MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
niedziela, 17 maja 2009

Prawdopodobnie nawet taki grafoman zaślepiony miłością to wstukiwania literek będzie miał kłopoty z opisaniem tego, co zobaczyły własne jego gały, gdy wzrok skierowały na dziecko starsze Hanutkiem zwane, po 10 dniach nieobecności tejże w domu. Ale po kolei...

Pojechałem po nie wszystkie w sobotę. Misja wydawała się z gatunku impossible, gdyż w piątek rano szarpnęła mnie taka choroba, że myślałem, że zejdę. Jak zrywałem się do wulkanicznego kaszlu, to stawy kolanowe przesuwały mi się w okolice lędźwi, wnętrzności gotowały tak mocno, że w perspektywie końcówki nosa widziałem miejsce, w którym oskrzela zamieniają się już w płuca, a brać współpracująca w fabryce została zmieciona z trzeciego piętra na parking, a jak się jakimś cudem utrzymała, to z wrzaskiem uciekała (żyją, zdrowi są, wredne osobniki tak mają). O godz. 13 zrozumiałem, że mam ok. 20 godzin na całkowite wyleczenie się, inaczej: a) nie pojadę po nie; b) jak pojadę, to zarażę w samochodzie, c) jak nie pojadę, to i tak zarażę w domu.
Udało się - 12 saszetek przyjętych na gorąco, butelka syropu, kilkanaście innych pastylek - wszystko w ilościach przekraczających ulotkowe normy. Dziś jestem innym człowiekiem.

Pojechałem. Starsze dziecko wyhaczyło mnie już z okna. A potem było coś, czego chyba nie dam rady opisać. Rzuciła mi się do kolan, zaczęła ściskać. Potem odsunęła się na pół metra i wyciągnęła ręce do góry z miną "chodź do mnie tatusiu, wróciłeś". Nie mówiła zresztą do mnie inaczej tylko "tatuś". Ściskała mocno za szyję, potem odsunęła twarz, dała kilka buziaków i zaczęła głaskać mnie po polikach, a potem znowu uściskała.
Jestem pewien, że to była pierwsza tak ogromna radość mojego dziecka, nieporównywalna z niczym dotąd. Szczęście obłędne, zbliżające blisko 3-letnie dziecko niemal do płaczu. Zresztą Najwspanialsza Matka Globu twierdzi uparcie, że ja miałem łzy w oczach. Normalnie mna to wstrząsnęło, trudno ocenić, kto był bardziej szczęśliwy.

Za to młodsza Rajowa, to trochę tak jakby mnie na początku nie poznała... 10 dni i takie już zachowanie, żeby ojca nie poznawać! Wydoroślała... wielka jest, gruba i fika kozły - tzn. przewraca się z pleców na brzuch, już tak szybko, że nie ma mowy o odwróceniu głowy choćby na sekundę.

I już są wszystkie trzy w domu, raport sprzed chwili: Maja śpi, Hania zjadła dwie kanapki - sama! - i robi rozp... Życie wróciło do normy. I dobrze. Bo wiecie, z tym zachłyśnięciem się życiem singla, gdy żona z dzieciakami wyjeżdża, to przynajmniej w moim przypadku lipa.
Wyspałem się tylko raz, wina piłem tyle co zwykle, jak mogłem się wyspać, to jak głupi rano szedłem coś się posportowić, albo brałem ranny dyżur, żeby potem mieć więcej luzu. W TV obejrzałem jeden raptem cały film. 

Życie singla jest zdecydowanie przereklamowane.

PS: Nie moge pozbyć się wrażenia, że za moimi wrażeniami z przywitania gdzieś w tyle głowy tli się historia z Nikolą - 3-latką posłaną przez tatusia do sklepu o 20.30, która zaginęła, noc spędziła z bezdomnymi w jakimś lokum, i na szczęście odnalazła się rano, kiedym jechał już do swoich dziewczyn. Nie będę oceniał rodziców - może popełnili największy w swojej rodzicielskiej karierze błąd, nie znam ich - ale dość łatwo wyobraziłem sobie, jakby moja 3-latka zaginęła.
Upiorne.

niedziela, 10 maja 2009

Meldunki proszę państwa z placówki wypoczynkowo-relaksacyjnej gdzieś na nie tak dalekim wschodzie brzmią nader lakonicznie, żeby nie powiedzieć skąpo. I to jest proszę państwa zajebista informacja, bo wiadomości dotyczące trzech Rajowych na wyjeździe zaczynają się zazwyczaj od stwierdzenia "Wszystko w porządku". Jest to przekaz optymistyczny, ale spoko, spoko - nie zanudzę tutaj opisywaniem nic nie robienia, na spacery chodzenia, opiekowania się tudzież w nielicznych chwilach wałkonienia i generalnie życia rodzinnego na eskapadzie. Będzie za to o żarciu.

hania, hanuta, hantek, raj, ojciec

Bo na pewno wiecie, bo nie raz o tym już tu było, przy okazjach żłobkowych, tudzież przy okazjach bez okazji, że moje starsze dziecko do jedzenia ma stosunek byle tak zwany jaki. Tzn. że jedzenie jest dla niej byle prosze państwa jakie i najczęściej nie jest dobre. Znacie hasło, może niezbyt apetyczne, że "je wszystko co tylko nie kwiczy i nie ucieka"? No to moja ikonka jest całkowitym przeciwieństwem, mianowicie.... nie, prosze państwa, nie je tego co kwiczy... nie je po prostu nic, albo prawie nic. Do annałów życia rodzinnego Rajów przeszła litania produktowa Hanuty, kiedy została poproszona o wymienienie tego co lubi jeść: "Parówkę, mleko, bułę, mielonkę i... parówę". I poza wtrynianą obowiązkowo, pod przymusem i karnymi sankcjami zupą wszelkiej maści, menu przytoczone jest stałe, żeby nie powiedzieć żelazne.

A tu wyjazd wiele zmienił. No bo teraz porównajcie sobie jak żołądek musi być rozstrzęsiony, kiedy zamiast mielonki i parówki otrzymuje ziemniaki z młodą kapustą. Wyobraźcie sobie szok kiszek, które spodziewając się buły i mleka dostają jajecznicę, albo makaron zapiekany z serem. O mięsiwach i innych delikatesach z litości dla aktualnie głodnych nie wyliczam. Powód rewolucji żywieniowej jest prosty jak budowa kiepskiego bolidu Kubicy. Babcia. Babcia gotuje tak, że Ojciec Raj jest gotów po nocy jechać po pasztet. Jeszcze kilka dni i o mielonce będzie można zapomnieć.

NMG zapytana o karmienie rzekła tak:
"Hanka je wszystko co jej podają. Maja też je wszystko co jej podają".
Z Majtkiem prosze państwa to dopiero jest problem, bo menu jeszcze skromniejsze niż u Hanki. Mleko z cyca, mleko z butli, z wyraźnym podziałem na dzień (butla) - noc (cyc). Rekomenduje przekazanie najmłodszej Rajówny pod stałą opieke babci E.

12:12, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 maja 2009

Jakbym typowym samcem był, to pewnie bym napisał: "hura, huuurrraaa!!!" Ale, że nie jestem, i chwalę to sobie mocno, to napiszę jeno krótko i obrazowo - pojechały. Oczywiście nie mogło być normalnie. Jeździliśmy do mamy i brata NMG naście razy już, trasa to nie jest ani specjalnie długa, ani specjalnie zawiła, ale oczywiście nigdy, ale to nigdy nie zajęła tak wiele czasu jak dziś trzem Rajowym. Pieprzone unijne pieniądze w łapach polskich wykonawców dróg. Amen.

maja, ojciec, raj

No więc wolna chata. Imprezka? Gucio. Praca. Jak znajdę parę godzin na grzebanie w ziemi i piwko z kumplem, to będzie zacnie, jak nie, to ograniczę swoje szczęście solisty do wstawania późniejszego nieco. Ale do meritum, czyli sedna, żeby nie powiedzieć punktu kluczowego, żeby wgryźć się w temat. Obiecałem, że będzie o kleszczach, to będzie, bo o wyprawie trzech rajowych na razie nie ma więcej co się słowotwórsko lansować.

Widzieliście to gówno w telewizji? Reklama środka na kleszcze, że tak infatylnie i ignorancko o nim napiszę. Rodzinka na spacerze, sytuacja jaką macie codziennie - dziecko kuca, zrywa kwiatki. Nagle muza "tadam, tadam", upaćkać ze strachu się masz debilny rodzicu, i na całym ekranie - im większy macie, tym większe zobaczycie kretini jedni - trzy absolutnie gigantyczne kleszcze, a w zasadzie ich cienie na liściu, czy na innym zielonym paskudztwie. Masz mieć rodzicu, jełopie jeden, wrażenie, że jest w stanie to bydle twojej ikonce łeb odgryźć przy piętach. Ale gdybyś jeszcze nie pobiegł ze łzami idioto w oczach oglądać skóry dziecka, szukając potwierdzenia wyroku, autorzy reklamówki cię do tego zmuszą obrazem - a jakże, czarnobiałym - dziecka niemalże umierającego w szpitalnej komnacie, samego, siedzącego na pryczy. 

Obwieszczam wszystkim, do których wpis ten trafi za pośrednictwem bezpośrednim, pośrednim, tudzież przypadkowym, że każdą osobę, która stoi za reklamą szczepionki na odkleszczowe zapalenie opon mózgowych, a którą spotkam na swojej drodze, zamienię w największą ofiarę ukąszeń na świecie. Wpiję się i pluć trucizną będę, kasłać będę i kropelkowo zarazę zaplikuję, żebyście wy, którzy macie czelność nas rodziców za gnój jakiś uważać, wyli w męczarniach i upokorzeniu. Za takie świństwo, za tą patologię strachu, za to onanizowanie się cierpieniem, za sprzedawanie gówna w zastrzykach za tanią cenę gróźb pod adresem moich dzieci. Wsadźcie sobie szczepionkę w d... razem ze wszystkimi kleszczami świata.

15:49, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 05 maja 2009

Jakoś dziwnie nam tak obojgu. Tzn. mnie osobiście jakem ojciec i matce NMG. Niby mówimy, że fajnie, że blisko, że ta Hanuta to taka mądra i wszystko rozumie, ale z drugiej strony niewyraźnie nam i niepokojąco w ciele, że jakoś to będzie, ale jak właśnie będzie to pytanie kluczowe.

Hanuta pożegnała się ze żłobkiem. Rozdała dzieciom lizaki, paniom czekoladki, dyrektorce bukiety, zabrała butelki, brudne kapcie, pod pachę wsadziła dyplom ukończenia żłobka z wynikiem wzorowym, teczkę z dokonaniami malarsko wycinkowymi i wyszła. Rzuciła "papapa" i możecie wierzyć albo i nie, ale w samochodzie się tak jakoś zamyśliła i może trudno to nazwać smutkiem, ale jakąś taką melancholią na pewno. Czy rozumie? Czy czuje, że wieje wicher zmian? Nawet średnio ją rozweseliła wizyta u lekarza wieczorna, co w normalnych okolicznościach byłoby powodem łobuzerskiej radochy (miedniczka nerkowa wciąż powiększona, kontrola za pół roku).

hania, hanuta, hantek, raj, ojciec

Do przedszkola poszła z radością i ciekawością dziś rano, zdaniem dyrektorki przybytku nowego zjadła na śniadanie trzy kanapki z szynką i jako jedyna z całej hałastry nie płakała przez całe 5 godzin. W to drugie wierzę bez zastrzeżeń, w to pierwsze - wcale. Przedszkole jest ok. 300 metrów od domu, poszła tam skacząc uwieszona za rękę mamy. Niby wszystko ok, ale dziwnie nam. Ja to się zastanawiam, jak sobie poradzi w otoczeniu starszych dzieci. To mnie jakoś tam najbardziej nurtuje. Na razie jest wszystko ok, choć - powtórzę - wydaje mi się, że dziecko nagle jakoś tak spoważniało. Poszła do przedszkola. Kurczę. Po powrocie oznajmiła, że jutro też pójdzie. Kurczę. Jak ten czas zapieprza.

PS: Zapieprza też waga - Majtek 6840 i też bez zmian zdrowotnych - ciągle niska hemoglobinka. A więc żelaza nigdy dość.

PS2: W następnym odcinku o beznadziejnie wstrętnej i głupiej reklamie kleszczy.

17:01, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 30 kwietnia 2009

Z góry uprzedzam, że może być sentymentalnie, choć jeszcze w chorym łbie mym nie zakiełkowała porządnie myśl o czym wpis ten będzie. Bo i treść dziś jakoś mniej ważna, ale liczby, cyfry, daty, numerki wyrastają na pierwszoplanowe postaci. Niech więc przewodnim symbolem owych wypocin spod-klawiaturowych będzie cyfra 3.

hania, maja, mama

Za trzecim  podejściem z babami swoimi trzema wyruszyłem w dzień swoich 33 urodzin na wycieczkę do trzyliterowego parku bajeranckiego, zoo mianowicie. W roku tym jeszcze trójka się pojawi/ła w rocznicy ślubu naszego i w urodzinach Hanuty, żeby tak z trójkować już doszczędnie. Przednio było, cytując klasyka nawet wybornie, żeby nie powiedzieć pysznie. Majtkowi ryj się tak cieszył, że przez 3 godziny (to już nie do końca specjalnie, słowo daję), nie zmrużyła oka na 3 minuty nawet, zwierząt może wielu nie podziwiała, ale czubki drzew i owszem. A ja się czułem jaby mi co najmniej trzy lata do potęgi trosk i zmartwień ubyło.

maja, mama

Taki sobie prezent sprawiłem i wydaje się, że lepszego mieć nie mogę i nie chcę, bo i po co. Najważniejsze w życiu jest - uwaga - zdrowie i święty spokój (kiedyś jak cór nie było wystarczył święty spokój). I tak sobie myślę jeszcze, że pisać już nie mam co, ale puenty szukając klepię w kolejne klawisze i klepię, wiedząc już, że treścią wpisu nie wypełnię, więc zdjęciami się postaram i nagle mam - puenta! A gdyby tak jeszcze do motywu trójki powracając zarzucić prowokacyjnie, że trzecia córa w drodze? Żart, żart, żart - po trzykroć, żart!

ojciec, hania, maja

PS: Zofii życzymy urodzin w imieniny Majki, czyli 1 maja co niechybnie oznacza, że Ojciec z Ojcem w tenisa nie zagrają, chyba, że Zofia objawi się późnym popołudniem - wtedy zdążymy.

19:25, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 kwietnia 2009

Nie wiadomo, nikt jeszcze tego z przypuszczeniem graniczącym z pewnością nie stwierdził, co do łba strzeliło Ojcu Kochanemu. Ale że strzeliło, to fakt niezaprzeczalny. Bo jak można dziecku zadać w sobotni wieczór wiosenny pytanie: "Wiesz co to jest mózg?".

Naprawdę nie wiem, co mi odbiło. Za to dyskusja była przednia:
- Wiesz co to jest mózg?
- Nie wiem.
- A co masz w głowie?
- ... włosy mam?
- Nie, włosy masz na głowie, a w środku głowy masz mózg.
- Pokaż!
- Nie da się pokazać, bo głowy nie da się otworzyć. Ale mózg to takie coś, że Hania myśli, wiesz?
- Tak?!?
- Tak. Albo wiesz co, pokażę ci mózg (ojciec udał się po encyklopedię zdrowia, str. 25 - układ nerwowy).
- Zobacz, to jest mózg, tu jest zdjęcie pana głowy i w środku ma mózg.
- I ja też mam mózg tu (gest "kuku na muniu")?
- Tak, ty też masz, każdy ma. I mama ma mózg i tata też ma mózg.
[do dyskusji włączyła się NMG, która wiedzę ikonki postanowiła rozszerzyć: - Mama ma mózg jak orzeszek - uściśliła, co miało być krytyką własną, faktem pokłócenia się z ojcem wywołaną].
- Mama ma mózg jak orzeszek, a tata ma mózg duuuuży taki. Tatuś pokaż mózg!
- No w książeczce pokazałem...
- Nie, pokaż w komputerku.

rower, kask, mózg, ojciec, raj

Mądre dziecko. Google poszło w ruch i mózg się znalazł, na szczęście udało się zrobić też wcześniej selekcję wywalonych zdjęć... Dziecko tym mądrzejsze, że w orzeszka maminego do końca nie zawierzyło i następnego dnia rano spytana gdzie ma mózg rzuciła jednym tchem: - Mózg mam tutaj, a tatuś ma mózg jak orzeszek.
- Tata? A nie mama?
- Nie, mama ma duuuuży mózg. No i masz.

I pojechaliśmy po gadżet mózg ten chroniący. Kask rowerowy. I siodełko na ojca bicykiel. I mieliśmy podróż potem pierwszą w niedzielę. Myślałem, że dziecko się przestraszy, że będzie się kręcić, że siusiu, że zejść. A gdzie tam! Siedzi jak zamurowana. Następnego dnia do żłobka pierwszy raz po dwóch tygodniach pojechała tylko dlatego, że ojciec się zmusił podwózkę na rowerze zrobić. I gadaliśmy całą drogę o mózgu.

A dziś rano spytałem, czy wie co to jest kręgosłup, bo ojca po tych rowerach boli...

11:45, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 kwietnia 2009

Pobudka o 6.50, o 7.10 wstała starsza ikonka, jeszcze przed butlą z mlekiem wmusiłem w nią lek na B., który jest ohydny i popiła lekiem na E., który jest smaczny. Potem pojechałem na rowerze do roboty.
A dzień wcześniej nie będąc ścigany niczym dorzuciłem jeszcze lek wyksztuśny na H., zapuszczenie i odessanie nosa tudzież inhalacje z kroplami na B. Taka ranna obsługa dziecka chorego. No właśnie... czy chorego? Wczoraj dzieci nasze obie były na placu zabaw i były tam pociechy, które nie - bynajmniej - przerwały uczęszczania do żłobów, przedszkoli, choć wyglądają tak, że NMG zakazała się córkom zbliżać, a przyjaciel karetkę wezwał.

hania, mama, ojciec, raj

Nieśmiało więc obwieszczamy, że sukcesem głównie żony i zarazem matki, bo to ona większość dyżurów lekowych obskakuje, wygraliśmy z chorobami dwiema. Chyba. Stąd owe "nieśmiało". Majtek nie ma zapalenia płuc i glutów coraz mniej, Hania poza porannym odkasływaniem prawie nic. Bez antybiotyku się obeszło, bez szpitala, za to z wieloma fajnymi, ciepłymi i długimi spacerami, które na pewno pomogły.I ryjami uśmiechniętymi od ucha do ucha, wiem, bom jak wrócił z tego roweru w formie dętki, tom widział obie uśmiechnięte pyzy.

Niniejszym jednak przysięgam, że jeśli jeszcze raz zobaczę małego/małą cudzą z glutami i charchającą w żłobku Hanutowym, zrobię dziką awanturę rodzicom, najwyżej wyjdę na chama. Nie po to bowiem za przybytek edukacyjny płacę, żeby potem ledwie na leki starczało. Cholera.

maja, stół, ojciec, raj

Finito. Oby.

21:44, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

My to i tak szczęśliwa rodzinka jesteśmy. Druga ślicznotka na stanie, a tu żadnych ryków nocnych so far nie było. Hanuta kolki nie użyczyła, Majtek też nie, u starszej ząbki rachityczne powyłaziły dopiero po roku, jak już dziąsła tak spulchnione były jak u dziadków Rajów ziemia na działeczce, kiedy przetoczą się przez nią wiosenne kretowiska. 
No, ale przyszła chyba kryska na Matyska.

ząbkowanie, maja, córka, ojciec, raj

Ślinotok potworny (widzicie na zdjęciu?) zwiastuje teraz stan bólu najpewniej, bo mała niewyraźnie jeszcze gada, więc zrozumieć nie możemy dokładnie. Rano był ryk, niespokojne to całe, potem żreć nie chciała, co już jak na Kluchy 6,5 kilogramowej zwyczaje zupełnie do niej niepodobne. Jeszcze później była wizyta lekarska, która nic nowego gorszego nie stwierdziła (o tym poniżej), ale też niewykluczyła po badaniu, że za ból ów, jeśli to ból jest, zęby są odpowiedzialne. Albo nie zęby, tylko brzuch. A brzuch niby od leków, co się je na gardło brało i na kaszel i na gluty. Zwariować można.

Pewności znikąd pożyczyć się nie da, bo co lekarz to teoria, a najlepsi są ci lekarze, którzy na każde zdanie rodziców odpowiadają: "To możliwe". Fakty są jednak takie, że po czopie w domu dziecko najpierw zrobiło kupę (co teorię o brzuchu uwiarygodniło), potem zasnęło, a jeszcze później kilka godzin brykało z humorem, a jak ojciec z fabryki wrócił, to znów zaczęło akurat serenady, jakąś godzinkę powyło, póki nie dostało żelem po dziąsłach (co uwiarygadnia teorię o zębach). Zwariować można.

Od siebie dodam, że w połowie 4 miesiąca wydaje mnie się, że to wcześnie (zwłaszcza w porównaniu do Hanuty), ale ilość śliny z kolei mnie przekonuje, że to może być z tym ząbkowaniem jednak prawda. Chyba że - ale ta teoria nie jest jeszcze przez żadnego medyka potwierdzona - dziecko wyszło na ogródek i polizało ropuchę, której wydzielina skórna podobne objawy sprawia.

Czyli generalnie wiemy, że nic nie wiemy.

PS: Uwaga, to nie jest bynajmniej reklama!!! Eurespal, Hedelix, Clemastinum, Flegamina i Deflegaminum, Calgel, Bactrin, Biodacyna, Neostatyna, Augmentin, Amiklosklav (czy jakoś tak), Ambrosol, New-med, Sterimar, Sinupret, Ibum, Sinecod, Cebion, Nasivin, Dentinox, Smecta, Supremin (czy jakoś tak), Lacidobaby... boziu, w życiu nie wiedziałem, że mnie tak ukarze, że będę tego gówna nazw tyle pamiętał. Rodzicielstwo...
Hanuta nie ma już zmian w oskrzelach, ale katar trwa. Majka nadal nie ma zmian, czyli bez zmian - gluty. Żłobek został poinformowany, że nieobecność sobie odbijemy, a rodziców obijemy - tych, którzy chore dzieci przyprowadzą.

hania, frida, gluty, ojciec, raj

A Hania wspiera ojca takimi zdaniami: - Tatuś, jaki ty dzielny jestesteś! - co prawda był to komentarz do wciągnięcia ją na stół..., ale zabrzmiało tak jakoś górnolotnie, globalnie i kontekstowo tudzież pocieszająco. Więc przyswajam i powtarzam.

22:17, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 kwietnia 2009

Wzięła i chapnęła. Mocno, z premedytacją. W miejscu publicznym. Żeby ukarać i dotkliwie dać do zrozumienia, że się na takie traktowanie nie zgadza.

hania, ojciec, raj

Mamy wiele wspólnego. Też mam czasem ochotę kogoś ugryźć, ale wiek nieodpowiedni i najczęściej kończy się opuchniętym jęzorem własnym. U Hanuty wściekłość wychodzi jeszcze na zewnątrz. Nie, nie, nie, nie tak wyraźnie, jak to miało miejsce w styczniu, kiedy na bunt małolata nałożyła się zazdrość siostrzana i niepokój chorobowy. Teraz to ona w porównaniu do tego styczniowego potwora to jest proszę państwa anioł.
Ale czasem, jak ją już taki szlag trafi, to zaczyna się trząść aż i leci z paszczą wygiętą jak w "Obcym", z daleka kłapie i chwyta, albo - częściej na szczęście - dragająca szczęka zbliża się do ręki, nogi, polika rodziciela i w tym drganiu trwa naście sekund do wygaśnięcia emocji rozsadzajacych 13 kilowe ciałko od wewnątrz.

Widok to niesamowity. Taka walka dziecka z samym sobą. Ugryźć, mocno, zacisnąć zęby, żeby złość całą w energię wgryzania się w ciało przemienić, ech ileż to razy gryziemy z wściekłosci poduchę ( a ojciec to nawet łbem raz walnął w ścianę i potem musiał się w pracy tłumaczyć, że strup od niezauważonego drzewa). I te drgawki, bo świadomość jest, że nie można, że nie przystoi, że będzie awantura. Ta walka jest piękna. Ale czasem dziecko przegrywa. Ach jak ja jej zazdroszczę, że w skali globu bezkarnie może kogoś tak..., tak...... łaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!

hania, ojciec, raj

Noga ugryźnięta została na placu zabaw. To była kara dla NMG, że za wcześnie chciała z tegoż miejsca rozrywki oddalić się do miejsca, gdzie inhalator, gdzie frida gluty ssąca, gdzie skrzynka z kotem na lekarstwa, gdzie kanapka, albo co gorsza obiad. Ostatni raport z domu brzmiał: - Gluty wyciągnięte, ale nie odzywamy się do siebie. 

Wow!

19:21, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009

Jak dorwę rodziców tego małego, to zabiję, albo nawet w ryj dam, a jak się wścieknę to im wygarnę. Tego, co łaził z bańkami wielkości globu naszego w kolorze zielonym przywieszonymi do nosa, a starszymi glutami niczym glistami miał otoczoną szyję, a jak chrychnął w twarz ikonki mojej starszej w żłobku, to stary dziad palący 100 papierochów dziennie z zaawansowaną gruźlicą uznałby, że jest zdrowy jak ryba.

hania, inhalator

Przesadzam, ale chory taki jeden był - to fakt - i durne rodzice (mam nadzieję, że to czytacie - kretyni) puścili go do żłoba, bo oczywiście łatwiej dziecko chore bardzo, ale czujące się znośnie wywieźć z domu, niż zostać z nim, no bo co sobie znowu w pracy pomyślą, jak wolne wezmę, nie? Wygodne tyłki takich bezmyślnych opiekunów kopać trzeba, polewać wrzątkiem i sprawdzać czy aby równomiernie puchną, a jak nie to kijem napieprzać aż z tyłka trochę do łba rozumu przeskoczy.
Paniom w żłobku też się trochę należy, choć tutaj trzeba mieć na baczeniu, że łatwo nie mają - przychodzi ci taka paniusia z zasmarkanym dzieciakiem, i zostawia. Zanim glut w samochodzie obtarty wypłynie, zanim pierwszy kaszel wyskoczy, to jej już nie ma. A potem przy odbiorze na głupiej gębie rozkwita fałszywe zdziwienie: "Przecież był zdrowy". Perfidne - w poniedziałek chore przyprowadzili, w środę go już nie było - bo lekarz w żłobie wizytację tradycyjnie ma.

No i ten sam lekarz był u nas wczoraj, bo obie ikonki wirusowe zapalenie przywłaszczyły i walka się toczy nerwami podsycana, bo wiadomo jak to w styczniu ta ścieżka zdrowia wyglądała i jak nas zaprowadziła z młodszą prosto do szpitala. Szczęście, że święta się udały, ikonka starsza miała humor jakby szóstkę w totku trafiła, a teraz walczymy - rano dzisiaj na przykład aplikowanie, wyciąganie, oklepywanie, zapodawanie, wkraplanie, zapuszczanie i inhalowanie trwało równą godzinę. Trzymamy się myśli, że Majtek już starsza, i że nie każdy kaszel musi się od razu zapaleniem płuc kończyć.

Bo jak się jednak skończy (tfu, tfu, tfu), to co sobie w robocie pomyślą, nie? A na poważnie: do łba mi nigdy nie strzeliło żeby dziecko z kaszlem i gorączką do żłobka posłać. No trzeba być debilem. Ale ja może dziwny jestem - równie niewyobrażalne mi się wydaje, żeby psiej kupy nie sprzątnął nawalonej metr od specjalnego, gminnego kosza na takowe smrody. To z kolei do tego kretyna napisane, co labradora dziś wysadził niemal na słupku tegoż urządzenia i grubą dupę zabrał do domu, kupę zostawiając.

jajo, hanka, ojciec, raj

PS: Za natłok wyrazów niemal wulgarnych przepraszam.

12:13, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 kwietnia 2009

Fajnie się to liczy od 1.01. Mamy dziś 10 kwietnia, a więc 31 dni stycznia, 28 dób lutego + 31 marca i 10 kwietnia: razem 100 dni życia najmłodszej Rajówny. Powód doskonale dobry, żeby się trochę zdystansować, pożyczyć - tradycyjnie - świętego spokoju, zająć zajacem, baziami, żonkilami, jajami i paroma innymi uniesienia godnymi wydarzeniami.

hania, maja, wielkanoc, ojciec, raj

Wszystkiego dobrego wszystkim. Te sto dni były, echhch co tu ściemniać, ciężkie dla ojca, bo ojciec sobie nie poradził, ojciec dał plamę, ojciec uciekł - taka litania pokutna z okazji wielkiego piątku. W stres, w robotę, w winko :-). Najpierw zapalenie płuc, potem mało krwi we krwi, wszystko to spowodowało, że się z nowym dzieckiem nie dało jakoś ojcu dopasować, że wziął i rzucił resztkę sił i energii w nerwach ocalonej na córkę starszą. To była wymówka, wiem to doskonale. Nie poradziłem sobie i tyle, co tu - powtórzę - ściemniać.

Dopiero ostatnie tygodnie były fajne, szczęśliwe, ojciec się trochę odblokował, nie zrywał się już w nocy zlany potem, bo wydawało mu się, że ktoś kaszle, i liczy, że już będzie tylko lepiej. Jak zdrowiej to i lepiej. Oby. Więc jeszcze raz wszystkim - świętego spokoju codziennie, nie tylko od święta. I mimo wszystko - lepszych 100 dni kolejnych.

16:59, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 kwietnia 2009

No bo te gały ropieją i nas to wkurza. Nie tam, żeby jakoś strasznie, ale wkur... i tyle, koniec kropka. Hance to daliśmy ibum i od razu lepiej (przeciwgorączkowe to, ale i przeciwzapalne). A Majtkowi strach dawać cokolwiek, więc ponieważ nie kaszle, nie charcha i gluty z nosa nie lecą (w obu dziecięcych przypadkach), to trzeba było skonsultować.

maja, hania, hanka, majka, ojciec, raj, oczy

Tym bardziej, że durne rodzice po ryku jakimś dłuższym i przy dziecku mniejszym zmęczonym srodze postanowili temp. zmierzyć i było równe 37 C. więc przed świętami się chucha na mroźne, nie?

W płucach czysto, w gardle czysto, na oczy krople jakieś, święty spokój przed świętami. A przy okazji waga. Hahahahaha!!! 6100 proszę państwa. 6100! Klucha rośnie taka jędrna, że hej. Wspaniale. Najwspanialsza Matka Globu nie byłaby jednak sobą, gdyby nie wyciągnęła na forum publiczne domniemanych problemów ze swoimi - jak to starsza córka mówi: "sysssochami" i nie dopytała o dokarmianie z butli, co ostatnio, przyznaję, zdarza się częściej coraz. No i odpowiedź jest taka, że dokarmiać, i owszem, jak dziecko chce, bo Majtek leci na wysokim centylu i może mieć większe potrzeby niż produkcja przewidziała, nawet napędzana mlekopędnymi herbatkami. 

maja, hania, hanka, majka, ojciec, raj, oczy

Summa summarum owe 6800, co stanowiłoby podwojenie masy urodzeniowej jest bardziej niż pewne przed pół rokiem, coraz częstrze używanie butli i sztuczydła białego - również. Zbliża się chwila wiekopomna, kiedy ojciec zwlekać się będzie musiał z wyra wyproszony nie przez jedną, ale dwie przyssane do smoka córy. A tymczasem, w ten szczególny piątek - świąt spokojnych jak cholera, świętego spokoju nie tylko od święta, oraz oczywiście jaja krędką wymalowanego.

21:13, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 kwietnia 2009

Generalnie zgadywać nie trudno, że temat trochę zastępczy, w czasie sezonu ogórkowego zaczętego jak się domyślacie z dwóch powodów: już dokonanego zapisania (i wpłacenia wpisowego brrrr...) do przedszkola i braku oznak chorobowych (odpukać w niemalowane, drewniane, splunięcie przez lewe i prawe ramię). W sielankowej tej atmosferze bacznemu i wnikliwemu ojcu nie umknął fakt niejakiej zmiany w fizjonomii, tudzież ogólnemu obrysowi łba dziecka młodszego, Majtkiem zwanego.

maja, majka, raj, oicec, zęby, włosy, ślina

Włosy są. No dobrze - zaczynają być, żeby być bardziej precyzyjnym. Zęby idą. No dobrze - na razie ślina, żeby być precyzyjnym. W tym miejscu pojawiają się zapewne pytania o porównania. No i porównanie jest, ale byle jakie, bo Hanuta też włosów i zębów długo nie miała. W zasadzie przypominam sobie takie zdjęcie 7 miesięcznego bezzębnego brzydactwa bez włosów z wielką, nalaną gębą (bo jeszcze nie smukłą, czego dokonał pierwszy z trzech bodaj rotawirusków). I ta de-de-er-owska grzywka z tyłu - pozostałość kępki włosów na środku głowy zaraz po urodzeniu widocznych, która wraz z rośnięciem mózgownicy przesuwała się w dół na potylicę... Majtek też taką kępkę ma i też ona podróżuje po sklepieniu dziecka. Ale ma też już własne, ok. 3 milimetrowe kudły i też - jak w przypadku Hanki - pod słońce wydaje mnie się, że rude...

W tym miejscu, momencie, chwili przypominają mi się różne opowieści o urodzonym maleństwie z trzema zębami, albo wręcz z kucykami - jako dowód wielkiego rozwoju poczynione jeszcze w brzuchu matki. Nasze córki to ominęło. I chyba fajnie. Obserwowanie trzymilimetrowych włosków Majki i litrów produkowanej sliny jest doznaniem mitycznym i szkoda byłoby, gdyby odbyło się to we wnętrzościach NMG.

PS: Niekoniecznie na same święta - trochę przed, a może trochę po, czeka nas pierwsza czwórkowa wyprawa ponad stu-dwudziesto kilometrowa. Będzie ciekawie :-).

12:24, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009

Zbierałem się do tej notki od jakiegoś czasu, ale wstrzymywało mnie imbecylne myślenie, że jak napiszę, to zapeszę i się wszystko rozwali. I nie chodzi o to, że moje dziewczyny od prawie dwóch miesięcy są zdrowe, a jak są zdrowe, to eksplorują świat z taką intensywnością, że ojciec nie nadąża. Robią postępy we wszystkim gigantyczne, nie hamowane jękami, glutami i bólami. Chodzi zaś o ich wzajemne relacje - z racji wieku jednostronnie zależne od tej starszej.

hania, maja, ojciec, raj

Donosiłem w styczniu o zazdrości wielkiej i miłości równie pokaźnej, ale potem ta miłość okazała się chwilowa. Teraz względem siostry małej zostało już tylko wielkie kochanie, mam wrażenie, że wręcz miłość nadopiekuńcza. Hanuta głaszcze, przytula, usługuje, przynosi, mówi per "moja siostrzyczka" i "kocham ją" i od paru tygodni nie mieliśmy najmniejszego przejawu chorej zazdrości, buntu wywołanego obecnością młodszej ikonki. Zresztą tego innego młodzieńczego buntu też nie dostrzegamy jakoś tak intesywnie. Minęło - odpukać - wraz z chorobami, zimą i całym tym gów...

hania, maja, ojciec, raj

Dam przykład dziś z rana.  Leżą sobie obie łobuzice w wyrze, jak na załączonym obrazku i ja mówię do Hanuty: "Ładnie wyglądasz, jesteś boska. A Maja to taka jeszcze niewyględna, nieładna, prawda?". I rozlega się protest, że "nie, Maja jest ładna i jest boska!". Nie kłóciłem się.
To nie tak, że ja na codzień wyzywam dzieci od "boskich", dlatego wyłuszczam kontekst. Zresztą owe "boska" to jeden z dwóch nowych przyswojonych i ze zrozumieniem powtarzanych słów. Drugim jest "opalona". Ryj ma starsza ikonka bowiem strzaskany, jak nigdy w życiu - wiem co mówię, bo ta jej arystokratyczna bladość zwraca uwagę wszystkich. Po trzech dniach wyłażenia na dwór, z czego jeden to było 8 godzin na powietrzu non-stop, jej poliki przybrały barwę, spotykaną dotąd jeno w czasie gorączki i to takiej po śnie.
Więc powiedziałem jej wczoraj po kąpieli, która odbyła sie późno z racji urwanego kranu i awarii tym wywołanej prądowej, że jest opalona i wygląda bosko. Zaczęła powtarzać i poleciało.

I mam już tylko jedno życzenie - by "opalona" i "boska" i "zdrowa"mógł powtarzać bezustanku, i że ten zaglucony małolat w żłobku jej nic dziś nie sprzedał.

hania, maja, ojciec, raj

PS: A propos żłobka, wykonalismy decydujący telefon do przedszkola. Jutro niby podpisujemy. I znów się krucho z pieniędzmi zrobi, bo wpisowe...

PS2: Wzorem pewnego tatuśka blog ten ma sponsora i jest dedykowany temu, kto wczoraj poratował korkami i zajął się ich wkręceniem, przywracając światłość w domu Rajów. Kran naprawiłem sam, ale że przy okazji zalałem kinkiet w łazience to... nie pytajcie jak.

piątek, 03 kwietnia 2009

Śmieszne. Prima aprilisowy wpis, że nie poślemy Hanuty do przedszkola, skazując córkę starszą na siedzenie (zapewne mało fajne) ze starymi w domu, i że NMG nie wróci do pracy, i że w ogóle będzie najlepiej jak doczłapie się jakoś bez "edukacji" do 6-latkowego pójścia do szkoły, i że z oszczędności kupimy sobie auto... - nie wywołał w zainteresowanych protestów. No to zastanowimy się nad zatrudnieniem babci na pełen etat, a co? [na zdj: H. w żłobie]

hania, hanka, żłobek

Żart. Akcja poszukiwania przedszkola trwa, ale że tak się wyrażę efekty tegoż są schematyczne. Bo doskonale wiemy czego się spodziewać.

a) w państwowych w okolicy jest tyle miejsc, że szansa na wtrynienie tam dziecka jest równa natychmiastowemu przyjęciu Rosji do NATO. b) Owe państwowe placówki dysponują dla dziecka czasem ograniczonym do 16.30-17, co z kolei urządza nas mniej więcej jak wysoko-oprocentowany kredyt. c) multum jest dookoła przedszkoli prywatnych o różnym stopniu zaawansowania. Owe zaawansowanie można podzielić na:

1) Prawdziwe szkoły dla 2-5 latków we wspaniałych domach, ze wspaniałymi ogrodami i placami zabaw, opieką wykwalifikowanej wspaniałej, uśmiechniętej kadry, monitoringiem, zajęciami począwszy od j. angielskiego, po elementy chemii, biologii i oczywiście klub sportowy z własnym boiskiem. I drogie są jak cholera. Cholera, cholera.

2) Przedszkola prywatne mniejsze, mniej liczne - co korzystne jednak jest po fali jesienno-zimowo-wiosennych epidemii - z mniejszymi jednak możliwościami opieki, no i jeszcze argument za - mniejszą ceną.

3) Domowe przedszkola, prowadzone przez mamy, ciotki, córki, w prywatnych segmentach, mieszkaniach, domach. Co o nich myślę napisałem tutaj, więc powtarzać się nie będę, choć zapewne są takie, które są modelowe. Ceną nie odbiegają od grupy 2.

A teraz do meritum. Efekt poszukiwań, przyznajemy spóźnionych, jest taki, że państwowe chyba skreślamy (albo one nas skreśliły), w prywatnych zaś jest taka sytuacja, że niby w jednym mamy szansę (bo są jeszcze słownie "dwa" miejsca), ale on należy do grupy C1. Wśród przedszkoli z grupy C2 mamy jedno, co zadecyduje czy weźmie Hanię, jak dostanie zgodę na powiększenie lokalu, drugie, które wpisało nas na rezerwę, trzecie, którego jeszcze nie widzieliśmy, ale ceną (i chyba tylko ceną) aspiruje do grona przedszkoli C1 oraz kilka innych "puchatków, kubusiów, uszatków, pand, krasnali, jeżyków, maleństw" i innych, w których miejsc nie ma od września 2007. [na zdj: musicie mnie zabierać ze żłoba?]

hania, żłobek

Decyzja? Niby jest, ale niby jeszcze jej nie ma, bo nic nie podpisywaliśmy. Padliśmy bowiem ofiarą "złego wyboru na początek". Poszliśmy od razu z wizytacją do przybytku prawdopodobnie nie mającego wad. A jeśli takowe są, to ich w głupiej ludzkiej naturze nie dostrzegamy. I każda kolejna wizyta jest siłą rzeczy porównaniem, które wypada na niekorzyść przedszkola porównywanego.

Pójdę z torbami. 
16:45, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (5) »
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze




ESKA Rock
zBLOGowani.pl