"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
wtorek, 22 czerwca 2010

... przynajmniej do czasu, kiedy jest szansa, że w tym łbie coś pozytywnego kiełkuje, bo akurat w moim przypadku już wsio ryba, czy czerep chronię czy nie i tak jakby coś z niego miało wypłynąć, to byłaby to ciecz nijaka i bezwartościowa.

Hanuta, kask rowerowy

Niemniej mamy oto na załączonym obrazku dowód jakże istotne jest łba chronienie dla estetyki i bezpieczeństwa. I nie ma żadnego znaczenia, że rower jest czterokołowy, że chodnik równy i pod samym domem, wręcz jakby w przedpokoju, i pod opieką, i przy małej prędkości i wiele innych. Była kraksa na zakręcie i twarz zdarta, ryk kontrolowany, podobno krótki, rano oko opuchnięte jakby się całą noc z Pudzianowskim się napieprzała. Wstrząsu mózgu ani tym bardziej wycieku wartościowej zawartości ze łba nie stwierdzono, na szczęście.

A więc na zdjęciach zrobionych dzień po tragedii nowoiwiczańskiej już czerep w kasku widnieje i tak będzie do czasu, kiedy sama będzie już sobie decydować, czy to co nosi na czubku szyjki warte jest ochrony, czy też nie. Bo nie mamy żadnej wątpliwości, że w kasku nie byłoby śladu, bo odepchnąłby kantem nacierający na twarz chodnik.

Hanuta, kask rowerowy

To co przy okazji mi się nasunęło, a co jest dowodem na niespecjalnie skomplikowane wypełnienie głowy mojej, to taka oto "myśl", że eksponowanie i ran nie zmienia się przez całe życie. Hanuta wparadowała dziś do przedszkola dumna niesamowicie od progu wrzeszcząc, że miała wypadek na rowerze i pokazując wszystkim obrażenia, co przynajmniej miało tę zaletę, że nie musiałem śie tłumaczyć z przemocy domowej.
Dokładnie tak samo robią starsze dzieci, które dumnie wnoszą do szkoły gips - dowód, że się spadło z naprawdę wysokiego drzewa, tak samo jak dorośli w pracy opowiadają koleżankom i kolegom, że ta śliwa na oku to jedynie odprysk ciężkiej walki samców, w której to tamten poległ sromotnie i broczy krwią dobę już całą.

Tak na marginesie - nigdy nie miałem nic złamanego, ale ostatnio kokietowałem się sam ze sobą bolącym kolankiem. Strasznie mnie bolało. O tu, i tu...

Tagi: ojciec raj
21:43, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 czerwca 2010

Szmat czasu temu, kiedy dziecię moje numer 1 było mniejsze sporawo, tak mniejsze nawet od dziecia numer dwa w aktualnych jego rozmiarach, siedziałem ja z nim na naszym 10x10 raju i karmiłem. Były to długie chwile absolutnego skupienia i potem przeolbrzymiej dumy, kiedy słoik brokułowego risotto z królikiem znikał w paszczy dziecka Hanutą zwanego, w specjalnym krześle unieruchomionego. Trwało to godzinę, czasem dwie, czasem dwie jedzienia i jedna sprzątania. Ale trwało - to był sukces górnolotnie zwanej natury, że swoją obecnością dziecko zajmowała na tyle, że nie pamiętała o dzioba zaciskaniu i z obrzydzenia pluciu.

Majka

Przypomniało mi się to rozkoszne lunchowanie nie dalej jak wczoraj, a może przedwczoraj, kiedy wykorzystując aurę wybitnie nie powodziową udałem się na obiad z dzieckiem numer 2 do 10x10 raju. Ziemniaki (niestety słodkawe), co różnicy negatywnej nie robiło dziecięciu Majtkiem zwanemu, bitki pierwsza klasa, ekstraklasa nawet i do tego pomidor sztuk raz bez skórki.

Majka

Talerz wyszedł cały, pokaźnych rozmiarów, jego wyczyszczenie poprzerywane 17-oma okrzykami "aaaaaaaammmmmmmmmmmmmm" zajęło 4 i pół minuty. Tak mi się przypomniało przy okazji to risotto, bo o ile pamiętam, a jeszcze nie narzekam na pamięć, to pamiętliwe dziecko numer 1 było i zapamiętało, że mięsa jeść nie lubi. Więc jadło przecierki. A ten odkurzacz nawet ślimaka chciał zjeść.

Majka

Jedno i drugie karmienie było fanomenalne, fantastyczne i jak się okazuje niezapomniane.

PS: W poniedziałek Majtek idzie jeść do przybytku edukacyjnego

wtorek, 15 czerwca 2010

O 2.30 zasnąć przed głupawym odcinkiem Brainiac (chłodzenie piwa paliwem rakietowym). O 4.30 nie otwierając oczu karmić butelką istotę o charakterze potwora, która także nie rozchylając gałkowych powiek zassała 180 ml, o 8.30 wstać, bo inni wstali. I zostać w domu.

Mamy z Majtkiem taką umowę, niepisaną, że jak zostajemy sami w domu, to sobie życia niekomplikujemy. Zatem ja sobie kawę piję, a ona grzebie w spinkach nieobecnej Hanki, ja sobię do komputera siadam, a ona sokiem zalewa książki, ja idę się załatwić z gazetą, a ona siada naprzeciwko na nocniku i co 5 sekund krzyczy "juuuuuuuuuuż!!!".

A potem, ok. 10, zaczynamy się przytulać. Tak się zaczyna niuchronny proces zmierzający do wspólnego zadowolenia z robienia co się chce. Wygląda to mniej więcej tak, że najpierw wrzeszczę: - O matko, jaka kupa, śmierdzi, kładź się! Potem oboje intonujemy: A fe, a bleeee... Później jeszcze dziecko zanosi towar do kosza na śmieci i zaczyna trzeć oczy. Na to ja lecę do lodówki. Serek, jogurt, udziec bydlęcy - co tam w łapę wpadnie. Je i zaczyna się pokładać. Wyciąga sama poduszkę i wali się na środku pokoju. Jej stan sprawdzam gilgotając w brzuch. Jeśli chichot przypomina taki "do posikania się" - odstępuję. Jeśli jest to pełne wyważenia "hehe-hihi-hoho" strzelamy misia i zanoszę ją spać.

I to co lubię najbardziej - od 11 do 14.40 spała. Ani kwęku. Umowa między nami obowiązuje. W tym czasie obejrzałem sobie prawie cały mecz Nowej Zelandii, napisałem dwa blogi, ugotowałem pomidorówkę, podlałem kwiaty, odkurzyłem, wykąpałem się, poczytałem w wannie, zasnąłem w wannie i potem dorzuciłem drzemę na kanapie. Bo człowiek musi mieć coś z życia nawet podczas obowiązkowego dyżuru ospowego, a przed pójściem do pracy na II zmianę, też obowiązkowo.

I dziecko to doskonale rozumie.

niedziela, 13 czerwca 2010

... zastanawiam się jak napisać, że dziecię jest perfidne z określeniem jego wieku. Z dwulatką i trzylatką problemu nie ma, z "czterdziestką" też nie będzie, ale jeśli pociecha ma 1 rok, 5 miesięcy i 13 dni? Mniejsza z tym... perfidna jest. Już opisuję.

O biciu było. Teraz jest przed nim też knucie. A po nim ściema. Podchodzi i robi np. na plecach swojej siostry prawie-czterolatki "misiu, miziu". Owe zaczyna przybierać formę masażu, potem ostrego ugniatania, co niechybnie prowadzi po ok. 10 sekundach do wystąpienia gwałtownego "jeb, bam, trach" - przepraszam za wyrażenie - po czym rozlega się nie bynajmniej udawany jęk i płacz ofiary, tym głośniejszy, jeśli druga łapa niepostrzeżenie powędrowała do włosów.

MAJKA

Tępimy oczywiście. Trzeba tępić jednak inteligentnie. To akurat dla mnie zbyt trudne, zatem idę na "nos". Strofwanie czasem, pytające "A co ty zrobiłaś?!?". Czasem jednak kara opuszczenia lokalu i zastanowienia się nad sobą, czyli "Wyjdź i wróć jak się uspokoisz!", co też płaczem jest sygnalizowane, lecz po chwili rzeczywiście wraca aniołek, uśmiechnięty od ucha do ucha.

Teraz doszła też do tego aktu perfidia, mianowicie po reprymendzie i/lub karze jest przytulanie. Podchodzi do ofiary i strzela klasycznego misia z ugniataniem a czasem jeszcze całowaniem. Po chwili jednak brwi się ściągają, następuje mina a'la laleczka Chuckie (pamiętacie, co to była za kinowa głupota?) i po kilku sekundach "bum, jeb, trach...".

Jakoś nie mam obawy i wątpliwości, że dziecko z tego lada dzień wyrośnie, tak jak każde moje dziecko (nieźle zabrzmiało...) wyrastało z rzeczy złych szybko i bez zbytniej ingerencji. Na szczęście w przetrwaniu okresu łobuzerskiego pomoże żłobek, do którego dziecię niedługo się wybierze, gdyż po ospie ślady zostały jeno takie, że strupków trochę i wszedobylska fioletowa zmaza, z którą przez następnych kilka dób powalczymy, żeby personelu przybytku edukacyjnego nie wystraszyć.

czwartek, 10 czerwca 2010

Zamiast słów trochę kolorków, bo co tu opisywać, jak wszystko widać.

Majka ospa

Znajdźcie 713 różnic na tej gębie z gębą zaprezentowaną na ostatnim wpisie na tym blogu i 745 różnic z gębą Hanuty sprzed tygodni dwóch z hakiem. Tak, tamto to było ospiątko karłowate.

Majka ospa

Wychodzenie z domu... Logistyka straszliwa związana z rodzicielskimi obowiązkami, ale dziecku cóż, chyba zakaz nie przeszkadza. Bo jak jest na dworze 34 st. C a w domu jednak trzy kreski mniej, to jednak lepiej posiedzieć na "chłodnej" podłodze w progu.

Majka ospa

Dowód, że na twarzy jest epicentrum. Pod pieluchą drugie. Reszta ujdzie. Kropkowanie gencjanom tych co wykwitają trwa pół godziny, a takie dziecko jak Majka pół godziny bez ruchu nie wytrzymuje.

Majka ospa

Ojca oswajanie się z fioletem trwa. Fioletowy są ściany i boki wanny, dywan zielony jest fioletowy, ten szary uniknął skazy zwinięciem, fioletowy wykwit pojawił się na kanapie i zaznacza obecność na wszystkich kontaktach.

Pocieszające: brak gorączki, jest apetyt, raczej nie swędzi. Przynajmniej w dzień. Noc zarwana całkowicie jednak. Jeszcze z tydzień...

Majka ospa
Tagi: Majka
17:08, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (12) »
wtorek, 08 czerwca 2010

Oczko w głowie. Martwiliśmy się, że pochlały ją straszliwie komarzyska, tak mocno i tak dotkliwie, że rozdrapane użądlenie wylało się opuchlizną na całe przedramię aż do niemożności zgięcia ręki. Poszła we wtorek do żłobka z trzema butlami - od pryskadła przeciw-owadowego, od mazidła przeciw-słonecznego i od żelu anty-swedzącego. Wróciła Majtek za to przedwcześnie, po pobudce, z trzydziestoma krostami.

Majka ospa

Ospa. Zdziwienia brak, bo wszak siostra starsza Hanutą zwana dopiero od dwóch dni do przedszkola łazi po zaospowaniu. Ale też cholera złośliwością się wybitną wykazała. Miała dwa tygodnie na chorowanie, całe dwa modlenia się o krosty. To nie, musiała się wysypać akurat wtedy, kiedy logistyczne isensowne podejście do tematu "opieka nad dzieckiem" jest awykonalne. Ojciec zaczyna mundial, który oznacza niemal miesiąc z życia wyjęty (i nie chodzi o rozrywkę, bynajmniej), matka dopiero co ze zwolnienia wróciła.

Majka ospa

Możliwe, że zmuszeni będziemy pierwszy raz w życiu zaprosić do domu w sumie "obcą" osobę, żłobek ma ofertę "ciocia do domu", za dodatkową opłatą, za to ze żłobkowym wyżywieniem. Zastanawiamy się gencjanując, procha antywirusowego dając, patrząc czy się nie drapie i z ulgą rozpatrując fakt, że nie ma gorączki, a ma apetyt. Bo bez tego ostatniego byłaby trwoga :-)

Majka ospa

Tylko czy po takim eksperymencie dziecko nie uzna, że chodzenie do żłobka jest bez sensu, skoro żłobek przyszedł do niej?

17:36, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

Niby moim zdaniem to powinna do tego ukochanego przedszkola wrócić już w środę, ale z racji uzyskanego zwolnienia i długiego weekendu, potrzymaliśmy Hanutę w domu do całkowitego zmycia śladów gencjany poospowej z ciała. Niemniej doczekała się, od piątku mówiła co zabierze w poniedziałek ze sobą, co będzie robić i kto ją może łaskawie zaprowadzić. Rano wybiegła z domu gubiąc buty.

Hanka

Wspominałem już, że największą traumą siedzenia w domu z ospą nie była sama ospa czy samo siedzenie, ale fakt, że omija ją akademia na rzecz ojca i matki, wielkie wydarzenie, rola i scena nie w przedszkolu, ale na wyjeździe. Moment, w którym dowiedziała się, że w konsekwencji krost ją to ominie był najdramatyczniejszym nie tylko w historii tej choroby. Szloch potworny.
Chciałem pocieszać, że jak tylko wróci do przedszkola to od razu we wtorek jest wycieczka na piknik kolejką po lasach i ognisko, ale tu wszedł głos rozsądku w postaci NMG i rzekł, żeby nie opowiadać, bo jeszcze coś nie wyjdzie, szkarlatyny dostanie, kokluszu, zapalenia płuc i znów nie choroba, ale opuszczenie wielkiego wydarzenia będzie najbardziej tarumatyczne.

Zatem siedzieliśmy i nic nie mówiliśmy, sycąc się radością dziecka, które gębę cieszyło na sam fakt powrotu do przedszkola, bez dodatkowych atrakcji. I była to decyzja z każdego powodu słuszna, gdyż po wejściu pierwszy raz od dwóch tygodni do przybytku edukacyjnego dostałem dwa komunikaty od razu w twarz: ile do zapłacenia, i że wycieczka kolejką odwołana z powodu podmycia przez powódź torów.

[fot. nasza ulica...]

powódź

Ładnie byśmy wyglądali.

PS: Ta sama kolejka w mniej więcej tym samym czasie została odwołana równo rok temu z powodu brzydkiej (zwykły deszcz) pogody. No nie dane najwyraźniej.

sobota, 05 czerwca 2010

Nie mam wątpliwości, że Majtek w swoim ciekawskim życiu weszła właśnie w fazę, którą wszystkie mądre i głupie książki o tzw. wychowywaniu i rozwoju dzieci opisują jako "najpiękniejszy okres w waszych wspólnych relacjach". To oczywiście jest jedną wielką bzdurą, sam fakt istnienia jakiegos jednego wydzielonego okresu wybitnych relacji, ale nie mam wątpliwości, że to jest ten moment, kiedy Majtek z bobasa staje się dziewczynką. Skrótem, bo weekendu szkoda na pisaninę...

Śpiewa. Motyw z teletubisiów, motyw z dinozaura fioletowego, kawałki mio i mao - czy jakoś tak (o dwóch kotach), śpiewa też pewien hit sprzed urodzin ojca jeszcze, ze wstydu nie zapodam, a jak zapodam, to jedynie dla wartości poznawczej.

By the way - musiała to usłyszeć w jakiejś reklamie (???), albo właśnie wyszło na jaw co robi z dziećmi NMG pod moją liczną przyznaję nieobecność.

Stroi się. Np. zaczynają się kłótnie o buty i to są kłótnie absolutnie nie na żarty. A dziś jak założyła czerwoną sukienkę w grochy z Hello Kitty to dostała spazmów śmiechu z radości.

Majka sukienka

Gada. Byle jak, ale gada. Trochę po swojemu, trochę po naszemu. I oczywiście nie nasza to zasługa. Bo nie nauczyliśmy jej liczyć ("yhy, ehe, aha, uhy, pięć, yhy...") i krzyczeć za uciekająca Hantką "Kukam!" - co niechybnie oznacza poszukiwania.

Włazi. Na wielką zjeżdżalnię, sama, i sama zjeżdża. Lepiej wchodzi niż ojciec na niewiele wyższą drabinę, co mu wytknięto dosadnie.

Obraża się. Nie ma potrzeby rozwijać wątku tegoż... Obraża się jak cholera.

Ale te wszystkie umiejętności, de facto trudne do opisania, nie są najważniejsze dla oceny - to jest ten moment. To są emocje i myślenie, miny, zachowanie takie całościowe, które np. zasłuzyło w żłobku na określenie "porządniś". Kanalia - w edukacyjnym przybytku sprząta, a w domu bałagani.
Rośnie nam spryciarz. Uroczy w dodatku. Kolejny...

Majka zjeżdżalnia

PS: Ospy nie ma. Jeszcze?

środa, 02 czerwca 2010

Z uśmiechem w dodatku na ustach Majtek mała leje wszystkich, choć przyznaję nie bez satysfakcji, że mnie najmniej. Hanutę ciągnie za włosy, popycha, wyrywa zabawki czy co tam akurat niesie, o podbieraniu i pałaszowaniu na wspomnę, bo dzieje się to za obupólną zgodą.

Wczoraj - to nowość - uszczypała.

Leje też NMG. Na przykład będąc na rękach w twarz. Albo tak po prostu. Z otwartej, na płask. Mnie też się czasem tak dostaje. Jeszcze na szczęście nie kopie i nie pluje, mogłaby tez wyprowadzać ciosy z piąchy seriami. Na szczęście zachowuje wyniesioną z domu kulturę osobistą.

MAJKA

Żłobek? Hmmm... w zasadzie to jedyny trop. O ile za "kujwę" Hanuty mogła odpowiadać telewizja, towarzystwo przedszkolne i/lub dom, o tyle w przypadku Majtka lanie w domu nie występuje. Znaczy się boksuje sobie miejsce w stadzie żłobkowym, w którym - po przenosinach piętro niżej - jest najmłodsza.

I teraz cieszyć się, że w kaszę sobie nie daje dmuchać, czy wrzeszczeć, żeby nie ważyła się podnosić ręki na matkę, ojca, siostrę, kota (no dobra, na kota może, ale najlepiej z kijem, żeby w pysk nie dostać w rewanżu z pazura).

Jak zwykle w przypadku dzieci nic nie jest czarno-białe, nie ma też odpowiedzi: rób tak lub siak. Zatem wdrażam stanowcze ale jednak "zobaczymy co będzie dalej".

niedziela, 30 maja 2010

Oczywiście było to do przewidzenia, skoro w niedzielę się w basenie razem pluskali, a w poniedziałek miała Hanuta pierwsze krosty. Milana wysypało pięć dni po niej. W sobotę rano. Na wieść o ospie narzeczonego Hanka zareagowała absurdalnie histerycznym śmiechem, takim aż zewnątrz. Myslałem, że sie posika z radości. Autentyczna radość, że wreszcie będzie mogła do niego pójść. Poszła w niedzielę, pomagała w gencjanowaniu.

Hanka, Majka, ospa

Hanka jeszcze posiedzi w domu wykrozystując zwolnienie, a Majtka na razie nic, mimo, że z oczywistych względów totalnej bezsilności ochrony przed zaraźliwym choróbskiem i brakiem możliwości wydzielenia 100 metrowego lokum izolacyjnego z 59 metrów posiadanych (chyba, żeby ją na stałe na łańcuch na ogródku uwiązać) byliśmy niemal pewni, że szybko złapie. Nie to nie - w poniedziałek, co ustalone z kierownictwem i za jego zgodą, idzie zatem do żłobka. I znów będzie wyczekiwanie.

Oby jeśli już ma ją złapać to w tak łagodnej formie jak Hankę, proszę.

18:12, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 maja 2010

Wykropkowana przez ojca bez litości siedzi moja starsza córka zaospiona rano na nocniku. Ona siedzi, nocnik w pokoju dziewczyn, gdzie na noc jest wstawiany, ja mając siedzącą na tronie Hanutę chwilowo unieruchomioną przewijam na dywanie Majtka. Jest 9.20, o tej porze wstają dzieci, kiedy ojciec zostaje z nimi na gospodarstwie sam. Anioły.

Zrób, Haniu, siusiu - nalegam i odwracam się do Majtkowej bomby z moczu całonocnego, kiedy nagle za plecami słyszę:

- No, kujwa, nie chce mi się...

Hanka

Odwracam się i widzę obraz kuriozalny, dziecko z oczami do góry a'la "cóż ja mogę zrobić, podparta piąstką a'la grecki mędrzec, lekko się uśmiecha wygłosiwszy zacytowaną sentencję. - Coś Ty powiedziała? - rzucam lekko tylko podniesionym głosem, bo w ostatnim momencie książkowe rady się mi do łba cisną, aby w złym dziecka nie pouczać, bo zadziała znany mechanizm w stylu: każdy na trawnik wlezie, gdy tylko tabliczka "nie deptać" się na nim pojawi. Dziecko jednak szykuje się do powtórzenia i odpowiedzenia zarazem na pytanie, jednak widząć mą chyba groźna gębę stwierdza:

- No, że tato ojej jak mi się nie chce.

Do sprawy nie wracaliśmy, na razie się nie powtórzyło. Tłumaczyć się jednak muszę, w domu "niekujwimy", ja najczęściej złość wyrażam sentencja "do jasnej cholery", co zresztą zostało podłapane i dziś przez okno Hanuta zaospiona nie mogąc dostrzec dzieci na podwórku stwierdziła, że "do jasnej cholery krzak zasłania".

Skąd "kujwa"? A do jasnej cholery skąd mam wiedzieć? Może mi się jedna, czy dwie "kujwy" jednak wyrwały, a może w TV misyjnej ktoś rzucił? Niemniej nie mam zamiaru robic z tego wielkiego halo, póki nie będzie się zwracać per "kujwa" w każdym zdaniu. Może zapomni.
Wiem za to, że Hanuty koleżanka, o której było tu już wiele, dość świadomie użyła z pół roku temu tegoż przekleństwa, proszę mnie poprawić jeśli naginam rzeczywistość, po potknięciu się o nogę stołu, czy krzesła. Nie wiem, czy od tamtej pory przeklinać przestała, pamiętam zaś jednak, że w jej przypadku bluzg ten brzmiał perfekcyjnie, bo dziewczynka nie tylko, że mówi "r", ale nawet zwykła je podkreślać o tak "k.R!R!R!R!R!R!R!R!.a"

PS: Ospa to pryszcz, jeśli nie ma gorączki i się nie drapie. Gencjanowanie jest super, tylko wszystko już mamy zaświnione na fioletowo i część nie do doprania. Ładnie zasycha i nowych nie ma. Majtek też nie ma. W poniedziałek idzie do żłobka, bo tam już inne dziecię ospę sprzedało, więc na Rajową nie będzie. Ale jak znam jej złośliwie usposobienie, to w poniedziałek dostanie krost.

wtorek, 25 maja 2010

drap, drap, drap...

Najpotworniejszy był ten szloch. Płacz straszliwy, serce rozdzierający, najsmutniejszy z możliwych, bo nie z bólu, nie z gniewu, nie ze zmęczenia czy głodu, ale z powodu świadomego żalu. Spazm niemożliwy wręcz do ukojenia.

Hania, ospa

drap, drap, drap...

Jak dobrze, że nie byłem jego świadkiem, ale opisałem z opowieści mam nadzieję wiernie. To był płacz, gdy dziecko zrozumiało, że mogą sobie rodzice jaja robić, może kropkowanie gencjaną być zabawne, może być fajne to ogólne zainteresowanie i rozpieszczanie, ale zdecydowanie przerażająca jest myśl, że dzieci z przedszkola TEGO WŁAŚNIE DNIA pojechały AUTOKAREM na występ NA DUŻEJ SCENIE specjalnie dla mam i tatusiów swych. Nie wyobrażam sobie, jak mogłaby zapłakać, gdyby zobaczyła, że TEN AUTOKAR WYPEŁNIA SIĘ JEJ KOLEŻANKAMI I KOLEGAMI dokładnie przed naszym oknem. Zaaranżowałem jej wieczorem "scenę łóżkową", obiecane ma, że idziemy do ZOO:

drap, drap, drap...

To jedyne niedogodności ospowe obok oczywiście konieczności pozostania w domu Hanki oraz zaplanowania wokół niej dyżurów (zalanej gencjaną podłogi z litości dla siebie nie liczę). Generalnie to ubaw po pachy, gdzie krosty są najliczniejsze. Kropkujemy i patrzymy jak je fioletowa ciecz na spirytusie żre (maść ponoć dobra, ale mniej skuteczna już na same pęcherzyki, stąd taki przedpotowy sposób leczenia), na twarzy szczęśliwie mniej ma wulkanów, dużo na brzuchu i plecach. Gorączki nie ma, humor wyborny (poza fazą płaczu), apetyt jak na nią nawet w miarę. Tydzień i po krzyku, miejmy nadzieję.

drap, drap, drap...

Teraz cholera jest jednak inny problem. Bo Majtek wciąż zdrowa, ale do żłobka nie chodzi przecież, bo może ją sypnąć za godzinę na przykład i będzie potem na nas... Więc kibluje z siostrą, lata, wrzeszczy, dokazuje, komplikuje operację pt. walka z ospą, a sama jej nie doznaje. A nie mogę sobie nic gorszego wymyśleć niż ozdrowienie Hanki i zospowanie Majki dopiero po niej. Raz, że niechybnie wejdzie na czas mundialu, kiedy ojciec pracą pochłonięty mocniej, dwa, że łatwiej dwie za jednym zamachem okropkować.

Hania, ospa

drap, drap, drap...

Dlatego Hanuta dostała pzowolenie na całowanie, może też pluć w kierunku siostry i pić z tego samego kubka, a przed chwilą wgramoliła się na łóżko tuż nad nią. Jutro mam nadzieję zobaczyć nowe krosty na drugim ciele. Tymczasem coś mnie swędzi. Pa.

drap, drap, drap...

Alarm telefoniczny z domu - Hanutę wysypało. Dociekałem: Ile? Gdzie? Jak wyglądają? Czy ma gorączkę? Niestety mimo zdarzeń łagodzących wątpliwości mieć trudno. We wtorek lekarz potwierdzi lub nie, że te dwadzieścia kilka krost to nie mrówki..., ale ospa. A może - łudzę się - nie? Wszak wlazła w mrowisko, wszak... Sondaż prawdę Mi powie!

 

Te krosty na Hanucie to:
Uczulenie na ojca
Mrowisko, bo w nim usiadla
Bo woda w basenie byla chlorowana
Bo sie spocila
Bo moze miec krosty bez powodu
Koty.... wiedzialem ze maja pchly...
Slimaki niosa zaraze
OSPA
pollcode.com free polls

 

01:21, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 maja 2010

(Chyba już kiedyś taki tytuł dałem...)

Hania, Maja

Są takie dni, które jakby nawet w swym dziwactwie postanowiły trwać 48 godzin, to i tak nie napełniłyby mojegło łba przesytem a kończyn zmęczeniem. Niestety dni takie występować raczą zdecydowanie rzadziej niż te, które najlepiej jakby się wcale nie zaczynały w swej bezsennej fazie czasu. Tam bardziej warto o nich wspominać, kusić los ich ponownym wystąpieniem.

Hania, Maja

Bo ile na powietrzu dziecko pozostać może? Na pewno znajdą się wariaci, które tegoż sortu rekordy odnotowują, ja na swój użytek nadmienię tylko, że choć to nieprawdopodobne, ale raptem miesiąc brakuje to pięknej, aczkolwiek jedynej, bo inaczej nie chce być, najkrótszej nocy w roku. Czyli jak bić rekord to wtedy, kiedy dzień najdłuższy, zerwać pociechy jak świta o 3-4 nad ranem i wypędzić. Ale i ta ostatnia niedziela znalazłaby się najpewniej w TOP 10 najdłużej wypowietrzonych dzieci w historii.

Hania, Maja

Ojciec zmagał się ze słabościami na korcie, kiedy trzoda została wypędzona na 25 stopni ciepła. Rowery, samochody, trampolina - to była jedynie przekąska do głównego dania jakim był pierwszy w tym roku basen, uatrakcyjniony jakby sam w sobie był mało cudowny, zjeżdżalnią. Mokre tyłki co i raz biegały też na huśtawkę, też debiutującą tego szczególnego dnia, później na chwilę impreza przeniosła się na drugą stronę domu, gdzie odbyła się piaskownica, huśtawka bardziej już znana, koszenie trawy w tzw. międzyczasie i jak się okazało punkt kulminacyjny dnia - odpalenie pompy wodnej w oczku (oczętku...) wodnym, co fontanną zaefektowało i postanowieniem: ryb nam trza!

Hania, Maja

O ryby w niedzielę i przy święcie trudno trochę, zatem odezwał się instynkt posiadania i ojciec sobie wszak przypomniał, że te ryby co jego rodziciele posiadają to w 15 proc. liczebności są jego, bo nasze oczęta zamarzają do dna, więc przed każdą zimą odwozimy ryby do głębszego. Czas odebrać, chociaż kilka! Nie zatrzymując się w domu ani minuty wsiedlim w auto i fruuu do ogródka kolejnego, gdzie poza bujaniem i za psami ganianiem było też łowienie. Złowiliśmy pięć, nim woda w oczku zaczęła przypominać barwą cieć z aktualnej Wisły i ryb w niej widoku zabrakło.

Hania, Maja

Po powrocie jeszcze jedno wyjście na dwór celem wrzucenia ryb do nowego domostwa i... Tu się dzień kończy, stopery proszę wyłączyć, wanna i mleko się już nie liczą, bo już nie na powietrzu doznawane. Lekko licząc Hanuta 10 godzin non-stop na tzw. dworzu, Majtek siedem, bo dwie przespała i jedną przejadła.

Hania, Maja

Padły. Śpią. Jeśli je tlen nie zamroczy na całą - wszak już krótszą - noc, to nie ma na nie żadnego już innego sposobu. Co napisawszy ziewnąłem i szum we łbie odpychając udałem się na odpoczynek.

sobota, 22 maja 2010

Z cyklu jak dziecko ojca pokory uczy. I zawstydza. Wyłazimy do przedszkola w komplecie (w sensie obie dziewczyny pędzą na śniadania, jedna z jęzorem wywieszonym druga z niedowierzaniem, że już drugi tydzień ją ciagają ne ten pierwszy posiłek w przybytku), kiedy spotykamy zmierzającego już w stronę przeciwną ojca narzeczonego starszej mej córki.

Hanuta ma się ukłonić, lecz zamiast normalnie powiedzieć 'cześć' czy 'dzień dobry', to zaczyna się wygłupiać, wykrzywiać, artykułować jakieś dziwne dźwięki, które z dużym wykorzystaniem wyobraźni można nazwać przywitaniem. Typowe wariowanie dziecka. Ja jednak mówię jej, bo porządnego, kulturalnego zgrywam: - Ale ładnie, nie wariuj! A ona mi na to ripostę przy świadkach zasuwa:

- Jak mam nie wariować jak mówiłeś, że mamy dom wariatów.

Aż stanąłem upokorzony świadomością, żem sam sobie winien i od razu przypomniałem sobie zdarzenie sprzed dni dwóch-trzech, kiedy to dzieci już ubrane skakały po domostwie, a ojciec oglądał początki jeszcze wtedy powodzi w TV. Oglądam i oglądam i nagle słyszę jednym uchem:

- Tata, skup się!

Dziecko mi pokazywało jak ubrało lalkę do przedszkola i z powodu braku zainteresowania wykorzystała nerwowy zwrot ojca, którego do szewskiej pasji doprowadza, jak starsza robi dziesięć rzeczy na raz i np. ustawiając klocki i oglądając bajkę, wkłada kapcie nie na tą nogę co trzeba.

No to się skupię, żeby się w język gryźć, bo inaczej dom wariatów będzie.