"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
piątek, 21 grudnia 2007

Nie jest tak hurraoptymistycznie jak pisałem w ostatnim odcinku. Bo ta poprawa zdrowia ikonki naszej była niestety pozorna. Gorączka wróciła, na szczęście nie tak duża, wykluł się dodatkowo paskudny humor, kaszel sięgnął głębiej do oskrzeli, jak by tego mało było antybiotyk zmienił coś tam w składzie siusków, więc wdało się około-pupne podrażnienie. Skończyło się na domowej wizycie pani doktor i (niestety) zmianie leku na silniejszy. Dziś więc ostrożnie z wyrokowaniami napiszę, że jest już lepiej, medykament blondyneczka spożywać ma ddni jeszcze dwa, co oznacza, że w grudniu żłobek jej przepadł permanentnie niemal, co boli dotkliwie z racji opłat z góry zań (po świętach nie idzie, kwarantannę ogłaszam). Zdrowie najważniejsze.

Niestety też Najwspanialsza Matka Globu zdrowia poszukuje, ponętny głos zachrypiały zastąpiła dziś bezgłośność kompletna, więc mam szpital w domu jak się patrzy. Firma urlop na piątek darowała, opiekować się trzeba było. A przy tej okazji napiszę o lekach dawaniu, bo to jak każdy rodzic wie, cyrk jest niemiłosierny. Zacznijmy od leku nr. 1, który to okazał się na tyle nieskuteczny, że infekcja do oskrzeli się wdarła. Otóż on mianowicie miał być podawany w ilości 3,5 ml do jedzenia. Więc Ojciec Kochany karmiąc wieczorem i rano kaszką dawał najpierw dwie "czyste" łyżki na zmyłkę, potem jedną z kawałkiem leku, po krzywiźnie twarzy puszczał teletubisie na poprawę humoru, znów potem zmyłka z czystą kaszką i druga część antybiotyku. Ten cyrk to mało, jest jeszcze paskudztwo wyksztuśne, które ma się podać po śnie i nie później niż 3 godziny przed kolejnym snem, co robi kłopot wielki, kiedy umęczona chorobą księżniczka chciała spać nader często i nader długo. No bezradność wielka i stres ogromny.

Jedna tylko medycyna jest nad wyraz szczęśliwa i łatwa w podawaniu, a mianowicie nadmanganian potasu, który serwowany jest do wanny bezpośrednio i różowością swą leczy odparzone zainfekowane miejsca okołopupne. Nie ma problemu z przyjmowaniem rzeczonego.

Rano mam zamiar zaserwować drugi lek, skuteczniejszy, potem pooklepywać ikonkę z flegmy, nosa wyczyścić jej. I tylko modlę się, żeby nie skończyło się jak dwa dni temu (choć jak się okazało było to dobre), kiedy blondyneczka Haneczka spać nie mogła i z czkawką postanowiła pobiegać, a skończyło się na wymiocinach na drzwiach tarasowych i podłodze. Co w tym radosnego? Flegma znikła z oskrzeli i ewidetnie stan ogólny się poprawił.

Powoli humory nam wracają, czego dowód na zdjęciu powyższym. Obym nie musiał już pisać trzeciego odcinka pod tytułem: bakteria zmieniła taktykę, a my broń na jeszcze silniejszy antybiotyk. Teraz tylko o tym myślę, żeby obie moje najwspanialsze panie zdrowe już były na święta.

21:43, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 grudnia 2007

Wreszcie mogę o tym względnie spokojnie napisać. Ikoneczce spadła gorączka po przespanej 10-godzinnym snem nocy, i już nie orbituje w okolicach 38,5 C.; a oczy dziś otwarte rano zostały, a nie jak ostatnio zawiasy powiek blokowała zastygająca żółto-zielona maź. Wrócił też humor co zwyczajnym, jakże dziś cieszącym brojeniem się odznacza. Co prawda rano jeszcze wyhaftowała mleko po lekarstwie, ale medykament ma działanie wyksztuśne, a przy okazji obrzydliwy jest straszliwie w smaku, więc co tu się dziwić. Front walki z choróbskiem przenosi się na gluty, które niestety jak ciekły, tak leją się dalej.

Zdaniem lekarzy to długotrwała infekcja, bakteria siedząca w nozdrzach i gardle, także przez oczy się uzewnętrzniająca. Blondyneczka nasza dostała leki mocne, syntetyczne antybiotyki (co wyczytałem na ulotce), a moim nielekarskim, a ojcowskim skromnym zdaniem moc tych leków spowodowała wybuch gorączki w poniedziałek, po jeszcze w miarę względnej niedzieli. Ale się nie znam, więc milczę już - szkoda tylko było patrzeć jak dziecko słabnie w oczach ogarnięte coraz wyższą temperaturą. W publicznej służbie zdrowia jednak emocjonalne podejście Ojca Kochanego jest tyle samo warte, co nie zawiązany kontrakt z NFZ - mniej niż zero. OK. złość przemawia, więc jeszcze raz się powstrzymam - milczeć.

A wszystko zaczęło się od pneumokoków i najbardziej wkurza mnie fakt, że dokładnie wszystko z Najwspanialszą Matką Globu przewidzieliśmy łudząc się tylko, że będzie inaczej. Hania dostała drugą dawkę szczepionki "stop pneumokokom" i idealnie jak za pierwszym razem (sierpień) złapała bardzo wysoką gorączkę. Gasła w oczach. Zdaniem lekarzy - nie było możliwe to, co mieliśmy za pierwszym razem, czyli tydzień zbijania temperatury, modlitwy o przespane noce i błagania, żeby odzyskała apetyt. Zdaniem lekarzy - nagła eksplozja choroby i osłabienie nie mają związku z pneumokokami. Tym razem też ponoć nie, ale zastanawiające jest - tak wiem, wymądrzam się - że objawy są identyczne, czas trwania - idealnie zgodny, czas wystąpienia - jak powyżej.

Daleki jestem od odradzania szczepienia anty-pneumokokowego, przecież nieobowiązkowego. To nie moja rola i pewnie znając nawet konsekwencje zaszczepiłbym jeszcze raz, wydając na to niemałą forsę. Ale też zauważam pewną stałą - nie tylko na moim przykładzie zbadaną - modę zachowań lekarskich. Do podjęcia decyzji są mili, uczynni i informują szeroko. Potem: "radź sobie człowieku, gorączka to na pewno nie po kłuciu pneumokokowym, ee tam - to długotrwała infekcja".
Taki żal jakiś jest.



Zdjęcie: jedno z najsmutniejszych jakie zrobiliśmy. Podczas pierwszej gorączki po-pneumokokowej. Radość życia kazała blondyneczce pokazać rodzicom, że umie już wstawać w łóżeczku, choroba nie pozwalała na towarzyszący uśmiech na twarzy. Jak patrzę dziś na tą fotkę, to płakać mi się chce. Dlatego w ostatnich dniach aparat był mało używany.

Najwspanialsza Matka Globu prosiła, żeby i tą dołączyć fotkę, jedną z najszczęśliwszych jakie zrobiliśmy w chorobie po-pneumokokowej nr 2. Ona-ikonka wstała właśnie po 3,5 godzinnej drzemce, bez gorączki, i choć jeszcze w półśnie postanowiła rykiem radosnym zakomunikować nam, że już jest lepiej.

12:50, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 grudnia 2007

O całusach dziś będzie, cmokaniu, paszczy rozdziawianiu i mlaskaniu przy okazji procederu tego dla mnie ani-ani gorszącego. W zasadzie nie wiem, czy to ma być trzeci odcinek o dziewczęceniu dziecka, czy może n-ty już kawałek o wszechmogącym wpływie żłobka na życie dziecinki naszej. Ale fakt faktem jest, że cechę jak najbardziej uwodzicielsko-dziewczęcą ikonka-blondyneczka kochana nabyła w przybytku swoim pierwszym edukacyjnym.

O tym, że jest jedyną perełką w męskim gronie żłobkowym - pisałem, pamięć 30-latka mnie jeszcze nie zawodzi. Być może nie wspominałem jednak, że od jakiegoś krótszego kilkunastodniowego czasu, witana jest moja córa w rzeczonej placówce z iście księżniczkowatymi honorami. Rozlega się gromkie "Hania, Hania!", a radośnie wyciągnięte ręce chłopców rywalizują o jej dłonie, zadarte w dziarskim przemarszu przez salę balową (zabawową). Miłe to bardzo, bo dziecko moje ryjek w uśmiechu rozjaśniało, a mi, mimo już permanentnych objawów braku z Ojcem Kochanym (OK) pożegnania, też wesoło się robiło.

No, ale teraz sprawę mamy kryminalną. Żona moja, Najwspanialsza Matka Globu doniosła życzliwie, że jej również życzliwie ciocie doniosły, że na witaniu i rączek ściskaniu się nie kończy. Nasze ladaco otóż bez względu na porę i okoliczności (powitanie, pożegnanie, obiad, spanie) wycałowuje adoratorów prosto w usta. Ba, mało tego! Ona się do nich wręcz przysysa z rozdziawiona buzią, a po akcie tym cmoka na cały regulator.

Zazdrość chwyciła mnie wielka, bo w domu to ikonka raczej księżniczkowate właśnie odruchy całowania dotąd miewała, a więc na wyraźne błaganie "Daj Tacie buzi", wolno, dostojnie i z zaciśniętymi ustami, przychylała twarz, gdzieś w okolice twarzy rodziciela, co oczywiście zawsze bez wyjątku eksplozje entuzjazmu u starszego wywoływało. Postanowiłem sprawdzić więc, czy zmiana zachowań wyłącznie rówieśników blondyneczki-ikoneczki dotyczy, czy może i Ojcu Kochanemu się należy.

Oj należy się, nie tylko Ojcu, ale też Matce, a nawet samej Hance odbitej w lustrze. Jest faza na całowanie, cmokanie, mlaskanie, wszystko bez wyjątku z otwartą paszczą i następującym po tym procederze wybuchu dzikiej radości i okrzykach, które brzmią "Brachooo, Brachooo", co w języku 16 miesięcznej damulki oznacza dwukrotne brawo, czyli owację na stojąco.

I tylko trzy istoty mają gdzieś tryskające energią uczucia mojej córeczki: kot, drugi kot i trzeci kot. Bo w przypadku sierściuchów do operacji całowanie dochodzi jeszcze operacja targanie, a tego już myszołapy za żadne skarby nie pozwolą sobie serwować.

17:51, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 grudnia 2007

Znów o rzeczy przełomowej i nie ukrywam śmierdzącej będzie, ale też zahaczymy (wrócimy) do kwestii żłobkowego wychowania i nawyków tamże nabierania - się już rymuje.
Najpierw od tyłu o tych nawykach. Dziecko moje, alpinistka, włazi na wszystko co jest wyższe niż dywan, i nie ma znaczenia czy chybotliwy to przedmiot, jak krzesło, czy stabilne jak zwalisty fotel. Widzę więc scenę taką, zerkając z kuchni objawia się dupka mojej ikonki na wysokości mej twarzy, stopami na oparciu kanapy, rękami unosi się nad parapet i próbuje do okna dotrzeć. Ojciec Kochany (OK) lekko przerażony i lekko tylko podniesionym głosem wzywa pociechę do porządku: "nie wolno" - wrzeszczę i rzucam się na ratunek. Niepotrzebnie - ikonka odwraca się na pięcie i odpowiada paluszkiem kiwając gestem "zabronione". Po czym zjeżdża wypchaną pieluchą po materiale do bezpiecznego poziomu.

Rozwala mnie w takich chwilach, bo gestu "nie wolno" nauczyła się przecież nie w domu, a w żłobku. Panie-ciocie nagabywane zdradziły, że mają skaranie boskie, bo blondyneczka non-stop się wspina i widziałem na monitoringu (o którym było w pierwszym odcinku, czytnijcie) jak zabierały jej z oczu krzesła wszelakie i wynosiły do komórki. Ale nie tylko ekstremalnych sportów się Hania tam uczy. Ostatnio pobrała również edukacyjną wiedzę na temat kupy.

Po zrobieniu jej (kupy), bez względu na stan pieluchy, porę i konsystencję rzeczonej, staje dziewczę w rozkroku, łapie się za krocze niczym raper jakiś, czy Jackson nijakiś, i szarpie krzywiąc się przeraźliwie. Gdy Ojciec Kochany (KO), albo Najwspanialsza Matka Globu (NMG) podejdą celem recyklingu wydzielin, ikonka dodatkowo łapie siebie i nas za nos wyraźnie deklamując "fuuuuuuuuuuuu". No po prostu cyrk na kółkach jest, a wysiłki wszelakie idą w domu teraz w tą stronę, żeby werbalne "fuuuuu" pojawiło się przed właściwym stękaniem i "fuuuuuuj".

Nie często się w tym miejscu chwalę, ale może pora. Bo to nie tak jest, że OK i NMG żadnych sukcesów wychowawczych na koncie nie posiadają. Otóż mamy takowe, a ostatnie, najważniejsze, po prostu przełomowe, do żony należy. Telefon wieczorem dostaję, że mała nasza księżniczka kochana na golasa przed kapielą posadzona na tronie walnęła siku. Nocnik pierwszy raz poczuł co to takiego, radość była wielka, tak Najwspanialszej Matce, jak i córki najwspanialszej udziałem. Po prostu sukces.

Dorośleje mi ikonka z dnia na dzień coraz bardziej i jak patrzę wstecz na to co tu skrobałem, to aż się łezka w oku kręci - od leżącego nieruchawego brzdąca, po panienkę sikajacą do nocnika. I już nawet w głupocie swej wielkiej myślę, że zatęsknię to tych pierwszych miesięcy Hanki. Zgadzam się z wszystkimi autorami Bardzo Ważnych Artykułów - to najpiększy okres w moim życiu. Wierzę, że z taką Matką i z taką Ikonką, będzie tylko piękniej, choć jeszcze przez jakiś czas ciut śmierdząco.

13:12, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 grudnia 2007
To zaczyna mi wyglądać na mini-cykl. Bo i wiek ikonki już taki poważny, że mniej w niej dziecka, a więcej z kokietki, co skrupulatnie, także dzięki temu miejscu w sieci, kronikuję. Więc czytaliście (nadzieję raczyć mi wypada mieć taką), jak pionizacja blondyneczki nastąpiła i jak z radością wielką spełniając swe przyrzeczenia Ojciec Kochany (OK) i Najwspanialsza Matka Globu (NMG) ubrali radostkę w kieckę. Teraz proces dziewczęcenia dzieciątka poszedł jeszcze dalej - stąd tytuł z dwójką, jak w najlepszych filmach (a będą i następne numerki, zapewniam).

Spinki. Czekały miesiącami, i te od babci cierpliwej niesłychanie, i te zakupione w hipermarketowym uniesieniu, gdzieś tam pewnie przedświątecznym chyba, i te sprezentowane przez różnych znajomych, kolegów, przyjaciół i ich rodziny, czyli całą familię królika. No i wreszcie blond kudły otrzymały długość odpowiednią, wizualnie przytłumioną lokami pierwszymi, że można było te wsuweczki zastosować. Zastosowanie trwało krótko, ot tyle co błysk flesza przy tych zdjęć robieniu, bo rychło mądre dziewczę zrozumiało, że to co ma na łbie to ściągnąć można, co zresztą szybciuteńko uczyniła.



To jednakże nie koniec różnicowania płci, przeciwko któremu oczywiście nic nie mam, i na dowód dykteryjkę trzasnę, jak kilka miesięcy wstecz patrząc chciałem zabić za pytanie "czy to chłopczyk?", kiedy ikonka łysiną świeciła i w walonach w wózku popylała. Teraz mowy o pomyłce nie ma, zwłaszcza jak do żłoba dziecko poszło i panie-ciocie w zachwycie zaczęły sobie ikonkę pokazywać, kiedy gibiąc się na boki i pupcią kręcąc w podobnych kierunkach przeszła przez pokój w mini-spódniczce sztruksowej, stylem - jak podawałem - Matkę Najwspanialszą naśladującym. Ciotki w zachwyt wpadły, Ojcu Kochanemu (OK) też się, nie powiem, miło na te zachwyty zrobiło, ale do czasu.

Bo ja dziecko chyba jednak z tego żłoba zabrać zmuszony będę, gdyż posiadłem wiedzę wywiadowczą, o randze akt niejakiego Ziobry, że w żłobie rzeczonym dochodzi do niesprawiedliwości, która to z kolei może mieć przełożenie na zdrowe podejście do zagadnień rodzinnych, a tu kolejne nazwisko - Giertych - się kłania, który trochę z telewizora zszedł, ale na pewno się gdzieś czai, więc lepiej uważać na słowa. Otóż nasza ikonka jest ziarenkiem jedynym, perełką, sikoreczką w stadzie kruków i jeszcze parę idotycznych porównań sypać mogę. No jest jedyną dziewczynką na 12 chłopa  w wieku różnym! I panie ciocie się nie liczą! Te panie ciocie, które z niemałym smutkiem przyjęły fakt środowy, przyjścia Haneczki do żłoba w stroju sportowym. "Nasza jedynaczka, dziś bez sukienki?" - pytały. A bez, na wszelki, a wyróżniać i tak się wyróżnia przecie: intelektem, urodą, rodzicami całkiem całkiem...



PS: Stuknięty Ojciec Kochany i jego Kumpel - też Ojciec, kiedyś przy popołudniowej herbacie szczerość sobie wyznali, że jak ich córy najważniejsze na świecie, kochające się i już nawet czasem w usta całujące, z racji takich zachowań w stronę jednorodnych płciowo związków pójdą, to my nie będziemy mieć nic przeciwko. Znaczy nie pozabijamy się. I to jest chyba normalne, nie?
10:32, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2007
Przyznaję, że napisałem to gdzieś indziej, jakiś czas temu łatwy do określenia, ale ponieważ wazne to, więc powtarzam, żebyscie wiedzieli co do duch sportowy w rodzinie Raj jest...
Jak powiedzieć, żeby na litość boską nikogo nie urazić. Mecz oglądałem - ten z Belgią - ten najważniejszy, historyczny, epokowy, jak rząd Tuska niosący nadzieję i mający 55 procent społecznego poparcia. Ale daleko mi do euforii panów na "Sz" - nie odróżniam Szpakowskiego od Szaranowicza, więc takim umownym skrótem obu nazwę i czoło nisko skłonię.

Polska wygrała z Belgią na legendarnym, historycznym, epokowym stadionie w Chorzowie 2:0 i awansowała do mistrzostw Europy pierwszy raz w legendarnej historii biało-czerwonych. A dla mnie ten mecz był okropny. A nasi piłkarze grali beznadziejnie z wyjątkami, a co to za słowna zabawa już wyjaśniam - i tego się boję, że zlinczowany zostanę.

Polska ma 11 świetnych piłkarzy i trenera Leo Beenhakkera. Ci piłkarze to: w bramce Boruc, na obronie Żewłakow, w pomocy Krzynówek od czasu do czasu wspierany Błaszczykowskim, a resztę składu uzupełnia Smolarek, Smolarek, Smolarek, Smolarek, i jeszcze jeden Smolarek. A ponieważ miało być 11 to dodajmy jeszcze po jednym Błaszczykowskim i Smolarku. Reszta? Dno kompletne, wybaczcie, ale tak uważam, mizeria - i nie będę wymieniał po nazwisku, ale niech sobie ktoś poogląda powtórki meczu z Armenią np. i niech powie przez kogo był ten upokarzający gol. Albo tego co miał być królem strzelców ligi szkockiej niech wskaże... litości. Żeby było jasne: strasznie cieszę się, że legendarnie awansowaliśmy do mistrzostw, ale boję się zwyczajnie, że będzie jak na mundialu w 2006 r. w Niemczech - szybko w d... i do domu. Do dziś płaczę na projekcje wyobraźni, która podsuwa obrazy jak nas leje Ekwador... No chyba że geniusz Leo, ma gdzieś w głębokich rezerwach swojej trenerskiej intuicji jeszcze kilku Smolarków.



A co to ma wspólnego z dzieckiem pytacie? A ma. Bo ja ją wychowuję razem z Najwspanialszą Matką Globu na człowieka walczącego, nie poddającego się, z ambicjami, grającego od czasu do czasu w tenisa (patrz odcinek wstecz). A tu już nie pierwszy raz z piłkarskiego spotkania korzyści wychowawcze zyskałem jedynie podczas odśpiewywania hymnu. Teraz więc nauczony doświadczeniem nabytym, gdzieś tak przed końcem pierwszej połowy nadawanie ze studia w Lesznowoli pod Warszawą przerwałem i do łóżka istotkę, ikonkę, blondyneczkę naszą skierowałem.

Smolarka jej pokażę. Kilka razy. Nagram i odtwarzać będę. Nauczył się grać tam, gdzie ja myśleć - w Holandii. Widocznie nad Wisłą nie potrafią i potrzeba do tego Holendra Leo. Córcia moja zobaczy jak się gra w piłkę, resztę pominiemy milczeniem. Nie postawię bowiem złamanego grosza zaoszczędzonego na reformach Zyty Gilowskiej, że biało-czerwoni nie sprawią nam wstydu podczas mistrzostw. Przepraszam Leo, przepraszam Was, pijanych ze szczęścia kibiców, brakuje nam kilku Smolarków.

PS: Ojciec (mój) wytknął mi na forum rodzinnym, że infantylne, dziwne, głupie wręcz jest powtarzanie, że jestem Ojcem-żywicielem (na szczęście niejedynym). A ponieważ oswoiłem się z myślą że córa moja te wypociny czytać kiedyś będzie, odpowiem tak: powyżej był ostatni to zwrot taki o Ojcu żywicielu itd. Bo Haneczko moja kochana - Ojca trzeba słuchać i basta. A jak Ojciec mądry, to tylko się na tym dobrze wychodzi. Patrz moja kochana na mnie - twojego tatę, na twojego dziadka także oraz na Eusebiusza Smolarka, którego ojciec zwał się Włodzimierz i strzelił Portugalii na Mundialu w Meksyku w 1986 r. gola. Zapisz sobie to kochanie. Może być... (wyrazy niecenzuralne) na dywanie.

Hania podczas (jeszcze) kibicowania, co by Belgom włoić... W tle legendarny, chorzowski, historyczny i epokowy (stary po prostu) stadion w TV. Zwracam uwagę na optymistycznie uniesioną kitę w tyle głowy.

10:38, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 grudnia 2007

A myślałem, że ja Ojciec-żywiciel niejedyny, wyedukowany i generalnie kochany, to nie będę tak myślał jak setki milionów innych niespełnionych tatusiów. Myślałem, że uniknie moja ikonka dywagacji nad swoją osobą, kim ona to ma być w przyszłości, jak dorośnie. Mówiłem, jak jeszcze blondyna łysa w brzuchu Najwspanialszej Matki Globu (NMG) podróżowała, że będzie kim będzie chciała być. Panistką? Ekoterrorystką? Sprzątaczką? Wspaniale, byleby uśmiech z gęby owalnej jej nie spływał.

Mówienie jedno, robienie drugie, zwłaszcza gdy Ojcu w okolicach trzydziestki się przypomniało tak nagle, jak nagle śmiga piłka zaserwowana przez Rogera Federera, że kwadrans lat wstecz miał być a) wybitnym piłkarzem, b) nieprawdopodobnie uwielbianym rock-manem, c) premierem; d) Andre Agassim. Dla niewtajemniczonych to tenisista był (jest) wybitny, który jako pierwszy przełamał tabu i strzelił sobie kolorowe ciuchy na Wimbledonie. I jak ojciec zaczął w te 30-te urodziny pykać z prawie równoletnimi kumplami, to dotarło z siłą uderzeń Andrzeja Gołoty, że wybitnym tenisistą to on już nie będzie.

I wtedy narodziła się ikonka, blondyneczka moja-jedyna. Jeszcze gałek dobrze nie otworzyła, a już piłkę tenisową ściskała, jak już nieco kumała, ale wciąż na leżąco, Ojciec z dumą wręczył nabytek - nową rakietę - i kwiczał z radości, gdy dziecko zaczęło przy naciągu (ta siatka, druciki w rakiecie) gmerać paluszkami. No a jak już się po jakimś roku spionizowała i zaczęła z tą rakietą cuda wyczyniać, od walenia nią (rakietą) w kota i kaloryfer po... uwaga, uwaga, uwaga - piłkę, to już wpadłem na maksa i zacząłem śnić o loży honorowej tegoż wspomnianego Wimbledonu, podczas finału turnieju w 2022 roku, gdzie siedemset fotoreporterów i 2,5 miliarda ludzi na całym świecie, ogląda triumf Hanny Raj, młodziutkiej, ledwie 16 letniej Polki.

Matka ikonki mnie strofuje, że królewna nasza ma być kim chce, a już najpewniej będzie spawaczem precyzyjnym w stoczni jakiejś, bo śmiganie palcami w technologicznych bajerach najbardziej ją RAJcuje. Ja tam myśle znów sobie tak - niech będzie kim chce, ale jak ze mna za 3-4 lata na kort nie pójdzie, i nie strzelimy sobie gema i seta, to się obrażę. A potem do szkółki tenisa na siłę ją zapiszę. Chyba, że chce być Gołotą... bić się nie zamierzam, generalnie sport ma być. Pianino w drugiej kolejności (bicie w klawiaturę świetnie ćwiczy uścisk rakiety).

23:47, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 grudnia 2007
Siedzi mi własnie na kolanach, więc nie wiem czy mogę... Właśnie sobie uzmysłowiłem, że ta lala, jak dorośnie trochę, to może to wszystko przeczytać, i nie wiem, czy nie będę miał wtedy awantury za przedmiotowe traktowanie.
A niech mnie (poszła do kocich misek), piszę szybko. Wczoraj się wydarzyło coś bardzo fajnego, o czym dziś naskrobię. Bo my sobie z Najwspanialszą Matką Globu (NMG) tak lekko, ale skutecznie postanowiliśmy, że nasza panienka, ikonka, blondyneczka Haneczka nie będzia łazić w spódnicach, sukienkach i innych kieckach bez wcześniejszej pionizacji, bo każdy z was panie i panowie wie, jak to jest być kobietą i łazić na czworakach z dupą na wierzchu, bo się ciuch zwany spódnicą zakasał pod pachy, odsłaniając pieluchę wypełnioną bobasowymi cieczami i innymi ciałami.

Więc czekaliśmy aż panienka na tyle się spionizuje,
że już bedzie można ciuchowy atrybut dziewczęcy nałożyć. No i jak żeśmy z NMG poleźli szukać kombinezonu w weekend (sześć sklepów gigantycznej galerii niedaleko Warszawy i ani jednego kombinezonu - serwis aukcyjny na "All" - bezcenny - kombinezon już w drodze), więc jak żeśmy do tych sklepów pojechali, to dziecko właśnie w galerii uznało, że czas samemu połazić i tak jak dotąd były to próby sporadyczne, tak teraz popyla, że hej. Więc my (ojciec-żywiciel i NMG), jak tylko źli (na kombinezonu brak) wrócilim do domu, to nagrzalim w pomieszczeniach i dawaj miniówę ikonce sprezentowaliśmy.



No inne dziecko mówię wam, jakieś takie cholera doroślejsze, krzywe nogi wystają spod kiecki (styl a'la mama), gęba roześmiana, swoboda ruchowa pełna. A już szczytem szczęścia było, jak do zdjęcia widocznego ojciec-żywiciel (niejedyny) ustawił na stole w centralnym punkcie lokum naszego córeczkę w kiecce. No istny wybieg, gala, fashion itd. Tymczasem szybko kończę, bo mi się ikonka za zjadanie kocich chrupek zabiera, bynajmniej nie stojąc, a siedząc między michami zwierzęcymi.

Nie jedz kitekata cholero!!!

PS1:
W następnym odcinku kwestia rodzicielska będzie, mianowicie kim ma być Haneczka wg, ojca-żywiciela, a kim według NMG :-)
10:37, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2007

Smutno mi i źle, bo dziecko olało mnie straszliwie i upokarzająco. To pierwszy tak ogromny zawód jaki mnie spotkał ze strony ikonki ukochanej blondyczeczki mojej córeczki. Z racji tegoż wybaczalnego, ale jednak dotkliwego zranienia, będzie dziś krótko i treściwie (Najwspanialsza Matka Globu - wybaczcie za niewielką dygresyjkę - właśnie w tej chwili przez telefon mnie okrzykuje, że jej nie słucham, tylko coś w klawiaturze stukam, a ja jej na to, że bloguje o córeczce-blondyneczce, co dla NMG wytłumaczeniem jest jednakowoż kiepskim). 

Znów rzecz się dzieje w żłobku, o którym to już było parę razy, więc przemilczę szczegóły, a mianowicie ja tam ją (blondynkę) rano oddaję, przebieram w ciuchy podomowe i chce się pożegnać czule, bo to chwila dla mnie i bardzo intymna, i bardzo ciężka jest bom wrażliwy. A tu ikoneczka mi we wrzask, i to wcale nie histerycznie radosny. Wyobraźcie sobie, że na mnie nabluzgała i łapami obstukała, nogą doprawiła, bo się guzdrałem w zakładaniu kapci, a ona już chciała wmaszerować do dzieci innych. I jak sobie zamyśliła, to jak najszybciej potrafiła się ode mnie wyrwała i jak głupka w przedpokoju żłobkowym zostawiła, nawet się nie odwróciwszy poszła.

Poskładałem kurtkę i kozaczki, poskładałem szaliczek, czapkę w kostkę, sprawdziłem czy w torbie pieluchy są i tak jakoś mi smutno się strasznie zrobiło, że dziecko woli towarzystwo prawierówieśnicze od Ojca-żywiciela (niejedynego na szczęście). Miało być krótko, więc opis bolesny tu kończę.

Papa, tata...

Marną pociechą fakt, że dnia kolejnego dziecko raczyło łeb odwrócić i nonszalanckim tonem rzec do Ojca "Pa (długa, znacząca, lekceważąca przerwa) Pa". A już żadnym, że dnia następnego, jakiś rówieśnik czymś jej w tym żłobku wyrżnął (chwilowy nasłuch i ogląd monitoringowy zaniechałem - o kamerach było w debiutanckim blogu) i ikonka dwa lima pod okiem ma i dodatkowo zadrapanie, istna ofiara losu. Ckliwie o jej ranach myśląc, pamiętam jednak o swoich wciąż rozdrapanych i liczę, że pozycja żłobka względem Ojca się lekko zdewaluowała.

Przeczytałem co napisałem i stwierdzam świadomie: no ja przecież nie mogę być normalny.

13:44, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 grudnia 2007

Może tym razem o diabelskim TVN24 będzie? Miejsce akcji nie wyjątkowe wcale, bo przychodnia zdrowotna, placówka przez Ojca żywiciela (niejedynego na szczęście) i resztę familii skutecznie omijana, ale czasem przecież trzeba. Więc idzie Najwspanialsza Mama Globu (NMG) do tejże zdrowia jednostki skontrolować, czy aby glutki z nosa H. to już na amen sobie poszły i czy można dziecko, ikonkę naszą, kłuć szczepieniowio, czy jeszcze odczekać. Jak to jesienią placówka zdrowotna wypełniona po brzegi, co Hania odbiera z pozytywnym wrzaskiem i komunikacją gebową, w skrócie - dialogi idą w każdą stronę z innymi małymi istotkami-pacjentami.

Katar ustąpił, blondyneczka niepociągająca, czas ubierania następuje w poczekalni, kiedy nagle drzwi się otwierają i wchodzi Bardzo Znana Dziennikarka Telewizyjna. Wiecie już, że z TVN 24, dodając szczegółów dodam, że sejmowa. Na ręku tym razem ma dzidziusia i najwyraźniej reportażu z poselskiego wykonania obietnic robić nie będzie, znaczy przyszła prywatnie. Komentarzy nie ma (tłum uprzejmie nie zachowuje się nachalnie), poza jednym osobnikiem - mojej córci.

Ta mianowicie z uśmiechem na pięknej gębie wita Bardzo Znaną Dziennikarkę Telewizyjną, zagaduje, wymienia opinie, a na koniec, już w swojej przebojowej, fest-ciepłej czapie żegna się czule - "Pa, Pa" rozlega się gromkie, czemu towarzyszy rączką migotanie, wyraźnie skierowane ku tej jedynej Bardzo Znanej Dziennikarce Telewizyjnej. Cholera jedna poznała panią z TV...

Jak mi to NMG opowiedziała, postanowiłem działać. Oczywiście jestem rzecz jasna strasznie ustatysfakcjonowany dobrymi manierami mojej jedynej istotki, ale żeby rozpoznawać osoby w ekranie się pojawiające, to już przesada. Tak więc od tej chwili nie ma już oglądania TVN24 rano, przed żłobkiem i pracą, bo najwyraźniej dziecko zaczyna mieć tam przyjaciół, a to nie dobre wychowawczo, i może dziecko w stronę telewizyjnych tworów i wirtualnej rzeczywistości, zwanej demoniczną, nakierować.

Wprowadzenie embarga idzie mi kiepsko, bo przecież z racji zawodu bardziej niż tzw. średni Polak (tu dykteryjka, kim jest średni Polak? Bo jak spoglądam na różne sondaże, to nigdy średni nie byłem, ani wzrostem, ani spożyciem piwa, ani uniesieniami erotycznymi i ich częstotliwością, nawet w uprawianiu sportu nie dorównuję, tym bardziej oglądaniem telenowel, mniejsza o to, czy odbiegam w dół, czy w górę), wracając - bardziej niż średni często oglądam rzeczone TVN24. Takie przekleństwo. Walczę ze sobą, żeby embarga dotrzymywać, katuję sie teletubisiami, albo po prostu śpiewaniem do porannej kaszki córkowej...

A na koniec do tejże Bardzo Znanej Dziennikarki Telewizyjnej prośbę mam, albo i radę. Ta grzywka, co pani tak często na oko spływa, i którą pani tak często sobie na wizji poprawia, sprawia, że nie rozumiem o czym Pani mówi, bo ciągle się zastanawiam, kiedy znów pani te włosy zgarnie z oka. Hance kochanej żona najwspanialsza grzywkę równo urżnęła nad okiem, wygląda wspaniale, polecam gorąco i równie gorąco pozdrawiam.

13:31, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 grudnia 2007

Bo radość z powodu chodzenia istotki naszej ikonki, to też powód do zmartwienia, przerażenia wręcz czasem, i to coraz częściej się przytrafiającego niestety. Butki na płaskiej jak stół i szerokiej podeszwie działają bez zarzutu, księżniczka blondyczka popyla coraz raźniej i jak się domyślacie przesuwa sobie samoistnie granicę ryzyka na czerwone pole. Dosłownie.

Historia numer raz, to próba wdrapania się na stół przy Ojcu żywicielu (niejedynym na szczęście). Próba zakończona wypadkiem, na tyle groźnie wyglądającym, że rzeczony Ojciec (Najwspanialszej Matce Globu - NMG - tym razem z racji nieobecności się upiekło) dostał drgawek i karetkę gotów był wzywać, bynajmniej nie dla ikonki, ale dla siebie samego w stanie przedzawałowym, a może i całkiem zawałowym. Bo jak się płaska podeszwa omskła na półce dolnej stolika, to się twarz niepłaska zaczepiła zębami górnymi w ilości sztuk cztery o górny blat i nastąpił wyciek krwi do jamy ustnej i krzyk, przyznaję z niejakim zdziwieniem, niezbyt przeraźliwy. Przeraźliwy za to był widok zapełniającej się cieczą czerwoną buzi ikonki i jej skapywania na bluzeczkę z kotkiem. Przeraźliwie stresująca była też chwila chusteczkowania paszczy i patrzenia, czy cztery wspomniane zęby są jeszcze na swym miejscu, czy może tkwią w drewnie blatu.

Były w buzi, a krew pochodziła z ledwo co rozciętej wargi górnej, krzyk ustał po minutach dwóch, po czym nastąpiła zabawa i śmiech, tudzież warga wyglądała jak usta Angeliny Jolie, a Ojciec ciężko oddychając strzelił sobie herbatkę uspokajającą.

Druga historia - dziękować losowi, że mi stresu znów nie podarował, przytrafiła się już NMG a Ojciec wtedy w pracy był i niczego nie wiedział. Ikonka bowiem tym razem łazić nie chciała i postanowiła jednak sobie trochę poraczkować, a że na zwykłe raczkowanie jej sportowa dusza nie pozwala, nastąpiło raczkowanie sprinterskie. Szczegóły znam z relacji przez komunikatora internetowego i w skrócie brzmią one tak, że nogi pędziły zgięte w kolanach, a ręce też chciały, ale nie nadążały i blondyneczka nasza rąbnęła paszczą w terakotę. Teraz przewińcie kilka wersów do góry i przeczytajcie kawałek o wyciekajacej z paszczy czerwonej cieczy i badaniu stanu uzębienia.

Epilog - na szczęście ten sam, żonie kochanej nawet herbatka przez długi okres nie pomagała, karetka grzała silniki, ale czas uleczył rany i rachowanie zębów też.

Dowód, że zęby są - na zdjęciu...

Puentę trudno jakąś celną skrobnąć, bo i tak jako Ojciec i żywiciel (niejedyny na szczęście) oczy mam wokół głowy od 15 miesięcy z hakiem. Zapewnię tylko na sam koniec wszelakich ministrów od edukacji i życia intymnego, że oboje żywiciele byli trzeźwi, dzieckiem opiekujemy się najlepiej jak potrafimy, czyli najlepiej na świecie, ikonka urazy nie kisi, a uraz wargowy się już zasklepił. I oby tak zostało, bo nowe zęby idą, i możliwości zaczepienia statystycznie będzie jeszcze więcej

10:34, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 grudnia 2007

Dziś o zawstydzeniu i rozczuleniu, jakie mnie tąpnęło, a za oba zjawiska emocjonalne odpowiedzialna jest - jakżeby inaczej - nasza ikonka kochana, blondyneczka H. Bo historia zaczyna się o godz. 20.30, o której to porze od dnia pamiętnego, nie pamiętam którego, dziecko spożywa kolację w modernistycznym krześle-karmicielu w postaci kaszki malinowej, brzoskwiniowej, wieloowocowej (niepotrzebne skreślić). Teletubisie idą na wizję, japa szeroko się rozwiera i szuflujemy. O godz. 20.44 finito, pokarm pochłonięty w całości, tubiśki zdążyły sie potulić, więc... tata ma czas na piłkarską środę, bo to któregoś z tych właśnie dni dotyczy opowieść.

Blondyneczka, ikonka nasza ląduje, więc na dywanie z komunikatem "pobaw się dziecko przed snem jeszcze", córeczka kochana odpowiada jazgotem radosnym i wdrapuje się na bolida traktorowego z zamiarem pojeżdżenia. Ojciec-żywiciel (na szczęście nie jedyny) z gwałtownością rzuca się na fotel, pilot w dłoń i Real już ma na wizji (papapa, mówią teletubiśki). Na usprawiedliwienie przytaczam fakt, że meczyk się trafił przedni, dwie brameczki i czerwona kartka już na początku, więc kibicowska dusza odżyła momentalnie i przykuła resztę organizmu przed TV.

Ocknąłem się gdy Najwspanialsza Matka Globu (NMG)zakomunikowała, że ciut w chałupie chłodno, więc udaje się na kapiel gorącą, ja na to, że oczywiście i dalej z Haneczką oglądamy jak Real męczy się z Grekami. Gdzieś tak tuż przed przerwą zapadła cisza, cisza musiała trwać dłużej niż kadencja rządu PiS, bo się z niepokojem zerwałem. Córki w pokoju brak, chlupot z wanny dochodzi, ale drzwi zamknięte, więc paniki nie ma.

Córka odnalazła się w swoim pokoju i to właśnie powód tego wstydu i zażenowania był. Bo stała sobie ciuchotko w niebieskich śpioszkach przytulona do sztachet łóżeczka, kwiląc szeptem. Główka spuszczona, gały na zapałki. Gdy zobaczyła ojca wyrodnego podniosła łapki i pokazała na kołderkę, pod którą (wiemy to oboje doskonale) skrywa się nionio, czyli smonio, czyli dla normalnych - smoczek. No i znów miałem łzy w oczach (jak ktoś z was pomyślał, że mazgaj ze mnie - trudno), włożyłem do łóżeczka dziecinkę, a ta dorwawszy nionia wypięła pupę i zachrapała.

Córka moja poszła sama spać. A ja się rozczuliłem i drugiej połowy meczu nie pamiętam, ale ponoć był ekstra. I nie wierzę jak mnie ojciec mój rodzony opowiada, że ja to po nocach ryczałem i trzeba mnie było nosić do białego rana i jeszcze się potrafiłem po północy zesłać (patrz głupia reklama). We mnie wrodzona i w NMG, ikonka nasza ze snem kłopotów nie ma żadnych.

A wasze istotki serwują wam nocną zmianę?

15:51, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007

Godz. 20.37, telefon do domu. To taka nasza mała, rajska tradycja od jakiegoś dość długiego już czasu, liczonego zapewne od momentu powiedzenia pierwszego "gaga", co zabrzmiało jak "tata", przez naszą ikonkę, blondyneczkę kochaną H. Bo choć ufam Najwspanialszej Matce Globu (NMG) bezgranicznie i bez wyjątku, to jednak jak mnie nie ma, to jest poczucie wstydu, czy jakiegoś niepokoju, a na pewno poczucia winy, że mnie z nimi właśnie fizycznie nie ma, i że nie zanoszę H. do łóżeczka mówiąć jej "papapa", po drodze żegnając się z rybkami w akwarium, odbiciem w lustrze i paroma innymi gadżetami jak wizjer w drzwiach wejściowych.

Dlatego, najczęściej podczas jej kąpieli chlupiących, dochodzi do czułości. Zaczyna sie od teletubisiowego "tulimy, tulimy, tulimy", co wywołuje histerię śmiechu po obu stronach kabla telefonu rzeczonego. Potem jest seria piknięć - to NMG przekazała słuchawkę córce blondyneczce, co by powiedziała "tatuś, tatuś", a H. wykorzystuje sytuację na naciśnięcie wszystkiego po kolei. Gdy reakcja wzywanego jest, dochodzi do kolejnego wybuchu histerii radości, zakończonej najczęściej łzami "tuś, tusia". Taki k... twardziel że mnie, że łkam "Tuś, tuś kocha Hanię, tulimy, tulimy" przez telefon.

Tatusiu, tuś tusiu, zadzwoń

Ona już śpi - jest 21.00. Tradycji stało się zadość, już wyszedłem z pracowej łazienki, dla niepoznaki mocząc twarz. Zobaczę ją (gadającą) rano. Do rana smutno mi.

Wypada twardemu ojcu, żywicielowi tak się rozczulać?

20:49, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2007

Bo ja dzisiaj o nie-spaniu chciałem trochę napisać. A raczej o spaniu nieskrępowanym żadnym żywym i sztucznym, znaczy przedmiotowym, budzikiem. Traumatyczne w tym temacie przeżycia miewam od jakiegoś roku z hakiem. Wtedy to właśnie grafik sypiania wywrócił się do góry nogami i stał się zmorą budzącą wściekłość (nawet) i żal (pełen). Z nielicznymi wyjątkami sytuacyjnymi.

Pokory uczy dziecko małe - slogan ten przez Ojca-Żywiciela (niejedynego) powtarzany, czyli przez autora tegoż pisma, nabiera mocy każdego dnia rano i każdego dnia wieczorem. W tym drugim przypadku mianowicie dotkliwie się przekonuję, że bezpowrotnie minęły czasy bezużytecznego, niczym nie skrępowanego i jakże relaksującego ślęczenia nad komputerem do świtu jesiennego, tudzież przed telewizorem z sączącą się fabułą klasy C, jakże inaczej nie wspomnieć o piwie gdziekolwiek spożywanym w dobrym towarzystwie. Rano dotkliwość doznań przykrych tym większa, że z każdym dniem bardziej upragnione staje się proste marzenie - wyspać się.

2006 r. Błogi sen kota i H.

Jak ja bym chciał jeden dzień przeżyć tak do końca, a potem obudzić się z kurami, kotami, czy innymi stworzeniami, które są na tyle dobrze wychowane, by jakimkolwiek życiowym odruchem nie wytrącać z letargu głowy Ojca, oczu Ojca, czy innych ojca organów, przed magiczną porą późne popołudnie.

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Od wspomnianego roku z hakiem budzę się tak pi razy oko między godz. 6.15 (wersja dołująca dogłębnie), a 8.00 (pusty śmiech). I pomijam tu wydarzenia niezaplanowane przez Ojca ani przez Najwspanialszą Matkę Globu jak np. zaplanowane z kolei przez ikonkę, blondyneczkę kochaną, wypuszczenie któregoś tam ząbka na wolność, o którejś tam środkowonocnej porze, co ileś tam decybelami ogłaszając nasza H. wzywa któregoś z Rodzicieli na pomoc.

Nerwica gwarantowana z jednym tylko wyjątkiem. Nocne transmisje sportowe Live. Tak było któregoś weekendu, kiedy nagłe przebudzenie i kaszel istotki naszej - ikonki - spowodował wybudzenie nagłe, tudzież w okolicznościach nawet przyjemne, bo okazało się, że właśnie w porze nocnej niejaki Gołota słaniał się na nogach w pierwszej rundzie bokserskiego starcia, czym piszącego tego bloga wybił ze snu na amen. I dziękuje ci H. najdroższa, że głośnym śmiechem uznałaś o 7.45 w niedzielę, że pora wstawać i żreć dawać. Niejaki Kubica właśnie wtedy startował w Chinach czy innej Japonii, a tam zegary do góry nogami chodzą. Aż szkoda, że rozlosowane dziś mistrzostwa Europy w piłce nożnej z racji tej samej strefy czasu po nocy transmisji mieć nie bedą.

Jestem stuknięty, wiem, po co komentować.

16:01, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 grudnia 2007

Ja dalej o tej zazdrości do żłobka i żłobkowych osób wszelakich wspomnianych w poprzednim debiutanckim wpisie. Bo dajcie radę jakąś, jak się nie wnerwić ma Ojciec i Żywiciel (niejedyny) wypatrujący najmnieszego nawet gestu dziecka swego wspaniałego, kiedy taką to historię przeżywa. Akcja się rozgrywa w żłobku, Najwspanialsza Mama Globu (NMG) wpada tam jak po ogień po H. - ikonkę naszą, księżniczkę itd. Mała larwa z wyciem przeradosnym wyciąga łapy zapiaszczone piaskiem w piaskownicy (chciałem coś jeszcze z piaskiem dodać, ale wyobraźni zabrakło) i z rykiem nie mniejszym prostuje kolana stając równie pewnie jak tata o 5 rano w sobotę przez nią obudzonym będąc.

Czasem stoję, puchary się należą

Stało się - stoi. Rok z hakiem niewielkim trwał proces pionizacji blond-potwora, potwór się wreszcie uniósł. NMG w ryk (zachwyt), dziecko w ryk (zachwyt niemniejszy) i balansik pupcią, co by pozycji horyzontalnej nie zaliczyć, a przecież mównica jaką miał nasz były prezydent w Kijowie tymczasowo niedostepna. NMG w krzyk: "Ty stoisz! Brawo, brawo, brawo" - i klaszcze. Na to żłobkowe osoby przeróżne, w przeważającej liczbie damskie w ryk (zdziwienie): "To pani nie wiedziała, przecież ona nie pierwszy raz wstała".

I jak tu ma cię człowieku szlag nietrafić. W nieco ponad rok od wydarzenia najważniejszego w życiu moim, trafia się znów Armstrong na księżycu, białe ślepie Moby Dicka, piątka w totka i pulę zgarnia kto inny.

Wkurzające, prawda?

PS: Najwspanialsza Matka Globu ma dziś święto swoje, nieokrągłe. Życzymy z córcią z całego serca - ciepliwości, bo duecik - moja ty najukochańsza, trafił ci się przedni.

10:41, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »