MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
niedziela, 25 października 2009

Tytuł wyczerpuje pokłady dobrego humoru, które zostały zawarte w tym wpisie. Bo nie do śmiechu będzie. Hania uderzyła Najwspanialszą Matkę Globu w twarz.

Do tej pory sceny tego typu widziały gały moje jedynie w TVN. Teraz też nie widziały, za to uszy słyszały, jak dziecko się pokłóciło najpierw z narzeczonym Milanem, a potem w bezsilności zdzieliła matkę. Działo się to na podwórku.

Hania

Nie wiem jakim cudem NMG się opanowała i się nie odwinęła. Zresztą rozmawialiśmy później o tym, tak, może zabrzmi to brutalnie i nieodpowiedzialnie, ale pierwszy instyktowny odruch to oddać w twarz, żeby zapamiętała na całe życie. Ale nie. Wróciła do domu. Dostała karę - żadnych bajek (nic mądrzejszego nie wymyśleliśmy). Próbowała się stawiać. Walczyła jeszcze z godzinę.

Zrozumiała, że zrobiła coś bardzo okropnego nie dlatego, że nie oglądała bajek, że kilka razy usłyszała, że mamie jest bardzo przykro, tata jest zły, ręka jej uschnie, ani, że takie łobuzy do przedszkola nie mogą chodzić.

Nie - zrozumiała, bo prawdopodobnie pierwszy raz w swoim życiu, zobaczyła tak przejętych i zmartwionych rodziców.

Przemiana i przełamanie nastąpiło wieczorem, kiedy ojciec udał się do roboty celem dopilnowania, żeby walka Adamek-Gołota nie tylko w telewizji zaistniała. Hanuta sama z siebie podeszła do NMG, przytuliła, uścisnęła, zaczęła całować w szyję i mówić, że przeprasza. Dziś przemiana trwa - od rana anioł. Z rogami, ale anioł. W sklepie siedemset czterdzieści jeden razy, czyli tyle ile razy Adamek trafił Gołotę, powtórzyła, że kocha mnie najbardziej, najbardziej.

Hania

Czy zapamiętała? Czy fakt, że nie dostała w dupę, nie została skrzyczana, tylko zobaczyła strasznie smutnych rodziców, tak na nią zadziała, że się już nie odważy?

PS: Majtek wyłazi z glutowania zaczętego w momencie, kiedy odporność się na łeb zwaliła z powodu zębów. Koszmarna noc się na razie nie powtórzyła.
Spełniam liczne prośby zdjęcia z zębami, co prawda nie tymi, ale tam gdzie widać u góry gładkie dziąsło są już ziejące bólem kratery z sunącymi powoli na wierzch jedynkami.

Maja

23:25, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 października 2009

Wróciłem po nocy i się zaczęło. Najpierw raport. Że wszystko przez cały dzień było w jak najlpeszym porządku, a potem jasna cholera diabeł w nią wstąpił jakiś czy coś równie szatańskiego. Od godz. 19 do godz. 7 rano cisza nieprzerwana była tylko przez maksymalnie pół godziny.

Hania i maja

Nie pomogło pojenie, karmienie, przytulanie, masowanie, obracanie, układanie, smarowanie - scenariusz pt. "Szmer, kwek, płacz, ryk" trwał z przerwami jednak nieprzerwanie. Nie zmrużyłem oka i do jasne cholery nie ma w tym wyswiechtanym powiedzeniu ani gorsza przesady!

Rano wychodząc jak skacowany do roboty, wiedząc, że zanosi się na 14 godzin non-stop, próbowałem dziecku mojemu kochanemu wyrwać język z zemsty. I trafiłem na twarde coś, co jeszcze zębami numer 3 i 4 nazwać nie można, ale pewne jest, że ich pęd ku wolności zagarniętej tyranią dziąseł spowodował rewolucję nocną.

Możecie przeklikać się przez internet, żeby się dowiedzieć, tylko po co skoro tutaj wam napiszę, o podręcznikowych objawach wyrżnięcia zębów. To ból, to rana, to osłabienie odpornosci organizmu, zreszta dopiero co walczącego z jakimś paskudztwem. Takwięc następnego dnia po zębach i gluty się pojawiły i gorączka. Typowe.

I na tę gorączkę dostała medykament i spała od 19 do 1.30. Zjadła i spała do rana. A ja ze strachu, że zaraz będzie szmer-kwęk-płacz-ryk zasnąć nie mogłem.

Maja

16:22, bartosz.raj
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 października 2009

Przebyta łagodnie choroba (tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfu...) przyniosła niuestety ikonce starszej trwałe efekty uboczne. Niech się Morfeusz kopnie w tyłek, albo zwróci koszt śniadań zatem, skoro trzyma w objęciach dziecko moje do godziny ojcu od dawna ze snem się nie kojarzącej (o ja biedny).

Hania sen

Fakt niezbity jest faktem pewnym, że od ponad grubo tygodnia Hanuta nie jest w stanie zdążyć do przedszkola na śniadanie, a i kierownictwo przybytku tego zadania nie ułatwia, bo przesunęło godzinę posiłkowania z 9.15 na 8.45, z powodu jak czytamy w oficjalnym komunikacie "niewyrabiania się z edukacyjnym progamem szkolnym").
Z drugiej strony nawet jakby godzinę śniadaniową przedszkole wyznaczyło później niż pierwotnie, to i tak by niewiele pomogło.

Nie - uprzedzam dociekliwe pytania - dziecko nie zaczęło się później kłaść, nie zarywa nocy, nie odsypia libacki alkoholowych i generalnie nic jej nie jest, poza tym, że jak zabijała wirusa medykamentem, to on działał lekko śpiąco i tak już pozostało.
A więc mamy obrazek teraz w domu taki, że pi razy oko o 7 rano dziecko mniejsze zaczyna śpiewać, potem wykrzykiwać, drzeć się a wreszcie ryczy na cały regulator pojedyncze niezrozumiałe sylaby przetykając je dwoma kluczowymi: "ta-ta". I nic.

W tym samym czasie ojciec się tłucze w toalecie, NMG w kuchni, sąsiad drzwiami napieprza, bo się nie nauczył do czego ustrojstwo klamką zwane służy, a drugi z klatki osobnik zdezelowany motor pod samym oknem odpala. I nic.
Staramy się obudzić ikonkę jakimiś potrąceniami, szeptami, szarpaniem i śpiewem. Nic.

Rezultaty są mierne - na ostatnich 10 śniadań nie zdążyła Hanka na żadne, zjadła jednak dwa:
- raz, bo jakaś matka inna w histerię wpadła, że nie wiedziała o zmienionej godzinie i domaga się chleba dla córki (więc i naszej skapnęło).
- dwa - dziś ubraliśmy, mleko wtłoczyliśmy i zajechaliśmy do przeddszkola w rekordowe 25 minut, co oznaczało jedynie 12 minut spóźnienia - jeszcze coś na talerzach było.

Generalnie to nawet mi to nie przeszkadza - pracuję nie na 8., dziecko je w domu mleko i czasem pajdę, zajęć najfajniejszych w przedszkolu nie traci.


Tylko czy nie mogłyby tak obie moje córki razem zaspać...???

15:25, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 października 2009

18 października było wczoraj. W niedzielę. Byłem prawie cały dzień pracy. Dzieci zostały w domu z Najwspanialszą Matką Globu. Hania miała wilczy apetyt. Zjadła swój i Baśki kisiel, zupę, spagetti, trzy bułki, konia z kopytami i mleko z obowiązkowym od jakiegoś czasu miodem. Poszła spać pierwszy raz od tygodnia u siebie (Majki) w pokoju - bo jest zdrowa a jej mniejsza siostra poza nikotynowymi w charakterystyce napadami kaszlu z rana, też nie wygląda na trzepnietą infekcja jakąkolwiek.

Dzień jak co dzień umilony wizytą ciotki z Baśką.

A jednak jeden z tych wstydliwych dni. Bo dopiero o 23.30 dotarło do mnie, że nikt nie zadzwonił do Hanki. Nawet ja sam, tata z pracy. Zapomniał. Wszyscy zapomnieli. A nawet jak przez chwilę zdawali sobie sprawę (NMG), to wir życiowy skutecznie zamieszał w pamięci.

18 PAŹDZIERNIKA BYŁY IMIENINY HANKI.

Hania

I jak w amerykańskich, kiepskich filmach. Teraz trzeba krzywdę (nawet nie odczuwalną przez Hanutę) naprawić i zrekompensować byle nie banalnym giftem. I wtedy przyjdzie odkupienie, główny bohater zrozumie błędy, zmieni siebie i swoje życie.

The End

14:54, bartosz.raj
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 października 2009

Bo my to byśmy tak chcieli, żeby dziecko wróciło z przedszkola i zdało całkowitą relację z wydarzenia, jakim jest kilkugodzinny pobyt w przybytku edukacyjnym. A że od 19 lipca 2006 roku mamy popularno-naukowo zwaną schizę na temat jedzienia ikonki starszej, to najczęściej zaczynamy od pytań o wiktuały, choć te na tablicy informacyjnej wiszą jak wół:

- Jadłaś dziś obiadek?
- Tak
- A co było na obiadek, co jadłaś
- Wszystko

Powyższa wersja dialogu zastąpiła wyciąganie zeznań, kiedy ikonka raczyła zapewniać żarliwie, że jadła kluseczki i makaron, kiedy jak wół pisało na tablicy, że był ryż...
Inteligentna bestia nie odpowiada teraz żadnymi nazwami posiłków ani produktów. Na wszystko odpowiada - wszystko. Jadła wszystko. Za cwaniactwo dyplom dostała, bo nie posądzaliśmy, że za jedzenie.

Hania

Jest też bardziej wysublimowana wersja dialogu zaprezentowanego, zasłyszana na razie raz, ale rokująca na wieloletnie używanie, gdyż ikonka była z odpowiedzi dumna:

- Jadłaś coś w przedszkolu?
- Tak, wszystko.
- A co między innymi, co ci smakowało?
- Nie powiem, bo brak mi słów.

Nie mówi, bo brak jej słów. Nam też zabrakło. A drugi raz zabrakło nam słów w sklepie dzisiaj, kiedy dziecko przechodząc obok lodziarki stwierdziło, że chce pierogi, bo bardzo lubi. Zjadła z mięsem o 21. Po czterech bułach śmietankowo-cytrynowych.

A więc jednak wszystko. Brak słów.

21:25, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 października 2009

Krótko, zwięźle i na temat. W tym chorym kraju kataklizm może wywołać jeden dzień opadów śniegu. Zakroję temat do pobliskiej mi wsi (bo inne rejony pod śniegiem znam jeno z telewizji), ale u mnie nie było wcale ani ściany śniegu (owszem, padał), ani wichru sztormowego (owszem wiało), ani mrozu siarczystego (owszem - 0 st. C).

Maja

A i tak prąd w podwarszawskiej mieścinie wycięło na kilka godzin.

Starsza wraca z przedszkola, młodsza ciągle jeszcze prychająca, a tu światła ni ma i kaloryfery zimne, bo ustrojstwo tak skonstruowane, że bez prądu ni cholery. Już w głowie plan ewakuacji obmyślałem, już NMG nakazałem kąpać pociechy póki sąsiedzi z bojlera wrzątku nie wylali, kiedy po kilku mrugnięciach prąd włączyli.

Hania i Maja Raj

I takie obmyśliwanie mam, że jak się było takim malutkim-malutkim, to była frajda, bo świeczki, bo ciemno. Jak się było trochę starszym, to nie za bardzo fajnie, bo telewizji nie ma, komputer nie działa. Jak się było już starszym tak pełnoletnim, to znó fajnie, bo się można było do innej osoby zbliżyć, wino odkorkować, pogilgotać się i nie ja wymyśliłem, że się zimą najwięcej dzieci konstruuje (H - listopad, M - marzec).
A teraz to się o te dzieci martwi, że zimno, albo że się przestraszą.

kaloryfer

Który z tych stanów będzie kolejny wraz z wiekiem kroczącym, a nie się cofającym?

12:29, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 października 2009

Cokolwiek to znaczy, ale musi coś znaczyć, bo wyraz "modowy" słyszę dookoła nie mniej częściej niż "weźmij". A więc konstatacja jest taka, że gdzieś tak w okolicach trzeciej rocznicy urodzin swoich dziecko starsze Hanutą zwane "weźmiło" się interesować modą, czyli tym w co się ubiera.

hania, getry

Zaczęło się nie tak znowu nagle i diametralnie od prośby o założenie sukienki. Co jest dość zrozumiałe ze względu na to, że ja zawsze uważałem, że ubieranie dziecka Hanutowego w dresy, nawet po domu, urąga dobremu smakowi, a argumenty o użyteczności tegoż ubioru i wygodzie raczej do mnie nie docierały. No więc sukienka. W lipcu, sierpniu i wrześniu nie było kłopotów z uwzględnianiem życzeń ikonki, no ale teraz to się kłopot lekki zrobił.

No i Najwspanialsza Matka Globu wzięła się na ekapadę wybrała i szare getrówy zakupiła, z którymi to dziecko przelatało cały dzień na działce grabiąc liście i zabijając komputer, a zimna mimo kiecki nie czując wcale.
Dziś rano aspekt modowy nabrał nowego oblicza, mianowicie dotyczącego nie rodzaju garderoby, ale jego jakości i kolorystyki.

Babcia z przedrostkiem pra- zrobiła getry konkurencyjne, fioletowo-różowo-czerwono-białe. I dziecko dziś rano zaordynowało, że ubiera te, a nie tamte stare, byle-jakie szare. A w przedszkolu była mała awantura, bo ich zdjęcie spotkało się z oporem. Modnisia.
Zresztą druga też rośnie, bo - koślawe i grube nogi córki mniejszej Majtkiem zwanej zyskają podobne odzienie.

maja, opaska

14:17, bartosz.raj
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 października 2009

Chorobę sprzedała młodszej siotrze (fluki i prychy) i tak uwolniona do przedszkola dziś poszła witana okrzykami radości współplemieńców, najpewniej jak ona wcześniej czy później zainfekowanych. Ale ja dziś tradycyjnie nie o tym chciałem.

Weźmiła to jest wyraz, który doprowadza mnie do konsternacji wielkiej, bo choć dziecko nagabnięte poprawia się na wzięła, ale jednak za każdym razem wraca do tej swojej wymowy. Weźmij, weźmiła, weźmiłam etc.

[latem było fajnie, chorósko żadne nas nie weźmiło]

Hania

Pewnie gdyby w chorej mózgownicy poszperał, to bym jeszcze wiele podobnych odnalazł. Np. z okresu świątecznego jest painka. Choinka. I nawet jak się poprawi na cho-cho-choinka, to ona i tak swoje - na painka. I koniec.

To mi przypomina (chyba, że pamięć mi też szwankuje, to wtedy z góry przepraszam zainteresowanych), że moja rodzona siostra w wielku szczylowatym miała kłopot z "r". Nie byłem Bartek Raj tylko Baltek Laj i koniec. I cała rodzina chórem "rrrrrryczała", żeby siostra przyswoiła, nauczyła się. I któregoś dnia załapała, bodaj było to podczas sprzątania badziewia zabawkowego na badziewiastych zielonych półkach wiszących w ursynowskim mieszkaniu.

Pamiętam do dziś (albo sobie to wymyślam...), że siostrunia kochana postanowiła wszystkie znane jej "l" zamienić na "r" i rzekła: - A tą rarkę, gdzie położyć?

Gdybym wiedział, że trzeba zapisać i sprzedać terefonii komólkowej za kupę kasy jako srogan lekramowy, to... ech

PS: Moje były pepekol (helikoter) i kokocznica (jajecznica).

13:02, bartosz.raj
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 października 2009

Ponoć za przewlekłe zmęczenie odpowiedzialny jest wirus. Ponoć już go naukowcy namierzyli, ale jeszcze nie wiedzą, jak go zwalczyć. Tutaj o tym napisali, jakby ktoś był ciekawy. Niemniej mogę z czystym sumieniem oznajmić, że to co mnie gnębi od czasu jakiegoś jest jednostką chrobową, skatalogowaną.

Dziś ów syndrom został właśnie spotęgowany poczynaniem dziecięcia starszego. Diabeł istny w nią wstąpił po ostatnim lekkim wyciszeniu z powodu również wirusowego, ale jak najbardziej zwyczajnego, teraz zaś ekplodowała skumulowaną w dni cztery energią. W ramach marnowania tejże energii wziąłem ją na działkę, gdzie może latać i wariować bez konsekwencji. Oj, w złą godzinę to powiedziałem.

Hania

Palenie liści było fajne i odstresowujące. Istna sielanka. Dziecko też było zadowolone, tata wziął komputer, bo musiał coś zdalnie via internet w pracy porobić i było OK, póki tata nie skończył i zaproponował oglądanie krecika...
Hanuta sobie oglądała, aż się znudziła i schodząc o kabel zahaczyła a laptop pierdut o podłogę i zdechł. Zdechł i nie dycha. Nic a nic.
I nawet bym się tym faktem zbytnio nie przejął, bo maszyna pokiereszowana i generalnie już nadająca się na zsyp, gdyby nie fakt, że w jej bebechach są programy, które umożliwiają ojcu pracę z domu. Nagle dotarła do mnie przerażająca wiedza, że w związku z meczem Czechy - Polska muszę opuścić dom w sobotni wieczór i udać się do fabryki.

Hanuta była w całej tej sytuacji narastających objawów Chronic Fatigue Syndrom bardzo grzeczna. Uspokoiła mnie, że "nic się nie stało". Jak odpowiedziałem, że się stało, bo komputer się zepsuł i będę musiał pojechać wieczorem do pracy, odparła: "Kupimy nowy, jak lizaka, mogę pojechać do pracy z tobą?".

Śpi teraz, albo z mamą mecz ogląda w TV. A ja w pracy go sobie obsługuję. Komputer u kolegi-specjalisty. Powiedział: "Nic się nie stało... Kup sobie nowy".

20:48, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2009

Miało być prawie jak zwykle blogowanie o czymś innym, ale dziś z rana do wyra mego zamiast córy wsunął się piekarnik. Ledwom ślipia rozwarł już chiałem smażyć jaja i tosty zapiekać na tym rozżarzonym obiekcie, kiedy dotarło do jaźni mej wciąż w śnie tkwiącej, że to dziecko me się pali.

[wieczór, gorączka spadła]

39,3 w tyłku, czyli podręcznikowe 38,8 i cholera wzięła święty spokój i treść zaplanowaną wpisu tego. Ale ponieważ obiecałem sobie i wam choróbskami nie epatować podsumuję króciusieńko: walczy pięknie, u lekarza standardzik (H1N1 nie wykryto i H5 też nie), lista leków od wymarcia dinozaurów niezmienna, diagnoza też.
A do poprzedniej notki dodpisać jednakowoż należy, że nie tylko smarkulców i chrychalców przedszkole przyjmować w drzwiach nie powinno, ale też wychowawców, co to z anginą się pałętają, o czym mi życzliwie doniesiono, wnerwienie potęgując.

Wpis miał być o reklamach w radiu zasłyszanych, że gminy mogą się starać o dofinansowanie z UE przedszkoli i że to jest jakaś akcja, że przedszkola zapobiegają pojawieniu się bezrobocia. Generalnie takie akcje popieram i generalnie uważam się za jednego z bardziej radykalnych zwolenników oddawania dzieci do żłobków i przedszkoli (mimo piekarników częstych). Ale nic na siłę.
A już wmawianie urzędnikom, rodzicom komukolwiek, że nie posłanie dziecka do przedszkola oznacza jego słabszy start i mniejsze szanse (bo tak trzeba rozumieć tą reklamę) uważam za nonsensowne i o palenie czarownic zahaczające. Bzdura.
Moja Hanuta (wypija flachę z czosnkiem i miodem właśnie) w domu by się uwsteczniła, w przedszkolu żyje pełną gębą i wszystko co najlepsze (edukacyjnie, o wirusach nie mówię) przynosi.

Ja sam w przedszkolu - o czym może wspominałem już - spędziłem najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Gehenna skończyła się dnia pięknego - nie pomnę czy to był jeden i ten sam, czy się nawarstwiały, kiedy ojciec nie trafił żołędziem w pobliski przedszkola trawnik i zamiast oszukać, że na studzience też wyrośnie drzewo powiedział, że nie ma szans.
Pani - niech ją komary zeżrą, zakleiła mi ryja plastrem bez opatrunku (co prawda ostrzegała), bom gadał na leżakowaniu w parszywych, ze stalowymi ramami, łóżkach. I nie chciałem w ziemniakach skwarek.

Chyba uciekłem - opowieści z pamięcią się zamazują. Dziurą w płocie, albo kładką nad Czerniakowską. Niemniej był to ostatni dzień mój w przedszkolu.

A nieskromnie uważam się za człowieka, który i zawodowo i życiowo sobie cholera poradził i znowu taka ostatnia noga, to ja raczej nie jestem. Bardziej humanista niż matematyk, ale przecież przedszkole w tamtych czasach profili nie miało. Tylko skwarki.

20:49, bartosz.raj
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 października 2009

Zainspirował mnie tekst bodajże z oddziału "Gazety Wyborczej" (znalazłem - to tutaj), który to opisywał zalecenie, czy też apel tamtejszego sanepidu o niepuszczanie chorych dzieci do przedszkoli, bo ryzyko grypy - tej H ileś tam bardzo groźne 5. W artykule żaliła się matka, no że jakże tak nie posyłać do przedszkola, przecież to byle katar, ile to trzeba by urlopu zmarnować.

Otóż nie pierwszy raz na tym blogu powyższą matkę, jako reprezentantkę wielotysięcznego ogólu, nazwę idiotką.

hania, maja, ojciec, raj, mama

Rozumiem, że przedszkole prywatne, w którym rodzic płaci za edukację dziecka, nie może nie wpuścić dziecka, które podejrzewa o chorobę. Ale przecież przedszkolanki - zlitujcie się i w głupocie nie brnijcie - każde przedszkole, każdy jego dyrektor i wychowawca, może zadzwonić w ciągu dnia do rodzica i powiedzieć, że jego syn/córka zachowuje się jak chora i jest izolowana od dzieci i żeby je zabrał. Gwarantuję, że po takim komunikacie przerażona mamuśka/tatusiek wyrwą się z roboty, żeby skarbek nie siedział/-a sama. Zrozumieją, że to gorsza sytuacja, niż jakby któreś z rodziców z tym zasmarkanym dzieckiem zostało w domu od razu.
I nie przekonujcie mnie, że nie da się odróżnić kataru, od choroby. Nie macie dzieci?

Ale już kompletnie nie rozumiem jak przedszkole tzw, państwowe, publiczne, może być bezradne przed tabunem rodziców, którym się nie chce zwalniać z fabryki i dlatego posyłają chore dziecko, żeby inne pozarażało, bo przecież "co za różnica kaszle w domu, czy w przedszkolu, bardziej chore już nie będzie, a przynajmniej się pobawi". Najbardziej wkurzają mnie debile, którzy wyskakują z argumentem "lekarz powiedział, że nie zaraża".

Mam to gdzieś. Jak widzę dziecko, które całym sobą krzyczy, że ledwo zipie, a gdyby je zawieźć do szpitala to prawdopodobnie nie zostałoby przyjęte ze strachu przed epidemią, to mam prawo nie uwierzyć w słowo "lekarza", że nie zaraża, i nie muszę sam być lekarzem, żeby ocenić, że nie chcę tego dziecka w pobliżu mojego. Koniec. Mam prawo chronić swoje dzieci chodzące do przedszkola. I wymagam od tego przedszkola - prywatnego, czy publicznego, żeby takich rodziców (bo co tu dzieci winne) eliminowały z zajęć.

Człowiek w sanepidzie, który ten apel wymyślił, też jest niezłego kalibru imbecylem. Zamiast wystosować apel do przedszkoli, żeby zrobiły wszystko, żeby dzieci z objawami nie przyjmować, to straszy rodziców grypą H1 coś tam 5 prosząc o nie posyłanie. Ktoś pomylił kota z ogonem.

NINIEJSZYM OŚWIADCZAM, ŻE MAM GŁEBOKO GDZIEŚ KONWENANSE I ZAMIERZAM Z CAŁĄ STANOWCZOŚCIĄ TĘPIĆ PRZEJAWY KRETYNIZMU W POSTACI PRZYPROWADZANIA CHORYCH DZIECI DO PRZEDSZKOLA.

Będę też zwracał uwagę opiekunom - bo to oni zajmują się moim dzieckiem wtedy kiedy jest ono w przedszkolu i oni odpowiadają za to, żeby nie przebywało w towarzystwie zasmarkanych i kaszlących, że ściany drżą milusińskich.

Skoro ja mogłem brać wolne i zostawać z Hanią w domu przy byle okazji (a było ich trochę właśnie przez tych debilnych rodziców), to niech inni też się do tego zwyczaju przyzwyczają. Bunt rodziców, którzy szanują zdrowie swoich dzieci proponuję, zupełnie serio - każdy u siebie. Będzie prawdziwa rewolucja. Nie ma "że nie mogą". Muszą!

PS: W przybytku edukacyjnym Hanuty pomór. Hania trzyma się dzielnie.

20:35, bartosz.raj
Link Komentarze (9) »
piątek, 02 października 2009

Otóż dziecko celująco się pasowało na przedszkolaka, dostało dyplom i czapkę amerykańskiego studenta, jak napisano w certyfikacie specjalnym "w obecności świadków". Przyszło dziecko dumne z przedszkola, a ojciec durny jak tylko przyleciał z fabryki jął zadawać dorosłemu przedszkolakowi pytania i zadawać zadania.

I dziecko udowodniło, że nie jest robotem i swój rozum ma. Brawo, to dla mnie radość, że wszystko z nią (i ze mną) w porządku i nie grozi mi "tatuśkowatość" i chore ambicji na dziecię przelewania. Oto wspomniany dowód:

A nawet dwa dowody (z moim ulubionym "kto jest beksą i mazgajem, ten sie do nas nie nadaje"):

A na koniec już sama z siebie - dała ojcu prztyczka w nos - i tylko cudem sie nagrało, "nie bedzie mi mówił, kiedy mam spiewać, a kiedy nie". Bestia nie dziecko.

19:21, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2009

Sytuacja jest mianowicie taka, że ojciec styrany lekko wraca po ciemku już do chałupy, gdzie jest znienacka zupełnie zapędzony przez NMG do prac około-dziecięcych i nie chce protestować, bo a) powinien to robić, b) pragnie to robić, c) jak nie zrobi będzie miał wyrzuty sumienia, d) jak nie zrobi to dostanie.
Więc kąpie jedno, kąpie drugie, ubiera jedno, ubiera drugie, a żona w tym czasie orzechy łupie.

I dobrze, stwierdzicie, i ma tak być.

I pewnie się z wami bym zgodził, gdyby nie kontynuując prace wokół już jednego, tego  starszego potomstwa, bo młodsze łaskawie padło na ryj bez zbędnych protestów, spotkałem się z potwarzą bolesną. Ja mianowicie sterczę nad rondlem i błagam niebiosa, żeby za 149 razem mleko nie wykipiało na 152 próby, studzę potem własną wiedzę fizyczną wykorzystując i przewodnictwo cieplne (nauka taka) przypominając sobie, kiedy wołany przez dziecię rzucam wszystko i pędzę do kanapy, niechybnie domyślając się, że o bajki chodzi, albo o wyznanie miłości, kiedy to słyszę:

"Ciociu..."

Hania Raj

Zagryzłem wargi, udałem, że to fajne i lecę do tej orzechy łupiącej, i nabijam się: "Mama, a ona do mnie powiedziała "ciociu"!!!" A NMG jak mnie nie strofuje, że dziecku starszemu przykro będzie za to moje zachowanie.
Przez sekundę i trzy dziesiąte nie kumam o co jej ma być przykro, ale blask spływa nagle kiedy slajd się przewija z widoczkiem takim, jak Hanuta podbiegła latem do baby obcej i przywarła do nogi, bo nie zerknęła do góry i podobieństwa łba do facjaty maminej nie oceniła. Wtedy się popłakała ze wstydu chyba.

Zaglądam więc po chwili do pokoju, a Hanuta leży twarzą do kanapy. Przeżywa znaczy się. No to ja znów lecę i wszystko w żart, że to fajne, że powiedziałaś do mnie "ciociu", hihihihi! Oglądamy książkę, bo tam są żaby, kiedy dziecko w afekcie znów zaczyna "cio..." i już sama w rechot, łapie się za usta i nawija, że znów się pomyliła i że to śmieszne.

Bardzo...

Tak to przedszkole do domu przyszło. Jeszcze przed oficjalnym pasowaniem (dziś w łapy me trafiło kolejne tajne nagranie, które mam zamiar wkrótce ujawnić...).
Wracając do tematu notki tej oddać dziecku starszemu, Hanutą zwanemu, muszę, że kilkadziesiąt razy przez ostatnie 11 minut trzeźwości przed snem wieczoru tego powiedziało do mnie "tata".

Hania Raj

PS: Jak wygram dziś te 40 milionów to przestanę pisać bloga (miałem napisać, że nie zechcę przestać pisać i że się nie zmienię, ale i tak byście nie uwierzyli)

PS2: Jak wygram 10 to też przestanę.

PS3: Przy 5 się zastanowię.

PS4: Mała Majka, która na razie do mnie jeno tata mówi, była dziś sieknięta na pneumokoki za 260 PLN pożyczonych z tych 40 milionów co to je wygram za chwilę. Nie piszę nic więcej, bo mój strach przed chorobą po zastrzyku pneumokokowym jest powszechnie znany i krakać "ciocia" nie ma już więcej zamiaru.

21:00, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2009

W środę dziecko ma pasowanie na przedszkolaka. Jak dotrwa, bo w edukacyjnej placówce na moje ojcowskie oko trwa pomór. Mniejsza z tym - oto tajemnica tajnych nagrań. Dziecko starsze, nasza ikonka trenuje o każdej porze dnia i nocy. Przy akompaniamencie.

PS: Ostatnio coś poszedłem w filmidła. Chyba powstanie kategoria nawet na tę okoliczność. A może powinienem się w łeb palnąć i powrócić do mnogości robaczkowej, pisaniną też zwanej, tudzież słowotokiem zamiast tylko wklejać embedy z youtuba?

12:43, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 września 2009

... ale mamie, Najwspanialszej Mamie Globu, jak wróci ze sklepu powiemy, że to było "mama"...

A teraz zagadka z gatunku policz, wyślij sms-a, a może wygrasz. Odpowiedzcie na te trzy pytania:

1) Ile razy ojciec powiedział "tata" na tym filmie?

2) Ile razy dziecko szyderczo go wyśmiało haniebnym "pfryyyyt"

3) Ile czasu dziecko się zastanawiało, nim wydusiło z siebie...

TATA!

23:08, bartosz.raj
Link Komentarze (5) »