"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
wtorek, 11 grudnia 2007
Siedzi mi własnie na kolanach, więc nie wiem czy mogę... Właśnie sobie uzmysłowiłem, że ta lala, jak dorośnie trochę, to może to wszystko przeczytać, i nie wiem, czy nie będę miał wtedy awantury za przedmiotowe traktowanie.
A niech mnie (poszła do kocich misek), piszę szybko. Wczoraj się wydarzyło coś bardzo fajnego, o czym dziś naskrobię. Bo my sobie z Najwspanialszą Matką Globu (NMG) tak lekko, ale skutecznie postanowiliśmy, że nasza panienka, ikonka, blondyneczka Haneczka nie będzia łazić w spódnicach, sukienkach i innych kieckach bez wcześniejszej pionizacji, bo każdy z was panie i panowie wie, jak to jest być kobietą i łazić na czworakach z dupą na wierzchu, bo się ciuch zwany spódnicą zakasał pod pachy, odsłaniając pieluchę wypełnioną bobasowymi cieczami i innymi ciałami.

Więc czekaliśmy aż panienka na tyle się spionizuje,
że już bedzie można ciuchowy atrybut dziewczęcy nałożyć. No i jak żeśmy z NMG poleźli szukać kombinezonu w weekend (sześć sklepów gigantycznej galerii niedaleko Warszawy i ani jednego kombinezonu - serwis aukcyjny na "All" - bezcenny - kombinezon już w drodze), więc jak żeśmy do tych sklepów pojechali, to dziecko właśnie w galerii uznało, że czas samemu połazić i tak jak dotąd były to próby sporadyczne, tak teraz popyla, że hej. Więc my (ojciec-żywiciel i NMG), jak tylko źli (na kombinezonu brak) wrócilim do domu, to nagrzalim w pomieszczeniach i dawaj miniówę ikonce sprezentowaliśmy.



No inne dziecko mówię wam, jakieś takie cholera doroślejsze, krzywe nogi wystają spod kiecki (styl a'la mama), gęba roześmiana, swoboda ruchowa pełna. A już szczytem szczęścia było, jak do zdjęcia widocznego ojciec-żywiciel (niejedyny) ustawił na stole w centralnym punkcie lokum naszego córeczkę w kiecce. No istny wybieg, gala, fashion itd. Tymczasem szybko kończę, bo mi się ikonka za zjadanie kocich chrupek zabiera, bynajmniej nie stojąc, a siedząc między michami zwierzęcymi.

Nie jedz kitekata cholero!!!

PS1:
W następnym odcinku kwestia rodzicielska będzie, mianowicie kim ma być Haneczka wg, ojca-żywiciela, a kim według NMG :-)
10:37, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2007

Smutno mi i źle, bo dziecko olało mnie straszliwie i upokarzająco. To pierwszy tak ogromny zawód jaki mnie spotkał ze strony ikonki ukochanej blondyczeczki mojej córeczki. Z racji tegoż wybaczalnego, ale jednak dotkliwego zranienia, będzie dziś krótko i treściwie (Najwspanialsza Matka Globu - wybaczcie za niewielką dygresyjkę - właśnie w tej chwili przez telefon mnie okrzykuje, że jej nie słucham, tylko coś w klawiaturze stukam, a ja jej na to, że bloguje o córeczce-blondyneczce, co dla NMG wytłumaczeniem jest jednakowoż kiepskim). 

Znów rzecz się dzieje w żłobku, o którym to już było parę razy, więc przemilczę szczegóły, a mianowicie ja tam ją (blondynkę) rano oddaję, przebieram w ciuchy podomowe i chce się pożegnać czule, bo to chwila dla mnie i bardzo intymna, i bardzo ciężka jest bom wrażliwy. A tu ikoneczka mi we wrzask, i to wcale nie histerycznie radosny. Wyobraźcie sobie, że na mnie nabluzgała i łapami obstukała, nogą doprawiła, bo się guzdrałem w zakładaniu kapci, a ona już chciała wmaszerować do dzieci innych. I jak sobie zamyśliła, to jak najszybciej potrafiła się ode mnie wyrwała i jak głupka w przedpokoju żłobkowym zostawiła, nawet się nie odwróciwszy poszła.

Poskładałem kurtkę i kozaczki, poskładałem szaliczek, czapkę w kostkę, sprawdziłem czy w torbie pieluchy są i tak jakoś mi smutno się strasznie zrobiło, że dziecko woli towarzystwo prawierówieśnicze od Ojca-żywiciela (niejedynego na szczęście). Miało być krótko, więc opis bolesny tu kończę.

Papa, tata...

Marną pociechą fakt, że dnia kolejnego dziecko raczyło łeb odwrócić i nonszalanckim tonem rzec do Ojca "Pa (długa, znacząca, lekceważąca przerwa) Pa". A już żadnym, że dnia następnego, jakiś rówieśnik czymś jej w tym żłobku wyrżnął (chwilowy nasłuch i ogląd monitoringowy zaniechałem - o kamerach było w debiutanckim blogu) i ikonka dwa lima pod okiem ma i dodatkowo zadrapanie, istna ofiara losu. Ckliwie o jej ranach myśląc, pamiętam jednak o swoich wciąż rozdrapanych i liczę, że pozycja żłobka względem Ojca się lekko zdewaluowała.

Przeczytałem co napisałem i stwierdzam świadomie: no ja przecież nie mogę być normalny.

13:44, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 grudnia 2007

Może tym razem o diabelskim TVN24 będzie? Miejsce akcji nie wyjątkowe wcale, bo przychodnia zdrowotna, placówka przez Ojca żywiciela (niejedynego na szczęście) i resztę familii skutecznie omijana, ale czasem przecież trzeba. Więc idzie Najwspanialsza Mama Globu (NMG) do tejże zdrowia jednostki skontrolować, czy aby glutki z nosa H. to już na amen sobie poszły i czy można dziecko, ikonkę naszą, kłuć szczepieniowio, czy jeszcze odczekać. Jak to jesienią placówka zdrowotna wypełniona po brzegi, co Hania odbiera z pozytywnym wrzaskiem i komunikacją gebową, w skrócie - dialogi idą w każdą stronę z innymi małymi istotkami-pacjentami.

Katar ustąpił, blondyneczka niepociągająca, czas ubierania następuje w poczekalni, kiedy nagle drzwi się otwierają i wchodzi Bardzo Znana Dziennikarka Telewizyjna. Wiecie już, że z TVN 24, dodając szczegółów dodam, że sejmowa. Na ręku tym razem ma dzidziusia i najwyraźniej reportażu z poselskiego wykonania obietnic robić nie będzie, znaczy przyszła prywatnie. Komentarzy nie ma (tłum uprzejmie nie zachowuje się nachalnie), poza jednym osobnikiem - mojej córci.

Ta mianowicie z uśmiechem na pięknej gębie wita Bardzo Znaną Dziennikarkę Telewizyjną, zagaduje, wymienia opinie, a na koniec, już w swojej przebojowej, fest-ciepłej czapie żegna się czule - "Pa, Pa" rozlega się gromkie, czemu towarzyszy rączką migotanie, wyraźnie skierowane ku tej jedynej Bardzo Znanej Dziennikarce Telewizyjnej. Cholera jedna poznała panią z TV...

Jak mi to NMG opowiedziała, postanowiłem działać. Oczywiście jestem rzecz jasna strasznie ustatysfakcjonowany dobrymi manierami mojej jedynej istotki, ale żeby rozpoznawać osoby w ekranie się pojawiające, to już przesada. Tak więc od tej chwili nie ma już oglądania TVN24 rano, przed żłobkiem i pracą, bo najwyraźniej dziecko zaczyna mieć tam przyjaciół, a to nie dobre wychowawczo, i może dziecko w stronę telewizyjnych tworów i wirtualnej rzeczywistości, zwanej demoniczną, nakierować.

Wprowadzenie embarga idzie mi kiepsko, bo przecież z racji zawodu bardziej niż tzw. średni Polak (tu dykteryjka, kim jest średni Polak? Bo jak spoglądam na różne sondaże, to nigdy średni nie byłem, ani wzrostem, ani spożyciem piwa, ani uniesieniami erotycznymi i ich częstotliwością, nawet w uprawianiu sportu nie dorównuję, tym bardziej oglądaniem telenowel, mniejsza o to, czy odbiegam w dół, czy w górę), wracając - bardziej niż średni często oglądam rzeczone TVN24. Takie przekleństwo. Walczę ze sobą, żeby embarga dotrzymywać, katuję sie teletubisiami, albo po prostu śpiewaniem do porannej kaszki córkowej...

A na koniec do tejże Bardzo Znanej Dziennikarki Telewizyjnej prośbę mam, albo i radę. Ta grzywka, co pani tak często na oko spływa, i którą pani tak często sobie na wizji poprawia, sprawia, że nie rozumiem o czym Pani mówi, bo ciągle się zastanawiam, kiedy znów pani te włosy zgarnie z oka. Hance kochanej żona najwspanialsza grzywkę równo urżnęła nad okiem, wygląda wspaniale, polecam gorąco i równie gorąco pozdrawiam.

13:31, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 grudnia 2007

Bo radość z powodu chodzenia istotki naszej ikonki, to też powód do zmartwienia, przerażenia wręcz czasem, i to coraz częściej się przytrafiającego niestety. Butki na płaskiej jak stół i szerokiej podeszwie działają bez zarzutu, księżniczka blondyczka popyla coraz raźniej i jak się domyślacie przesuwa sobie samoistnie granicę ryzyka na czerwone pole. Dosłownie.

Historia numer raz, to próba wdrapania się na stół przy Ojcu żywicielu (niejedynym na szczęście). Próba zakończona wypadkiem, na tyle groźnie wyglądającym, że rzeczony Ojciec (Najwspanialszej Matce Globu - NMG - tym razem z racji nieobecności się upiekło) dostał drgawek i karetkę gotów był wzywać, bynajmniej nie dla ikonki, ale dla siebie samego w stanie przedzawałowym, a może i całkiem zawałowym. Bo jak się płaska podeszwa omskła na półce dolnej stolika, to się twarz niepłaska zaczepiła zębami górnymi w ilości sztuk cztery o górny blat i nastąpił wyciek krwi do jamy ustnej i krzyk, przyznaję z niejakim zdziwieniem, niezbyt przeraźliwy. Przeraźliwy za to był widok zapełniającej się cieczą czerwoną buzi ikonki i jej skapywania na bluzeczkę z kotkiem. Przeraźliwie stresująca była też chwila chusteczkowania paszczy i patrzenia, czy cztery wspomniane zęby są jeszcze na swym miejscu, czy może tkwią w drewnie blatu.

Były w buzi, a krew pochodziła z ledwo co rozciętej wargi górnej, krzyk ustał po minutach dwóch, po czym nastąpiła zabawa i śmiech, tudzież warga wyglądała jak usta Angeliny Jolie, a Ojciec ciężko oddychając strzelił sobie herbatkę uspokajającą.

Druga historia - dziękować losowi, że mi stresu znów nie podarował, przytrafiła się już NMG a Ojciec wtedy w pracy był i niczego nie wiedział. Ikonka bowiem tym razem łazić nie chciała i postanowiła jednak sobie trochę poraczkować, a że na zwykłe raczkowanie jej sportowa dusza nie pozwala, nastąpiło raczkowanie sprinterskie. Szczegóły znam z relacji przez komunikatora internetowego i w skrócie brzmią one tak, że nogi pędziły zgięte w kolanach, a ręce też chciały, ale nie nadążały i blondyneczka nasza rąbnęła paszczą w terakotę. Teraz przewińcie kilka wersów do góry i przeczytajcie kawałek o wyciekajacej z paszczy czerwonej cieczy i badaniu stanu uzębienia.

Epilog - na szczęście ten sam, żonie kochanej nawet herbatka przez długi okres nie pomagała, karetka grzała silniki, ale czas uleczył rany i rachowanie zębów też.

Dowód, że zęby są - na zdjęciu...

Puentę trudno jakąś celną skrobnąć, bo i tak jako Ojciec i żywiciel (niejedyny na szczęście) oczy mam wokół głowy od 15 miesięcy z hakiem. Zapewnię tylko na sam koniec wszelakich ministrów od edukacji i życia intymnego, że oboje żywiciele byli trzeźwi, dzieckiem opiekujemy się najlepiej jak potrafimy, czyli najlepiej na świecie, ikonka urazy nie kisi, a uraz wargowy się już zasklepił. I oby tak zostało, bo nowe zęby idą, i możliwości zaczepienia statystycznie będzie jeszcze więcej

10:34, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 grudnia 2007

Dziś o zawstydzeniu i rozczuleniu, jakie mnie tąpnęło, a za oba zjawiska emocjonalne odpowiedzialna jest - jakżeby inaczej - nasza ikonka kochana, blondyneczka H. Bo historia zaczyna się o godz. 20.30, o której to porze od dnia pamiętnego, nie pamiętam którego, dziecko spożywa kolację w modernistycznym krześle-karmicielu w postaci kaszki malinowej, brzoskwiniowej, wieloowocowej (niepotrzebne skreślić). Teletubisie idą na wizję, japa szeroko się rozwiera i szuflujemy. O godz. 20.44 finito, pokarm pochłonięty w całości, tubiśki zdążyły sie potulić, więc... tata ma czas na piłkarską środę, bo to któregoś z tych właśnie dni dotyczy opowieść.

Blondyneczka, ikonka nasza ląduje, więc na dywanie z komunikatem "pobaw się dziecko przed snem jeszcze", córeczka kochana odpowiada jazgotem radosnym i wdrapuje się na bolida traktorowego z zamiarem pojeżdżenia. Ojciec-żywiciel (na szczęście nie jedyny) z gwałtownością rzuca się na fotel, pilot w dłoń i Real już ma na wizji (papapa, mówią teletubiśki). Na usprawiedliwienie przytaczam fakt, że meczyk się trafił przedni, dwie brameczki i czerwona kartka już na początku, więc kibicowska dusza odżyła momentalnie i przykuła resztę organizmu przed TV.

Ocknąłem się gdy Najwspanialsza Matka Globu (NMG)zakomunikowała, że ciut w chałupie chłodno, więc udaje się na kapiel gorącą, ja na to, że oczywiście i dalej z Haneczką oglądamy jak Real męczy się z Grekami. Gdzieś tak tuż przed przerwą zapadła cisza, cisza musiała trwać dłużej niż kadencja rządu PiS, bo się z niepokojem zerwałem. Córki w pokoju brak, chlupot z wanny dochodzi, ale drzwi zamknięte, więc paniki nie ma.

Córka odnalazła się w swoim pokoju i to właśnie powód tego wstydu i zażenowania był. Bo stała sobie ciuchotko w niebieskich śpioszkach przytulona do sztachet łóżeczka, kwiląc szeptem. Główka spuszczona, gały na zapałki. Gdy zobaczyła ojca wyrodnego podniosła łapki i pokazała na kołderkę, pod którą (wiemy to oboje doskonale) skrywa się nionio, czyli smonio, czyli dla normalnych - smoczek. No i znów miałem łzy w oczach (jak ktoś z was pomyślał, że mazgaj ze mnie - trudno), włożyłem do łóżeczka dziecinkę, a ta dorwawszy nionia wypięła pupę i zachrapała.

Córka moja poszła sama spać. A ja się rozczuliłem i drugiej połowy meczu nie pamiętam, ale ponoć był ekstra. I nie wierzę jak mnie ojciec mój rodzony opowiada, że ja to po nocach ryczałem i trzeba mnie było nosić do białego rana i jeszcze się potrafiłem po północy zesłać (patrz głupia reklama). We mnie wrodzona i w NMG, ikonka nasza ze snem kłopotów nie ma żadnych.

A wasze istotki serwują wam nocną zmianę?

15:51, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007

Godz. 20.37, telefon do domu. To taka nasza mała, rajska tradycja od jakiegoś dość długiego już czasu, liczonego zapewne od momentu powiedzenia pierwszego "gaga", co zabrzmiało jak "tata", przez naszą ikonkę, blondyneczkę kochaną H. Bo choć ufam Najwspanialszej Matce Globu (NMG) bezgranicznie i bez wyjątku, to jednak jak mnie nie ma, to jest poczucie wstydu, czy jakiegoś niepokoju, a na pewno poczucia winy, że mnie z nimi właśnie fizycznie nie ma, i że nie zanoszę H. do łóżeczka mówiąć jej "papapa", po drodze żegnając się z rybkami w akwarium, odbiciem w lustrze i paroma innymi gadżetami jak wizjer w drzwiach wejściowych.

Dlatego, najczęściej podczas jej kąpieli chlupiących, dochodzi do czułości. Zaczyna sie od teletubisiowego "tulimy, tulimy, tulimy", co wywołuje histerię śmiechu po obu stronach kabla telefonu rzeczonego. Potem jest seria piknięć - to NMG przekazała słuchawkę córce blondyneczce, co by powiedziała "tatuś, tatuś", a H. wykorzystuje sytuację na naciśnięcie wszystkiego po kolei. Gdy reakcja wzywanego jest, dochodzi do kolejnego wybuchu histerii radości, zakończonej najczęściej łzami "tuś, tusia". Taki k... twardziel że mnie, że łkam "Tuś, tuś kocha Hanię, tulimy, tulimy" przez telefon.

Tatusiu, tuś tusiu, zadzwoń

Ona już śpi - jest 21.00. Tradycji stało się zadość, już wyszedłem z pracowej łazienki, dla niepoznaki mocząc twarz. Zobaczę ją (gadającą) rano. Do rana smutno mi.

Wypada twardemu ojcu, żywicielowi tak się rozczulać?

20:49, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2007

Bo ja dzisiaj o nie-spaniu chciałem trochę napisać. A raczej o spaniu nieskrępowanym żadnym żywym i sztucznym, znaczy przedmiotowym, budzikiem. Traumatyczne w tym temacie przeżycia miewam od jakiegoś roku z hakiem. Wtedy to właśnie grafik sypiania wywrócił się do góry nogami i stał się zmorą budzącą wściekłość (nawet) i żal (pełen). Z nielicznymi wyjątkami sytuacyjnymi.

Pokory uczy dziecko małe - slogan ten przez Ojca-Żywiciela (niejedynego) powtarzany, czyli przez autora tegoż pisma, nabiera mocy każdego dnia rano i każdego dnia wieczorem. W tym drugim przypadku mianowicie dotkliwie się przekonuję, że bezpowrotnie minęły czasy bezużytecznego, niczym nie skrępowanego i jakże relaksującego ślęczenia nad komputerem do świtu jesiennego, tudzież przed telewizorem z sączącą się fabułą klasy C, jakże inaczej nie wspomnieć o piwie gdziekolwiek spożywanym w dobrym towarzystwie. Rano dotkliwość doznań przykrych tym większa, że z każdym dniem bardziej upragnione staje się proste marzenie - wyspać się.

2006 r. Błogi sen kota i H.

Jak ja bym chciał jeden dzień przeżyć tak do końca, a potem obudzić się z kurami, kotami, czy innymi stworzeniami, które są na tyle dobrze wychowane, by jakimkolwiek życiowym odruchem nie wytrącać z letargu głowy Ojca, oczu Ojca, czy innych ojca organów, przed magiczną porą późne popołudnie.

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Od wspomnianego roku z hakiem budzę się tak pi razy oko między godz. 6.15 (wersja dołująca dogłębnie), a 8.00 (pusty śmiech). I pomijam tu wydarzenia niezaplanowane przez Ojca ani przez Najwspanialszą Matkę Globu jak np. zaplanowane z kolei przez ikonkę, blondyneczkę kochaną, wypuszczenie któregoś tam ząbka na wolność, o którejś tam środkowonocnej porze, co ileś tam decybelami ogłaszając nasza H. wzywa któregoś z Rodzicieli na pomoc.

Nerwica gwarantowana z jednym tylko wyjątkiem. Nocne transmisje sportowe Live. Tak było któregoś weekendu, kiedy nagłe przebudzenie i kaszel istotki naszej - ikonki - spowodował wybudzenie nagłe, tudzież w okolicznościach nawet przyjemne, bo okazało się, że właśnie w porze nocnej niejaki Gołota słaniał się na nogach w pierwszej rundzie bokserskiego starcia, czym piszącego tego bloga wybił ze snu na amen. I dziękuje ci H. najdroższa, że głośnym śmiechem uznałaś o 7.45 w niedzielę, że pora wstawać i żreć dawać. Niejaki Kubica właśnie wtedy startował w Chinach czy innej Japonii, a tam zegary do góry nogami chodzą. Aż szkoda, że rozlosowane dziś mistrzostwa Europy w piłce nożnej z racji tej samej strefy czasu po nocy transmisji mieć nie bedą.

Jestem stuknięty, wiem, po co komentować.

16:01, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 grudnia 2007

Ja dalej o tej zazdrości do żłobka i żłobkowych osób wszelakich wspomnianych w poprzednim debiutanckim wpisie. Bo dajcie radę jakąś, jak się nie wnerwić ma Ojciec i Żywiciel (niejedyny) wypatrujący najmnieszego nawet gestu dziecka swego wspaniałego, kiedy taką to historię przeżywa. Akcja się rozgrywa w żłobku, Najwspanialsza Mama Globu (NMG) wpada tam jak po ogień po H. - ikonkę naszą, księżniczkę itd. Mała larwa z wyciem przeradosnym wyciąga łapy zapiaszczone piaskiem w piaskownicy (chciałem coś jeszcze z piaskiem dodać, ale wyobraźni zabrakło) i z rykiem nie mniejszym prostuje kolana stając równie pewnie jak tata o 5 rano w sobotę przez nią obudzonym będąc.

Czasem stoję, puchary się należą

Stało się - stoi. Rok z hakiem niewielkim trwał proces pionizacji blond-potwora, potwór się wreszcie uniósł. NMG w ryk (zachwyt), dziecko w ryk (zachwyt niemniejszy) i balansik pupcią, co by pozycji horyzontalnej nie zaliczyć, a przecież mównica jaką miał nasz były prezydent w Kijowie tymczasowo niedostepna. NMG w krzyk: "Ty stoisz! Brawo, brawo, brawo" - i klaszcze. Na to żłobkowe osoby przeróżne, w przeważającej liczbie damskie w ryk (zdziwienie): "To pani nie wiedziała, przecież ona nie pierwszy raz wstała".

I jak tu ma cię człowieku szlag nietrafić. W nieco ponad rok od wydarzenia najważniejszego w życiu moim, trafia się znów Armstrong na księżycu, białe ślepie Moby Dicka, piątka w totka i pulę zgarnia kto inny.

Wkurzające, prawda?

PS: Najwspanialsza Matka Globu ma dziś święto swoje, nieokrągłe. Życzymy z córcią z całego serca - ciepliwości, bo duecik - moja ty najukochańsza, trafił ci się przedni.

10:41, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 listopada 2007
Generalnie rzecz ujmując, to ja chciałem o dzieciach. O moim w ilości przeważającej, ale przecie nie tylko. Bo to drodzy państwo temat mnie absorbujący ostatnio bez wyjątku, przyprawiający równie często o histeryczny śmiech, co i o siwiznę postępującą nader gwałtownie, jak na 30-latka.

Debiutuję - jako bloger i jako tata. Ojciec. Głowa rodziny. Żywiciel aczkolwiek niejedyny. I tak siebie określiwszy, się wam przedstawiam: nazwisko Raj, cel w życiu - najistotniejszym osobom świata tego, najukochańszym ludziom pod słońcem jedynym, stworzyć kawałek ziemi z jabłonką i owocem, tyleż bez węża jakiegoś. Gada wypędzić, niech mój prywatny mały raj zostawi w spokoju.

Oczko w głowie, ikonka moja, blondyneczka po Najwspanialszej Mamie Globu (NMG) ma rok z haczykiem niewielkim. I teraz będzie o rzeczonej tej siwiźnie - do żłoba chodzi bowiem ta ikonka, żłoba mianowicie z podglądem interaktywnym przez kamery. Głupio pisać, że się na tym nie znam, ale widzę, jak moja H. je, śpi, bawi się i na szczęście rzadko ryczy z opóźnieniem jakimś 15 sekundowym (technika prawie doskonała).

I tak zagajając tych, co wpadną tu, czytną i raczą coś skrobnąć w odpowiedzi: mam z tym dwa gruntowne kłopoty. A) Ciąglę patrzę co robi H. i wymieniam się spostrzeżeniami z NMG (czasem zdarza się, że wyniki obserwacji tegoż samego podmiotu się różnią). B) Ciągle zazdroszczę. Zazdroszczę im straszliwie i powoli wkaraczam w etap niechęci wręcz. Tym paniom i jednemu panu co moją H. na rękach noszą, karmią i kupę przewijają. Doszło do tego, że patrzeć nie mogę, a do żłoba zawożę dziecko dwukrotnie dłuższą i korkami zapchaną drogą.

Czy ja jestem normalny?

Hania miesięcy prawie 14. Bujawka - szczyt szczęścia. Nauczyła się... w żłobie.


15:53, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
1 ... 61 , 62 , 63 , 64 , 65