. A jej się krzywda żadna nie zdarzy.

DSC_0180
W 1989 roku wyjechałem z rodzicami do Szwecji.
Miałem wtedy tyle lat co Hania teraz. I generalnie niewiele wiedziałem o otaczającym mnie świecie a już niespecjalnie interesowałem się politycznym tłem, za najważniejsze uznając, że na dwa lata tracę kontakt z kumplami z Ursynowa. Jako małoletniego interesowało mnie też to, jak przyjmą mnie dzieciaki w szwedzkiej szkole w Malmo, to było wystarczająco stresujące.
Najpierw trafiłem do szkoły z klasą przygotowawczą, było nas tam kilkoro, różnych nacji - Rumun, Bułgarka, ktoś z Bliskiego Wschodu, Iran, Portugalia, ktoś jeszcze, dziś już dobrze nie pamiętam. Uczyliśmy się szwedzkiego i w tej klasie każdy był równy. Ale na przerwach, na których zresztą poznałem fantastyczną grę w kulki, trzeba było się zmierzyć z typowymi szwedzkimi nastolatkami. Wtedy dowiedziałem się, że jestem Polakiem. Czyli kimś gorszym. Znacznie. Z dziwnego, żeby nie napisać - beznadziejnego kraju - Polski, gdzie generalnie ludzie są smutni, szarzy, nie mają pieniędzy, brzydkie samochody i kradną a władza pije. To niedosłowny, ale z pamięci wyciągnięty zlepek cytatów. I jeszcze to moje imię. Bartosz syczał w uszach, Bartek był dziwnie zmiękczany z końcówką "-tiek". 

To nie były jednak ani czasy, ani wiek, żebym poczuł na sobie jakieś przejawy znęcania się fizycznego. Ale czasem to psychiczne było gorsze. Ostentacyjne odsuwanie się i słowa, które już wtedy trochę rozumiałem "Polak śmierdzi", "Nie gadaj z nim, bo się zarazisz", "Ciekawe, czy jego rodzice też handlują wódką i klapkami w parku". Bariera językowa nie pomagała, ale wtedy, w tamtej szkole, do której chyba chodziłem raptem trzy miesiące, pomogły kulki. Nie pamiętam dokładnie jak to było, ale kiedyś pozwoliłem dużo słabszą kulką atakować moją wieżyczkę kulek więcej wartych i większych. Może to były moje ulubione kulki "Paris", przezroczyste, błyszczące. Zasady były proste - kto zbije wieżyczkę, zabiera wszystko. Ja ustalam skąd rzuca. Zrobiło się zbiegowisko, fart pomógł, zebrałem cały worek kulek, nie tracąc wieżyczki i mały szacuneczek za odwagę. Mówili już wtedy do mnie "Bart fran Polen", wymawiając "Bert". Potem zmieniłem szkołę, bo w tej nie było już wyższych klas.

Sytuacja trochę się powtórzyła. Ale okoliczności były inne. Umiałem szwedzki na tyle, żeby odpowiedzieć na zaczepki, ale też mieć jakiś kontakt. Pojawili się za to w klasie Polacy, którzy w Malmo mieszkali dłużej. Był Martin (Marcin), zadziorny, nieprzyjemny w stosunku do mnie typ z rodziny polsko-szwedzkiej i rodzeństwo bodaj Karolina i Jarek, dziś powiedziałbym, że mieli wyżej dup... no wiecie, nosa zadzierali. Trzymali się razem. Kiedy nie umiałem czegoś powiedzieć, szukałem słowa, chciałem się dowiedzieć gdzie iść na następne zajęcia, pytałem ich po polsku to często słyszałem "Prata svenska!". Nie chcieli być inni, chcieli być szwedzcy, nie chcieli mówić po polsku. Opinia o Polakach, którzy przypływają promami do Ystad całymi stadami, kradną, piją i handlują na ulicy bóg wie czym, przylepiła się do mnie, byłem inny i przez to nielubiany. A nawet jeśli nie, to jako jedyny wracałem ze szkoły sam i siedziałem sam w ławce.

Dwie drobne rzeczy to zmieniły i sprawiły, że Szwecję na długo zapamiętam jako jedno z najfajniejszych moich wspomnień. Pierwsza to była lekcja matematyki. Ojciec w domu nie dawał mi taryfy ulgowej, uczyłem się rytmem polskiej szkoły, która w wielu miejscach zaawansowania wyprzedzała szwedzką. Raz na bodaj pół roku zdawałem egzaminy w Kopenhadze, żeby móc po powrocie do Polski trafić do klasy zgodnie z wiekiem. A w szwedzkiej szkole normalnie chodziłem na lekcje. W tym matematyki. Tam wtedy w klasie VI było dodawanie z jedną niewiadomą. Pamiętam, że książka do ćwiczeń zaczynała się od działania x + 2 = 4. Nie miałem problemu ze zrobieniem jej całej w kilka tygodni i na lekcjach się nudziłem. Któregoś dnia nauczyciel napisał mi na kartce inne działania, z potęgami, pierwiastkami, ułamkami. Czymś, co szwedzki uczeń poznaje później. Zrobiłem wrażenie na reszcie dzieciaków, wymyśliły nawet rywalizację, czy umiem napisać takie działanie, którego nauczyciel nie umie rozwiązać. Chyba nie podjął rękawicy.
Polakom też się spodobało. Na tyle, że na którymś wuefie Martin (Marcin) powiedział (po szwedzku oczywiście), żebym przyszedł na mecz, bo on trenuje w zespole IF Allians i grają akurat na naszym boisku szkolnym z drużyną SK Hakoah i brakuje im kogoś w składzie, a ja na zajęciach szkolnych wydaje się, że piłkę kopać umiem.

20180605_135850
Nie pamiętam dokładnie jak, ale trener Alan dopisał mnie do składu 13 latków
i nie pamiętam dokładnie ile, ale wygraliśmy coś koło 9:1. Strzeliłem 8. Pod koniec meczu Martin śmiejąc się krzyczał przez pół boiska, żebym - uwaga, wiem, że to nie będzie ładne - darował już Żydom, bo drużyna Hakoah była złożona z dzieci żydowskich emigrantów. Zresztą w naszej lidze podobnych zespołów było więcej - z Iranu, Turcji, Jugosławii (już z rozbiciem na narodowości Chorwacką, Bośniacką etc.). Do dziś w wysokich doorosłych ligach Szwecji grają drużyny Syrianska i Asyryjska.
Po meczu Martin podszedł i powiedział, żebym zaczął regularnie przychodzić na treningi, tłumaczył jak dojść do klubu, na boisko przy skrzyżowaniu z Regementsgatan. Nie do końca rozumiałem. W końcu nie wytrzymał: "Kur..a, prosto a potem w prawo za parkiem, rozumiesz?" - rzucił po polsku. Grałem w IF Allians prawie półtora roku, do powrotu ze Szwecji. Już nie byłem inny, razem chodziliśmy na boisko, na basen, na ryby, jak rozwaliłem na rowerze brodę Martin (Marcin) prowadził mnie do lekarza, moi rodzice nie handlowali wódką a zmiany w Polsce w 1989 r. zmieniły też opinię o naszym kraju. Pamiętam, jak bibliotekarka w Slottsstaden skola prosiła bym zapisał jej poprawnie na kartce jak pisze się Karol Wojtyła i Lech Wałęsa.

Niełatwo być innym, trudno znaleźć zrozumienie dla swojej inności, zwłaszcza u dzieci. Te są różne, mają swoje sprawy, nie lubią odstawać, a przez znajomość z kimś innym same stają się trochę inne. W tym wieku to trudne do zaakceptowania. Ale wiem, że każdy ma takie dwie-trzy rzeczy w sobie, które spowodują, że inność przestaje być problemem. Czekanie, aż się będzie mogło je pokazać, albo po prostu ktoś zechce je zauważyć, jest trudne, zwłaszcza kiedy się jest samemu. I dlatego znów, jak 30 lat temu, jest mi ciężko i smucę się.

******************************************************************************************************************

Dziękuje wszystkim bardzo mocno za przekazanie Hani 1%. Jeśli nadal chcecie Hani pomagać - będę szczęśliwy i wdzięczny:

Numer konta Hani:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Fundacja Dzieciom Zdążyć z Pomocą nie daje nam możliwości korzystania z pieniędzy przed ich wydaniem. A nie zawsze starcza, żeby założyć i potem czekać na zwrot kilka tygodni. Rozumiem, że jest to zabezpieczenie przed nieuczciwymi osobami, którzy żerują na cierpieniu dzieci. Jeśli uznacie, że jestem dość uczciwy, by nie oszukiwać córki, możecie wybrać, na które konto wysłać pomoc.

Numer konta fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

Alior Bank S.A.
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
z dopiskiem: 18757 Raj Hanna - darowizna na pomoc i ochronę zdrowia.
14:12, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »