MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
piątek, 20 listopada 2009

O czyhającym niebezpieczeństwie wiedziałem od dawna. Jeszcze przed cholernym 1 listopada zmyślne bestyjki planujące kalendarz marketowy ustawiły choinki z czekoladek, żeby nie razić jeszcze prezentami przy zniczach, ale już słodko je zapowiedzieć. Zaraz 2 listopada 1/3 sklepu zajął dział święta. Chleb przytulił się do skarpet, mleko można znaleźć w dziale z alkoholem, akumulatory samochodowe stoją po pieluchami, mięso pogodziło się z chrupkami. Żeby tylko święta pomieścić. Zdziwiło to NMG gdzieś tak w okolicach 8 listopada. Zdumiony jej ignorancją wyjaśniłem: - Wszak do Mikołajek raptem 22 dni, a do Wigilli już tylko 46.

Ponieważ jestem na tego typu uroki zwyczajnie słaby, bożonarodzeniowego cukiercyzmu nienawidzę, ale lubię dawać prezenty, muszę radzić sobie jakimś sposobem. Zaparkowałem dziś zatem przy tym wejściu, od którego dalej jest do świąt. W głowie nie tylko miałem mapę drogową swoich zakupów, ale też wyznaczony punkt skrajny - kajzerki - za który niewychynę, żeby nie wpaść na lalki, miśki, puzzle, traktory, klocki, wózki, rowerki, kosmitów, etc. Choćby nie wiem co - przykłem sobie i dla bezpieczeństwa zrezygnowałem z zapaszku do samochodu, bo wydawało mi się, że jest dalej niż kajzerki. Raz mnie tylko przerażenie chwyciło, bo zapomniałęm cukru, ale tego na szczęście nie przenieśli - wciąż jest między mielonką a burakami.

Zadowolony z koszykiem lekko tylko zapełnionym sunę do kasy numer 1 (święta są na wysokości kas nr 46-99), w nonszalancji i łakomstwie chwyciłem jeszcze kozi serek, z politowaniem spojrzałem na kuszące między regałami kosze z papierem świątecznym (to mnie nie rusza) i już miałem kabanosy wykładać kiedy. O MATKO BOSKO TYLKO NIE TO.

Siedziały takie śliczne, takie małe, takie bezbronne. Miały takie czapeczki, przekrzywione. I były ściśnięte, wygniecione i QRWA MAĆ stały przy każdej kasie. Misie za jedyne 2,90.

miśki

PS: Jadę po baby moje, miśki będą jak znalazł... Tydzień bez nich to wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że na stałe zniszczyły w człowieku możliwość wyspania się. Najbardziej brakuje mi tego - wariactwa w wodzie:

23:35, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009

Sen to jest jedno z tych zjawisk, które wraz z pojawieniem się w okolicy dzieci, przestaje być tym, czym było przez ostatnie 20 czy 30 lat, staje się zdradzieckim sześcianem, który niczym w obrazie "Cube" stale się przemienia, nie dając się ogarnąć, pojąć, zmierzyć, a już na pewno oswoić.

Tym przydługim, być może też przynudnym i na pewno zbyt zawiłym wstępem pozwalam sobie rozpocząć dyskusję na temat przewagi dzieci nad kotami w kontekście snu wspomnianego. I nie idźcie proszę na łatwiznę zakładając (bo i takie skargi tu kiedyś na blogu spisywałem), że dzieci i futrzaki będą jeno rywalizować na częstotliwość budzenia w nocy i nad ranem żywiciela swego jedynego, bo dziecko chce jeść, pić, sikać, a kot wyjść (razy trzy, bo tyle szakali hoduję) i wejść (razy trzy) do domu. Nie, sprawa jest bardziej skomplikowana.

koty, dziecko, maja, ojciec, raj

Jak masz w domu dziecko, bezużytecznym gadżetem staje się mechanizm nazywany budzikiem. Wiadomo, że jeśli masz gdzieś iść na 9 czy 10 to zdążysz swobodnie, choćby nie wiem co, bo dziecko ci jedno wstaje między 7.11 a 7.39, a drugie między 7.27 a 7.42. Akurat opisałem swój przypadek szczęśliwy dość, przyznaję, że do roboty na 8 wstawać częściej nie muszę niż muszę.
Przyczym naistotniejszym elementem tego porównania jest sam moment obudzenia. W przypadku dzieci to jest technika wstrząsowa, nagła i niedopuszczająca wyjątków. Jak się pociechy obudzą, to koniec snu i nawet mi do łba nie strzeli, żeby spróbować wymyśleć jakąś wymówkę przed opuszczeniem kokona z kołdry.

Z kotami - i tu ich perfidia jest uwypuklona w całości - jest gorzej. Otóż te szmatławe pseudo-drapieżniki budzą mnie włażąc na mnie, przy czym najczęściej jest to pozycja tyłkiem i sierścią w nos. Ale nie to jest najgorsze. Wstrętne i złośliwe wszak jest bardziej to, że cholery jedne dopuszczają ponowne zaśnięcie, tulą wręcz do snu, rozleniwiają, mrucząc zaklinają "leż, leż, leż, raju, leż".

No i dzisiaj się spóźniłem: do przedszkola (po zaświadczenie, że dziecko tam chodzi, jak sie u babci nie leni), do mechanika, do pracy. I kawy nie wypiłem. A jak wychodziłem łóżka oczywiście nie pościeliwszy, żegnały mnie zmrużone trzy pary gał wystające zza fałd pierzyny.

17:23, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 listopada 2009

Nie będzie to miły wpis. W sobotę myślałem, ze je pozabijam, pękły i puściły niemal wszystkie hamulce, starsza po całym normalnym dniu zaczęła kasłać położona do łóżka, podczas dawania pić zalała się, obudziła mniejszą, mniejsza zaczęła skakać w łóżeczku o 23 zamiast spać, potem na siłę kładziona zaczęła ryczeć. Kto nigdy nie był w takiej sytuacji pewnie nie zrozumie dlaczego w takiej sytuacji mnie szlag trafił - krzyknąłem co najmniej raz za dużo i co najmniej o ton za głośno.

Hanka

Oczywiście wstyd i poczucie winy, wyrzuty sumienia, że dzieci zasypiały ze smutnymi buziami, nieszczęśliwe mocno. Rano poczucie winy jeszcze większe, bo starsza przyszła do łóżka jakby nic, uśmiechnięta od ucha do ucha, nie kaszlnęła nia razu i na pokaz emanowała postawą "jaka to ja grzeczna jestem". A mi było coraz gorzej, coraz podlej, tym bardziej, że kilka godzin później zostawiłem je wszystkie u babci tej dalszej i wróciłem do pustego domu. I myślałem, że będzie laba, odpoczynek, sen, ale wciąż siedzi we mnie, że przegiąłem.
I jak na złość słyszę co jakiś czas kaszel, tak mi się zdaje, taka klątwa, która mi przypomina ostatni wieczór przed wyjazdem. I wcale się nie wyspałem, choć ponownie powalony choróbskiem w poniedziałek obudziłem się o 16.30. Jak już było ciemno.

Czuję sie wstrętnie, kaszel nie ustępuje (ten mój), i jedno, tylko jedno mnie w tej całej sytuacji krzepi - mianowicie, że dzieci wyjechały, a więc starsza nie chodzi do przedszkola, więc nie złapie nic, i nie zarazi młodszej, od ojca też się nie pozarażają. Coraz mniej bowiem jestem odporny na doniesienia o grypie, choć doskonale zdaję sobie sprawę jak ta informacja jest manipulowana. Jak ma służyć zastrzaszeniu, a więc oglądalności, czytelnictwu, słuchalności. Ale nawet to wiedząc, trudno o tym zapomnieć.

Tak jak wiedząc, że się nakrzyczało na dzieci, trudno o tym szybko zapomnieć.

13:14, bartosz.raj
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 listopada 2009

Siedzę sobie nie spodziewając się niczego wylewnego jakąś ósmą albo i dziesiątą godzinę na dyżurze w fabryce, mając przed sobą jeszcze z pięć co najmniej i marne widoki na jakieś wystrzałowe eventy, kiedy dostaję telefon:

W tle słychać: "No powiedz tacie, co Maja robi"

MAJAAAAAAAAA CHODZIIIIIII - ryknęła na to starsza córka blondyneczka, łobuzem Hanutą zwana.

Maja Raj

Ja na to ryknąłęm na fabrykę, że oto się wydarzyło i jąłem dociekać szczegółów. Oczywiście, że jeszcze nie sama, ale do tej pory nie chciała przewijać nogami podniesiona za ręce do góry do pozycji "stój". Teraz nie tylko przebiera, ale i biegnie, podśmiechując się pod nosem.

Zmieniła też przy okazji technikę raczkowania z szybkiego żuka, na skaczącą wiewiórę, co polega na tym, że na czworaka odeszło w kąt, ale teraz są podskoki w pozycji na kolanach, ciało wyprostowane.

Wielkie to wydarzenie nie zostało jeszcze ujęte w fotograficzne ramy, jeno przemyślenia już naroiło, że to doprowadza niechybnie do bankructwa, bo o ile człowieka małego zbliżonego pozycją do podłogi można jeszcze dogonić i złapać, o tyle przed biegnącym na stojaka lodówka staje się łatwym łupem. Ale o tym, że to małe cholerstwo żre za trzech - jak również o tym zapowiedzianym łobuzowaniu Hanuty - w następnej już bazgraninie, bo przy okazji opiewania sukcesu nie jest ładnie się żalić.

Maja Raj

czwartek, 12 listopada 2009

... to byśmy powariowali, a przynajmniej ja bym powariował, bo już w tej chwili, kiedy organizm lekko się zaczął buntować na aurę chłodno-deszczową, doskwiera mi dotkliwe uczucie bezsilnego pragnienia odpoczynku od dzieciaków, czego się nie da w żaden sposób zagwarantować (jak znam życie, to nawet wypad Najwspanialszej Matki Globu w rodzinne strony z całą tą paką niewiele zmieni, bo wtedy z kolei wydaje mi się, że mam mnóstwo czasu na wszystko i w efekcie na nic mi go nie starcza).

pies, dziecko

Lekko trącony choróbskiem wziąłem na ten przykład kąpiel, saszetkę medykamentu i powalony ciepłotą chciałem skimać na pół godziny kuląc się w łóżku starszej zbuntowanej aktualnie pociechy (o czym chyba w następnym odcinku...), ale cały czas słyszałem pokrzykiwania, piski i inne jęki, wydzielane przez dwa organizmy młode. Świdruje to w uszach, przenika, ba nawet włączająca mrożenie lodówka brzmi jak jęk dziecka, które miało spać od dwóch godzin, i tak dalej - znacie, to rozumiecie.

W tym środowisku nie wyobrażam sobie jeszcze zwalenia na łeb obowiązków z psa posiadaniem związanych, dość rzec, że koty w liczbie trzech dobitnie akcentują swą obecność, bo wychodzą 1, 2, 3 w nocy a wracają 4, 5, 6, nigdy za jednym zamachem. A ja jak ten palant stoję w drzwiach tarasowych i wpuszczam po kolei (stąd choróbsko pewnikiem). I doszłaby jeszcze pobudka o siódmej przez dziecko i z zalepionymi od snu gałami wychodzenie na siku z psem. O nie. Nie, rozsądek bodaj pierwszy raz w życiu zadziałał i na razie psa nie ma, choć bardzo bym zapewne chciał.

pies, dziecko

Jednak od tych wszystkich lamentów, zarzekań i zastrzeżeń jest jeden włochaty wyjątek. Helka tychże państwa. Takiego psa to moglibyśmy mieć od zaraz, już natychmiast, bez reszty. Śpi najdłużej z całej rodziny, na dwór wychodzi niechętnie i w listopadowe dni wystarcza jej szybki, 30 sekundowy wypad na ogródek i sik w jedno miejsce przez szajbniętego na punkcie trawy etc. gospodarza dozwolone jak najbardziej, po czym niespecjalnie uflogana wraca na fotel gdzie dosypia, wieczorkiem leci na dłuższy spacer, gdzie wali twardsze argumenty i dalej śpi, czasem wyczochrana przez dzieciaki oba ku ichniejszej frajdzie (znosi dzielnie). I nawet koty mniej chętnie przemykają na ogródek, bo są wtedy w polu jej widzenia, więc siedzą pod stołem i przemykają jeno do kuwety. Też spokój.

Tak, taką Helkę mógłbym mieć od razu, ale ona jest jedyna, a ci co ja mają oddać nie chcą, sprzedać też nie, więc na razie psa nie ma.

19:20, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Pierwszy raz od 1 grudnia 2008 r. wyszliśmy gdzieś sami. Powodów takiej sytuacji jest wiele, szkoda teraz na to marnować palców i klawiatury. Niemniej efekt eskapady był wyborny. Dosłownie. Pasta Maltagliati alla Norma i prawdziwe włoskie Quattro Formaggi.
Potem wizyta już w "zwykłym" markecie po wino, bynajmniej nie włoskie, bo takowego nie za bardzo przyswajam. I przy okazji tata wypatrzył dla dziecka starszego, Hanką zwanego, ekstra kieckę.

sukienka, hanka

Naprawdę ekstra. A'la tunika, szara w drobną kratkę, z lekkimi bufkami na ramionach i pod spodem wychodzi taki - nie znam się - drugi materiał, co robi za jakby dłuższą jeszcze kieckę. Dziecko wygląda w tym bosko. Naprawdę. Ale ona tak akurat nie uważa.

Już wczoraj próbowała ją z siebie zerwać, mówiąc, że jej się nie podoba, ale zapomniała z racji szaleństw spowodowanych obecnością całej kadry opiekunek (babcia, ciotka i ciotki córka). Dziś rano została w nią ponownie ubrana (co kosztowało wiele zachodu, żeby pozostała czysta a nie uświniona), kiedy ojciec przed spacerem do przedszkola w wannie się odmaczał, i jak wychylił łeb spod wody ujrzał zupełnie nieszczęśliwą twarz.

"Tato, ja nie chcę iść w tej sukience, bo jest brzydka"

sukienka, hanka

Z taką argumentacją zgodzić się nie mogę, ale też dyskutować mi nie wypada. Została więc przebrana i zadowolona poszła w dżinsowej kiecce z kotkiem wyszywanym, uśmiechnięta od ucha do ucha, bo musicie poznać też inną prawdę, że dziecko wymusza ubieranie w sukienki teraz tylko, nie znosząc innego wyboru.

A mnie tam trochę przykro jest... :-), że dziecko już nie polega na mym guście. Ech... I jutro na galę z okazji święta niepodległości idzie znów w wybranej przez się sukience czerwonej. Będzie deklamować "Polaka..." w barwach narodowych, jak poniżej.

sukienka, hanka

20:14, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 listopada 2009

Sztuka kładzenia do spania potomków w wieku od niemowlęcego do pewnie piątego roku życia - nie wiem czy ta granica się nie wydłuży, na razie doznania osobiste mam do limitu lat 3 z hakiem - jest sztuką przez wielu uznawaną za bardzo trudną, a niektórych - za nigdy do końca niepojętą.
Ja niemniej szczyciłem się wraz z NMG do tej pory dziećmi bez problemowymi w tej materii. Tzn. bez kłopotu idącymi spać - żadnych bujanych ewolucji na rękach, magicznych preparatów, podrzutów, oklepywań, specjalnych zabiegów i czarów. Jak zmęczona - jedna i druga - to kąpiel, żreć i lulu. Amen.

Co innego ze sztuką wypączkowaną na tej pierwotnej, a mianowicie - doprowadzaniem dziecka do spania, kiedy się w nocy obudzi z jakiegoś powodu. Tu też bywało najczęściej banalnie prosto - kupa, albo żreć, albo zęby, albo choroba. Najczęściej kończyło się na butelce i żelu na dziąsła (w obu przypadkach). Amen.

Ale co dać na dobry humor?

Tak, tak, tak - mniejsza zawołała o 21 z kawałkiem kilkaset razy "tata" coraz głośniej. Potem było wyciągnięcie z łóżeczka (błąd!), dalej był śmiech, rechot, rzężenie (tak to się powinno pisać?) z radości, spazmy emocji i uwielbienia, podskoki, fikołki i ryki ukontentowanego zwierza. Do 23 z hakiem, a i potem też nie od razu Majtek w kimę zapadła, potrzebne były ze dwie coraz gwałtowniejsze perswazje w stylu "spać już do cholery!"

Wnioski trzeba dziś z tego wieczoru wyciągnąć takie, że nawet jak dziecko pokazuje, że jest śmiertelnie zmęczone, głodne i chce koniecznie iść spać, to trzeba mieć własny rodzicielski rozumek i jak zawsze dziecko kładło się spać przed 20, to nie kłaść ok. 19, bo może istotka i organizm ten mały uznają, że tatuś i mamusia mają na myśli jeno jedną, małą, typową dwugodzinną drzemkę.

PS: Starsza śpi jak kamień i nawet ryki jej nie poruszyły, zobaczymy jak z dzisiejszym teatrem, który spadł na nas dość niespodziewanie.

12:52, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2009

Patryjotyczno-niepodległościowej edukacji ciąg dalszy. Mazurek Dąbrowskiego - jest, położenie kraju nad Wisłą - opanowane, barwy ukochane - biało-czerwone (kolejność co na górze, co na dole się jeszcze lekko pierniczy), teraz przyszedł czas na wzniosłe wiersze.

Dziecko wraca z przybytku popularnie zwanego przedszkolem i na tradycyjne, niewinne pytanie, na które zazwyczaj się oczekuje odpowiedzi "bawiłam się", trzaska "Kto ty jesteś - Polak mały" do samego końca. Jak nagram, to wrzucę. Obiecuję.

hania, i love poland

Tak dumny jestem i chwalę, bo mogę i nikt mi nie zabroni, ale przede wszystkim dzielę się zdumieniem i zażenowaniem lekkim, gdyż w wieku lat 3 & trochę to ja co najwyżej bezmyślnie powtarzałem "CCeCeCeWuKa" - z racji wychowania 438 metrów od stadionu na Łazienkowskiej. Chwil kilka zajęło mi też bowiem pojęcie, że właśnie Hanuta walnęła deklamację czegoś, co było dla mnie pierwszym dość trudnym wyzwaniem w I klasie podstawówki i mówię tu o czasach głębokiego PRL-u, kiedy do szkoły puszczano normalnie siedmiolatki po wizycie w zerówce oznaczającej głównie naukę rysowania szlaczków (gustowałem w niezapominajkach).

Widocznie wraz z reformą edukacji wszystko przesunęło się o cztery lata do przodu (do tyłu?) i teraz trzyletnie brzdące uczą się "Polaka..." a siedmiolatki będą improwizować instalację artystyczną w oparciu o "Litwo! Ojczyzno moja!...", zgaduję, że moje dziecię dostanie frazę do wyrecytowania: "...Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała..." - bo ten właśnie fragment ojca zmorą był.

I zdumiewa mnie i przeraża, że tak szybko po przeżyciach na porodówce przyjdzie mi wrócić do szkolnych ław. Z geografią i biologią sobie poradzę, historia i polski też pójdzie jakoś, ale z chemii, fizyki i matematyki jak nic czekają mnie korki. I to już na poziomie wczesnej podstawówki.

11:36, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Jedno z fajniejszych wydarzeń wspólnych z udziałem ojciec-córka. Bal halloweeen. Najwspanialsza Matka Globu została siłą uwiązana z najmłodszym szantażystą, który niechybnie całą zabawę nie tylko glutami, ale i krnąbrnością swoją by zepsuł, a my sobie polecielim do innego miasta na imprezę (BTW: Majtek za swoje zachowanie doczekał się zakazu noszenia na rekach, o czym mnie własnie NMG poinformowała - musiało być ostro).

Hania Halloween

Wniosków kilka się nasuwa: a) chcę mieć dom, a na jego szczycie bawialnię, w której mogą stanąć zabawkowe domy, namioty, zjeżdżalnia i jeszcze się stół z łóżkiem zmieścił i 69 kg dyń. Mam gdzieś informację o kryzysie.
b) córka moja tylko w domu bywa dzikusem, tudzież coraz częściej w kontaktach ze swoim narzeczonym (wspólna zabawa? o nie - ciągle moje, moje...).
c) w towarzystwie nieznanym z przedszkola, gdzie niechybnie ustawiła sobie hierarchię, ale walka o byt jest procesem ciągłym, bawi się tak, że ojcu kopara opada, mimo stanu amokalnego. Wspólna zabawa - proszę bardzo. Zjem coś? - proszę bardzo. Skupię się na czymś przez dłużej niż 0,0012 sekundy? Owszem.
d) towarzystwo starsze też jest fajne. Choć nie wiem czemu się bardziej wstydzi.
e) Halloween jest dla dorosłych.

Myśl ostatnią niejako na marginesie bloga o dzieciach rozwinę. Halloween jest po to, żeby dorośli mieli problem z pogodzeniem widoku uśmiechniętych dziecięcych twarzy pomazanych farbami, w barwach np. bynajmniej nie-wściekłego tygrysa z żałobnym u nas świętem wszystkich świętych, kiedy nagle miliony Polaków (pewnie, że nie wszyscy!) przypominają sobie o bliskich, nagle dowiadują się, że za znicz trzeba zapłacić nawet 25 zł i kiedy przez dwa-trzy dni spotkań rodzinnych w szaro-czarnej atmosferze uspokajają sumienie na cały rok.

Może Halloween w ten przewrotny sposób, przez niechęć do zbliżenia dat 31 października i 1 listopada, spowoduje, że na groby będziemy jeździć częściej w inne dni roku, latem, wiosną?

niedziela, 01 listopada 2009

Niestety to małe zachowuje się tak, że cholery można dostać. Majtek jest totalnym przeciwieństwem Hanuty - tamta jak była mała, w sensie mniejsza niż teraz, czyli w wieku Majtka, to potrafiła się zająć sama sobą. A to małe - wcale. I co z tego, że żre jak najęta i wszystko, skoro 30 sekund zwłoki w daniu tego żarcia oznacza ryk wielki. I co z tego, że ostatnie dwie noce były pierwszymi bez karmienia o 4-5 rano, skoro od samego rana jest ryk, że na ręce, że na łóżko, że z łóżka...

Hania i Maja Raj

Wytresować chce nas, albo uważa, że już wytresowała. Skaranie boskie. Trzeba coś przedsięwziąć. Kary cielesne i podduszanie na dłuższą metę nie działają :-). Jakaś konsekwencja by się przydała. Ale z tym gorzej, bo czasem dla świętego spokoju... No właśnie.

Za to Hanuta - anioł. Na Halloween balu była i brylowała - mimo stanu na granicy amoku była tak grzeczna, że ojca duma trzyma do tej pory. A teraz jest u Milana na randce - to też nowy zwyczaj, że trzylatka na randki do chłopaka chodzi.
W domu też anioł - jak ojca dzisiaj choróbsko na chwilę powaliło, to usiadła na mnie i powiedziała, że weźmie mnie za rękę, a ja mam sobie pospać.

Żeby jeszcze przekazała wiedzę i styl zachowania tej młodszej cholerze, to by był już istny raj. A tak jest łagodna wersja czyśćca.

13:07, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 października 2009

Miało być, że będą sportowe talenty przejawiać, miało być, że muzyczno-taneczne, wszak przybytek edukacyjny z nutką w nazwie, miały być ratownikami na basenach lub ogrodnikami. Może będą, licho je tam wie. Ale będą na pewno patryjotkami.

To, że Hantek wie, gdzie jest na mapie Polska ("ta pomarańczowa") od grubo ponad roku wiadomo wszem i wobec. Że Egipt tam jest też - od kilku miesięcy, kiedy to narzeczony tam wyjechał.
Majtek tylko się nauczyła paluchem pokazywać, też już trafia (czasem jej się na Rosję ześliźnie, co w rachunku prawdopodobieństwa, gdzie zmienną jest powierzchnia, jest dość oczywiste).

Teraz doszło śpiewanie niemal na baczność hymnu Mazurka Dąbrowskiego. Ryczy starsza najgłośniej podobno z całej grupy (bo - a jakże inaczej - nauczona w przedszkolu). Majtek zaś się chwieje do rytmu jak zmęczony żołnierz na warcie.
I wie najwyraźniej Hanka, że to nie jest jakaś tam piosenka, bo a) sama jej nie chce prezentować, b) ani na zawołanie też nie. Tylko przy specjalnych okazjach.

A to jeszcze jeden cieszący mój ryj dowód, że dziecko nie jest cyborgiem, ani małpą, tylko dzieckiem.

PS: Oczywiście przynajmniej te moje dzieciaki, nie mają jeszcze uczucia przynależności narodowej, ani świadomości posiadania ojczyzny, ani innych doniosłych emocji. Ale cieszę się, że moja córa do wiedzy tej się zbliża.

Małe a ważne. I ważne, żeby chorą postawą "moje dziecko jest naj..." tego nie spieprzyć.

PS2: Moje są naj... :-)

21:45, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2009

Dostałem proszę państwa w twarz potwornie, nie tak dosłownie jak Najwspanialsza Matka Globu, ale równie boleśnie, żeby nie rzec "mentalnie porażająco". Mało tego do jasnej ciasnej, zostałem spoliczkowany nawet dwukrotnie i/lub trzykrotnie. Permanentnie i skutecznie.

Przegrywam na całej linii.

Hania, przedszkole, zdjęcie

To ja specjalnie, proszę Państwa, z roboty się wyrywam, zarywam noce i bladymi świtami się zrywam, żeby dziecko mnie olało? To ja tu myślałem, że frajdę zrobię, że nie tylko moja obecność w domu wystarczy, ale jeszcze atrakcje zaplanowałem, że będzie ognisko i liści palenie i wariowanie na posiadłościach działkowo-pracowniczych.  I nawet na frytki chciałem zabrać!

Ale rano dostałem kosza. Mogłem Hanki nie pytać.

Jednak zapytałem - wolisz iść do przedszkola, czy z tata pojechać na wycieczkę na działkę? Nawet fakt, że musiała się szybko z wyra zwlec, co ostatnio było nie lada problemem, nie był dla mnie korzystny, bo dziecko dostało takiej ikry, że jednym łykiem mleko wciągnęła, ubrała się bez szemrania i pół godziny później została z gębą uśmiechnięta od ucha do ucha zaprowadzona do przedszkola.

A ja pojechałem na działkę sam. I potem spadł deszcz.

NMG oczywiście tłumaczyła, że to dlatego, że się z nami obojgiem nabyła przez weekend i za dzieciakami stęskniła, no ale ludzie... tak ojca zignorować? Więc nie byłbym sobą, gdybym próby walki o odzyskanie córki nie stoczył i nabyłem dynię. Wiadomo po co. Jak wróciła z przedszkola rzuciłem się jej do stóp i dawaj nawijkę taką:

"Powycinamy strasznego-dyniowego potwora, dobra? I zrobimy zupę z dyni, dobra? I wsadzimy do środka świeczki i będzie tak ładnie świeciło, dobra?".

Hania, przedszkole, dynia

Żebyście cholera widzieli te pogardliwie wypchnięte wargi, i żebyście usłyszeli ten pełen zniechęcenia ton, z jakim rzekła: "W przedszkolu już dynie robiliśmy.
Dziś jeszcze raz zostałem zignorowany, kiedy chciałem powiedzieć, że przyszedł duszek-stój, że się w niego ubierze i będzie fajnie. Ale nie podeszła do telefonu, bo od kolegi z przedszkola dostała już strój czarownicy i powiedziała, że będzie w nim chodzić już zawsze.

Przegrałem. Ale jak tu wygrać z czymś, co przemienia dzieci w Matejkę.

18:51, bartosz.raj , Szkolnie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2009

Tytuł wyczerpuje pokłady dobrego humoru, które zostały zawarte w tym wpisie. Bo nie do śmiechu będzie. Hania uderzyła Najwspanialszą Matkę Globu w twarz.

Do tej pory sceny tego typu widziały gały moje jedynie w TVN. Teraz też nie widziały, za to uszy słyszały, jak dziecko się pokłóciło najpierw z narzeczonym Milanem, a potem w bezsilności zdzieliła matkę. Działo się to na podwórku.

Hania

Nie wiem jakim cudem NMG się opanowała i się nie odwinęła. Zresztą rozmawialiśmy później o tym, tak, może zabrzmi to brutalnie i nieodpowiedzialnie, ale pierwszy instyktowny odruch to oddać w twarz, żeby zapamiętała na całe życie. Ale nie. Wróciła do domu. Dostała karę - żadnych bajek (nic mądrzejszego nie wymyśleliśmy). Próbowała się stawiać. Walczyła jeszcze z godzinę.

Zrozumiała, że zrobiła coś bardzo okropnego nie dlatego, że nie oglądała bajek, że kilka razy usłyszała, że mamie jest bardzo przykro, tata jest zły, ręka jej uschnie, ani, że takie łobuzy do przedszkola nie mogą chodzić.

Nie - zrozumiała, bo prawdopodobnie pierwszy raz w swoim życiu, zobaczyła tak przejętych i zmartwionych rodziców.

Przemiana i przełamanie nastąpiło wieczorem, kiedy ojciec udał się do roboty celem dopilnowania, żeby walka Adamek-Gołota nie tylko w telewizji zaistniała. Hanuta sama z siebie podeszła do NMG, przytuliła, uścisnęła, zaczęła całować w szyję i mówić, że przeprasza. Dziś przemiana trwa - od rana anioł. Z rogami, ale anioł. W sklepie siedemset czterdzieści jeden razy, czyli tyle ile razy Adamek trafił Gołotę, powtórzyła, że kocha mnie najbardziej, najbardziej.

Hania

Czy zapamiętała? Czy fakt, że nie dostała w dupę, nie została skrzyczana, tylko zobaczyła strasznie smutnych rodziców, tak na nią zadziała, że się już nie odważy?

PS: Majtek wyłazi z glutowania zaczętego w momencie, kiedy odporność się na łeb zwaliła z powodu zębów. Koszmarna noc się na razie nie powtórzyła.
Spełniam liczne prośby zdjęcia z zębami, co prawda nie tymi, ale tam gdzie widać u góry gładkie dziąsło są już ziejące bólem kratery z sunącymi powoli na wierzch jedynkami.

Maja

23:25, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 października 2009

Wróciłem po nocy i się zaczęło. Najpierw raport. Że wszystko przez cały dzień było w jak najlpeszym porządku, a potem jasna cholera diabeł w nią wstąpił jakiś czy coś równie szatańskiego. Od godz. 19 do godz. 7 rano cisza nieprzerwana była tylko przez maksymalnie pół godziny.

Hania i maja

Nie pomogło pojenie, karmienie, przytulanie, masowanie, obracanie, układanie, smarowanie - scenariusz pt. "Szmer, kwek, płacz, ryk" trwał z przerwami jednak nieprzerwanie. Nie zmrużyłem oka i do jasne cholery nie ma w tym wyswiechtanym powiedzeniu ani gorsza przesady!

Rano wychodząc jak skacowany do roboty, wiedząc, że zanosi się na 14 godzin non-stop, próbowałem dziecku mojemu kochanemu wyrwać język z zemsty. I trafiłem na twarde coś, co jeszcze zębami numer 3 i 4 nazwać nie można, ale pewne jest, że ich pęd ku wolności zagarniętej tyranią dziąseł spowodował rewolucję nocną.

Możecie przeklikać się przez internet, żeby się dowiedzieć, tylko po co skoro tutaj wam napiszę, o podręcznikowych objawach wyrżnięcia zębów. To ból, to rana, to osłabienie odpornosci organizmu, zreszta dopiero co walczącego z jakimś paskudztwem. Takwięc następnego dnia po zębach i gluty się pojawiły i gorączka. Typowe.

I na tę gorączkę dostała medykament i spała od 19 do 1.30. Zjadła i spała do rana. A ja ze strachu, że zaraz będzie szmer-kwęk-płacz-ryk zasnąć nie mogłem.

Maja

16:22, bartosz.raj
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 października 2009

Przebyta łagodnie choroba (tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfutfu, tfu...) przyniosła niuestety ikonce starszej trwałe efekty uboczne. Niech się Morfeusz kopnie w tyłek, albo zwróci koszt śniadań zatem, skoro trzyma w objęciach dziecko moje do godziny ojcu od dawna ze snem się nie kojarzącej (o ja biedny).

Hania sen

Fakt niezbity jest faktem pewnym, że od ponad grubo tygodnia Hanuta nie jest w stanie zdążyć do przedszkola na śniadanie, a i kierownictwo przybytku tego zadania nie ułatwia, bo przesunęło godzinę posiłkowania z 9.15 na 8.45, z powodu jak czytamy w oficjalnym komunikacie "niewyrabiania się z edukacyjnym progamem szkolnym").
Z drugiej strony nawet jakby godzinę śniadaniową przedszkole wyznaczyło później niż pierwotnie, to i tak by niewiele pomogło.

Nie - uprzedzam dociekliwe pytania - dziecko nie zaczęło się później kłaść, nie zarywa nocy, nie odsypia libacki alkoholowych i generalnie nic jej nie jest, poza tym, że jak zabijała wirusa medykamentem, to on działał lekko śpiąco i tak już pozostało.
A więc mamy obrazek teraz w domu taki, że pi razy oko o 7 rano dziecko mniejsze zaczyna śpiewać, potem wykrzykiwać, drzeć się a wreszcie ryczy na cały regulator pojedyncze niezrozumiałe sylaby przetykając je dwoma kluczowymi: "ta-ta". I nic.

W tym samym czasie ojciec się tłucze w toalecie, NMG w kuchni, sąsiad drzwiami napieprza, bo się nie nauczył do czego ustrojstwo klamką zwane służy, a drugi z klatki osobnik zdezelowany motor pod samym oknem odpala. I nic.
Staramy się obudzić ikonkę jakimiś potrąceniami, szeptami, szarpaniem i śpiewem. Nic.

Rezultaty są mierne - na ostatnich 10 śniadań nie zdążyła Hanka na żadne, zjadła jednak dwa:
- raz, bo jakaś matka inna w histerię wpadła, że nie wiedziała o zmienionej godzinie i domaga się chleba dla córki (więc i naszej skapnęło).
- dwa - dziś ubraliśmy, mleko wtłoczyliśmy i zajechaliśmy do przeddszkola w rekordowe 25 minut, co oznaczało jedynie 12 minut spóźnienia - jeszcze coś na talerzach było.

Generalnie to nawet mi to nie przeszkadza - pracuję nie na 8., dziecko je w domu mleko i czasem pajdę, zajęć najfajniejszych w przedszkolu nie traci.


Tylko czy nie mogłyby tak obie moje córki razem zaspać...???

15:25, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »