MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Stało się to nagle, wtem, niespodziewanie. Rodzina wróciła w sobotę z wyjazdu, a w niedzielę zostało postanowione, że dość mamy na palcach chodzenia, ściszania telewizora, gaszenia światła i zawałów serca, kiedy na bok się przewracając kanapa wyda z siebie jęk. Zarzewiem był sms NMG, w którym cos tam dociekała, że nie mamy dla siebie czasu... A poza tym u babci córy spały razem i nic się nie działo. A więc...
Rodzice chcą mieć trochę wolności, znów! Jak zostało obwieszczone, tak zostało wykonane, mianowicie po dwóch godzinach sprzątania, odkurzania i pokoju Hanuty plądrowania, ten pokój zamienił się w ICH pokój.

hania, maja, ojciec, raj

Pierwsza noc to było jak sen ryjówki na parkingu dla tirów. Krótko po północy poszliśmy zobaczyć jak sytuacja i wysikać starszą/napoić młodszą, ta druga o 5 zaczęła serenadę - tak już ma, że śpiewa rano, a Hanuta olała to całkowicie i wstała tak, że do przedszkola pierwszy raz zaspała, poszła dopiero na 10-tą.
Stało się, przeprowadziliśmy je,
Hania chodzi dumna i mówi o ICH pokoju, generalnie do siostry pała taką miłością, że trzeba uważać, żeby jak szczeniak nie zalizała na śmierć. Jest grzeczna, mądra, tolerancyjna, inteligenta i w ogóle, aż tatusiowi szajba odbija na jej punkcie. A Majtkowi to tam akurat różnica - tam śpi, gdzie się ją położy. Niemniej bezbolesnością tej chwili i tej akcji jestem zaskoczony.

Aż tak bardzo zaskoczony, żeśmy pierwszej nocy absolutnie wolności nie poczuli, bo NMG poszła spać ze zmęczenia i emocji przeprowadzkowych, a dziś uciekła mi do sklepu, więc z tą wolnością to na razie lipa :-). Dobra, idę położyć starszą spać, żeby jutro do przedszkola wstała na czas. Jeno... trzecie łóżeczko ni cholery nie wejdzie do małego pokoju, a już nam się ten nasz bez małego łóżeczka podoba! Taki rubaszny żarcik na finito.

PS: Jednocześnie z przeprowadzką Majka przestała się kąpać w wanience, i zaczęła unosić się na kolanach, dupa do góry i zaraz pójdzie. O, takie późnoczerwcowe zmiany u Rajów.

21:43, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009

Bez słów ilości zbędnej, bo wszystko widać. Do łba strzeliło, obiacane było, spełnione i dumne teraz, bo córa starsza miała na koniki sobie jeno popatrzeć, ale zażądała jeżdżenia, potem była krótka chwila zawahania, kiedy koń co ze stajni wychylił się okazał się całkiem spory, a nie taki malutki, ale wzięła kask i wio!

hania, konie

A ojciec kłusem za nią...

hania, konie

A ha - skąd ten tytuł? Koń zwał się Majk. Albo Mike. Ale ładniej Majk.

hania, konie

Pierwsze konie za płoty.

hania, konie

Najwspanialsza Matka Globu za kronikarza robiła - tu miała byćperspektywa, i że koń duży, a dziecko małe.

hania, konie

I na koniec, prezentacja:

hania, konie

sobota, 27 czerwca 2009

Tępy łeb musiał kilka okrążeń gonitwy myśli wyprodukować, żeby dotarło do mózgownicy, że właśnie stało się rekordowe wydarzenie, mianowicie od 19 lipca 2006 r. nigdy nie byłem pozbawiony dzieci na tak długo, bez względu czy liczyć sztuk raz, czy dwa. Ale jutro koniec półtoratygodniowej laby/tęsknoty/nudy (zależnie od podejścia do bazgraniny tej niepotrzebne skreslić). Córy i NMG wracają. I czasu tam, o nie, nie zmarnotrawiły.

słoiki, obiadki, dziecięce

Wyjazd ten był ze wszechmiar korzystny. Widzę nawet na tych zdjęciach, które telefon małżonki mojej szanownej produkuje z niezrozumiałych dla nas przyczyn w rozmiarze ćwiartki znaczka pocztowego. Gęby pucułowate, na babcinym wikcie wypasione, zęby szczerzy (jedna) lub dziąsła obślinione (druga) w szerokim uśmiechu, glutów i innych paskudztw jak na lekarstwo brak, sielanka, sielanka, sielanka!

A w domu czeka bateria zakupowa przyszykowana na ich trzech powrót i tutaj znów refleksja taką mam jedną (łeb zafurkoczał z wysiłkiem)... Otóż nie skarżę się, ale raczej przyznaję bez bicia, że sobie nie radzimy, czy też innego usprawiedliwienia szukając, nie umiemy/ nie mamy czasu/ nie wychodzi/ nie smakuje, ale z domowymi obiadami dla pociech naszych krucho jest i było zawsze. Starsza, jak pisałem powielokroć, gustuje jeno w zupach (+ to co  wetknie w paszczę w przedszkolu), ale po gołąbkach babcinych może się i te kulinaryjne przystosowania zmienią. Natomiast najmłodsza, cóż... wpierdziela słoiczki aż jej się małżowiny trzęsą.

Różnica z Hanutą jest taka, że tamta lat dwa wstecz też wpierdzielała, ale niechętnie, a ta wsuwa zatrważające ilości. I teraz tak: jakby nagotować gar, podzielić, poporcjować, to by się w czasach kryzysu i opłaciło, i mniej biedy było. Ale (patrz wyżej) się nie da, więc w sklepie szoku się dostaje i mam de ja vu normalnie, kiedy składową hipermarketowego rachunku w 3/4 stanowią jak pod koniec 2006 r. szklane produkty tzw. niemowlęce. Liczyć długo nawet ten skołowaciały łeb nie musiał: 5 sztuk obiadków, tyleż deserków i tyleż soczków, a i dla Hanuty z pięć butli, bo lubi i razem wychodzi 50-60 zł. Rachunek prosty jak drut - 20 szkieł razy pi razy oko 2-3 zeta, a czasem i więcej. Kurna! Dwa niezłe całkiem wina, a takie "w porządku" to i ze cztery!

Niniejszym zatem ogłaszam konkurs na przepis, z którym łeb tumana sobie poradzi. Warunek jest jeden a nawet żeby trudniej było dwa - 1) ma smakować mniejszej lub większej 2) za każdym razem jak to ojciec upichci. Z nagrody coś wymyślę (owa butelka wina kurierem podesłana na przykład?), babcie są z automatu z konkursu wykluczone, a ja tymczasem pełen niewiary w powodzenie tegoż projektu sobie w szafeczce słoiczki poukładam.

piątek, 26 czerwca 2009

Nigdy nie uwierzyłem, że mógł molestować dzieci. Może się myliłem, mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem. Jako nastolatek podskakiwałem do tych marnych 1.78 m z jego muzyką, choć zawsze coś było w muzyce ważniejsze, mądrzejsze, fajniejsze, czegoś innego koledzy słuchali. Ale jego muzyka była zawsze. Ona była i tyle. Nie dało się uciec. Pamiętam wieczór sylwestrowy, pierwszy na który puścili mnie do kolegi dwa piętra niżej rodzice, szczylem byłem. Teledyski leciały, lista roku. Siedzieliśmy, oglądaliśmy i ocenialiśmy. Najwyższe oceny obaj wystawiliśmy "Bad". Zapamiętam.

Nigdy nie wierzyłem, że się sam krzywdzi. Że bierze narkotyki, że chla, że ćpa piguły. Białą skórę tłumaczyłem chorobą, brakiem melatoniny, pigmentu, bielactwem. Pewnie naiwnie, mam to w dupie. Artysta jego formatu musiał być równo kolorowy, nie plamiasty. Dopiero byłyby plotki. Operacje? Kto ich dziś nie robi, niech pierwszy trzaśnie płytą MJ o podłogę. Sam sobie zrobię, jak będę miał 50-tkę i kasę, żeby jeszcze mnie dzieci poznawały.

Nigdy nie wierzyłem, że "History" będzie ostatnim jego albumem, który kupiłem, trochę z ciekawości, trochę nawet już ze wstydem, bo już coś innego grało w duszy. Teraz siedzę po nocy oglądam CNN, koroner z LA właśnie potwierdził śmierć największego artysty naszych czasów, nawet jeśli jego muzyka nie do końca nam pasowała, coś innego królowało w odtwarzaczach. Największego.

Michael Jackson nigdy nie dorośnie.Tyranizowany przez ojca, w ciągłym pościgu za chorą perfekcyjnością, za sławą "Thrillera", za świętym spokojem, za dzieciństwem. Czyli tym, co dla każdego człowieka w życiu jest najcenniejsze.

Michael Jackson nie żyje. Miał 50 lat. Zmarł prawdopodobnie na rozległy atak serca w swojej posiadłości w LA lub w drodze do UCLA Hospital. Bardzo, bardzo smutno.

02:31, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (14) »
środa, 24 czerwca 2009

Stara to prawda, że aż niegodna nowoczesnego, prężnego, medialno-modelowego miejsca jak to... hahahahaha! Ale wszędzie lepiej niż u ojca w domu. Dzieci me kwitną, zdrowe są i szaleją u babci, aż ta na jeden dzień musiała się off. Na szczęście doba rekonwalscencji wystraczyła i znów jest szaleństwo.

hania, modelina

Najwspanialsza Matka Globu opowiada niestworzone historie, a to o pieczeniu ciasta, a to, że wszystko je, a to o wypalaniu modeliny, a dziś nawet, że Hanka - bo to wszytko powyżej to o starszej jest - wstała rano i zanim poszła do łóżka matki szaleć, to sama zawędrowała do kibelka, gdzie się odlała, podtarła i zdumiona pytaniem o sikanie rzekła: Przecież już zrobiłam! No bomba po prostu.

A mała Majka przespała pierwszą całą noc w cholerestwie szyną Koszli zwanym. Nie będę się rozpisywał, jeno z kronikarskiego obowiązku doniosę, że jak dzieci wywiezione, to wydaje się, że i mądrzejsze i śliczniejsze, i szybciej rosną i więcej mówią, i już śpiewają, a nie ryczą (mała).

Właśnie podałem definicję tęsknoty?

pustka, tęsknota, ogródek

PS2: Myślimy o wakacjach. Dopiero i już. O tym next time.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Nie wiem co ją nawiedziło, ale inaczej nie zaczyna rozmów z ojcem przez telefon. To, że w ogóle zaczyna jest jakimś tam wydarzeniem, bo do tej pory rozmowy wyglądały tak, że dorosły jakiś z boku mówił, co ma powiedzieć do telefonu i ikonka starsza zazwyczaj powtarzała, a czasem nie. A teraz są całe opowieści. Normalnie pogadać można, niesamowite. Ale te właśnie mobile-pogadanki mają dwie cechy wspólne - zagajenie i przekrzykiwanka.

hania, ojciec, raj

Albo dzwoni z budki z miasta, gdzie aktualnie przebywa z siostrą mniejszą i matką większą, albo wyrywa tej drugiej komórkę i zaczyna: TATO, CZY MASZ JAKI PROBLEM? No i gdzie się tego zwrota nauczyła? W domu nie - nikt u nas nie mówi "masz problem?", w przedszkolu zatem? Wątpię. No jak nic spod budki z piwem, gdzie może dochodzić do sytuacji, które niechybnie zaczynają się od banalnego w sumie "Masz jakiś problem?".
Ale najbardziej prawdopodobny strzał to niestety TV, które to cudeńko co prawda oboje rodziciele ograniczają mocno i jeno do kanałów z serii "zero violence", ale czasem zdarzyło mi się obiecać (i obietnicy dotrzymać) jakieś potwory i wspólną zabawę w chowanie się pod kołdrą (Uruk-hai z "Władcy Pierścieni" są bardziej straszne niż nieodporne na wirusy potwory z "Wojny światów").

W dalszej części dialogu telefonicznego niechybnie zbliżamy się do emocjonalnej przepychanki, zapalnikiem jest zwrot "Kocham cię". I następuje eksplozja licytacji: bardziej, nie, ja bardziej, a ja mocniej, nie, nie mów, że ty bardziej, bo ja bardziej, a ja kocham, kocham, kocham, a ja mocniej, więcej, więcej" - i tak przez kilka minut do totalnie obłędnej histerii śmiechu.

Mam problem - tęsknię za nimi. Mam, a raczej będę miał problem jak wrócą: wstałem dziś o 9.10 po równo 10 godz. snu.

...........................................................................................................

PS: Dla małżonki Najwspanialszej Matki Globu - Busz wrócił po ok. 16 godzinach. Nie wiem gdzie był, ran nie ma, odsypia.
PS2: Zgadnij NMG gdzie śpi?
PS3: To co zwaliła Ciapa - naprawione, ale marnie to wygląda i szanse też niewielkie.
PS4: Pytanie do specjalistki - czy pralka czasem wymaga przestawienia na wirowanie? :-)
PS5: Zero violence, zero alkohol, zero czegokolwiek innego niż zielenina. Howgh. W sobotę nie zjem obiadu - uprzedź gospodynię.

sobota, 20 czerwca 2009

Dziekuję sympatycznemu komentatorowi, który uświadomił porąbanego ojca, że dzień ojca dopiero ma nadejść, tzn. 23 czerwca. Ale, ale... dziś na gazeta.pl znalazłem info, że na dzień ojca gdzieś indziej wymyślili sobie dzień 21 czerwca (i wystawili książki w Tesco specjalnie dla tatusiów, wśród nich pozycję o zboczonym Fritzlu. Przeczytajcie, zgroza - a Tesco gratulujemy niskiej jakości.

hania, maja, ojciec, raj

Tak czy siak zapewne ikonek i ich mamy nie będzie tego dnia w pobliżu ojca z powodu opisanej wcześniej eskapady, zatem wierszyk, który ikonka starsza przyswoiła wcześniej i uraczyła, co oczywiście wywołało niemal histeryczną euforię mokrymi oczami zakrapianą u ojca. Idzie to tak:

przyjacielem mi jest tata
każdy problem mi załata
kocham mocno tatę za to
że jest ze mną, a ja z tatą

Nic bardziej kochanego w życiu nie słyszałem.


czwartek, 18 czerwca 2009

Ten wyjazd babskiej części familii to kuriozum w czystej postaci. Nie, żeby coś nie halo, że nie fajnie, czy niezaplanowany - bynajmniej. Ale w sumie jak się kombinuje, że absencja potrwa tydzień, może 10 dni, to ile można wziąć ze sobą klamotów? No właśnie, to jest owe kuriozum. W dwa auta się my ledwo zabralim, no i nie obyło się bez ofiar.

hania, maja, ojciec, raj

Do jednego wagonu zapakowalim wózek jeden typ gondolowy, co by młodsza ikonka nie przewietrzała za bardzo, a i deszczyk nie pochłostał jej przepięknej pucułowatej mordy. I drugi wózek, typ spacerowy, żeby można było dwie córy na dłuższą eskapadę zapakować i żeby dwie dorosłe persony miały co z rękami na tymże spacerze zrobić. I łóżeczko składane, typ turystyczny, żeby ta młodsza spać gdzie miała, bo z kulasami rozszerzonym szyną "wiecie kogo" ledwo się mieści i na niewygody cierpi. Tam też wylądowały trzy walizy, torby typu podróżnego - pomarańczowa, największa, a'la meksikana, czarna mała typu niemal podręcznego i taka fest typu sportowego. Zgadnijcie czyja była kogo, skoro szanowna małżonka dziś poinformowała o zakupie bluzki (ładnej)?

Do wraku wepchnięto też bagaż podręczny w postaci chrupek, jabłek i napojów, materac sztuk raz, do tego łóżka wspomnianego, bujak typu fotelikowego (znów dla najmłodszej), drąg typu do zabawy (j.w) i oczywiście pudło z zabawkami. Te miała ikonka starsza wybraś sobie sama, skończyło się na tym, że ojciec pakował, a po ojcu NMG, która wyrzuciła to co ojciec zapakował i zapakowała zgoła odmienne walory rozrywkowe - płyty, książki, banan do ściskania, gryzaki, klocki, pierdoły wszelakie.

Podróż minęła bezwstydnie bezproblemowo, co też jest pewnego rodzaju kuriozum pozytywnym, bo szykowanie się było na morderczą trasę z wieloma postojami, a mała walnęła w kimono z girami horyzontalnie wygiętymi i spała całe niemal trzy godziny stąd do tamtąd. A potem była rzecz najgorsza, wypakowywanie klamotów tych wszystkich i wciąganie na górę, do babci, i w tej chwili mi się jeszcze przypomniało, że wieźliśmy także wiklinowy kosz na ciuchy dla baby, a w niego zapakowalim z oszczędności miejsca pościel dla Hanki.

I ojcu zabrakło w pewnym sensie i momencie łap. To porzucił coś, co się wymsknęło nie raz, nie dwa i na poczekanie pozostawił w samochodowym bagażniku. Całusy, śmiechy, przywitania, rach ciach i ojciec wracać musiał bo robota niby nie zając, ale jak zwieje to święta będą liche. Przyciął i po dwóch godzinach już wjeżdżając na parking poddodomowy otrzymał telefon tej mniej więcej treści, że pozbawił dzieci wszelakich zabawek i trwa gorączkowa akcja dokupowania czegokolwiek. Na szczęście ikonka starsza przy protestach oburzonego rodziciela zmusiła do wzięcia jeszcze trzeciego wózka jej własnego typo zabawowego i w nim zasiadł szcześliwy prosiak z kubusia puchatka, jedyna ocalała z amnezji ojcowskiej rzecz.

Dziś pudło poleciało kurierem do ikonek. Ma dojść piątek wieczór, najpóźniej sobota rano. Na razie nie dostałem telefonu z pogróżkami, bo może jeszcze nie odkryto drugiego przedmiotu, któego ojciec wziął i niewypakował i nie o jego skromną osóbkę tu chodzi. Mianowicie fotelika Hanuty typu samochodowego. Pozostawienie drugiego środka lokomocji w mieście wakacyjnym wydaje się w tym wypadku bezcelowe. Ale o tym cicho-sza.

hania, maja, ojciec, raj

W tym zamęcie wielkim gdzieś po drodze przeoczyłem chyba dzień ojca, albo mi się już co gorsza totalnie popierdzieliło wszystko. Albo paniom przedszkolankom. Bo ikonka starsza przyszła dni kilka wstecz z przybytku tego edukacyjnego intonując i deklamując wierszyk. Treść jego już następnym razem, bo...

No i znów mi jakoś pusto w tej chałupie, nawet życzliwszym okiem na hołotę sierściuchową zerkam.

23:58, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »

Smutno...

hania, maja, ojciec, raj

Smutno jak ich nie ma. Pusto jak ich nie ma. Ciszej jak ich nie ma. Porządniej jak ich nie ma. Wolniej jak ich nie ma. Ale czy to lepiej?

00:01, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 czerwca 2009

Spełniłem obietnicę. To cenne doświadczenie. W kiosku kupiliśmy dwa bilety (3-latki nie muszą?), zeszliśmy po schodach na stację Służew i pojechaliśmy w stronę Kabat. Wysiedliśmy na Imielinie i zawróciliśmy. Wysiedliśmy na Wilanowskiej, kupiliśmy w kiosku "GW", Red Bulla i lizaka, wskoczyliśmy do 709 na pętli i pojechaliśmy do domu.
Gęba ikonki rozdziawiła się na pierwszym stopniu schodów w dół tunelu i zamknęła godzinę po powrocie.

hania, autobus, metro

Trudno opisać emocje i niewątpliwe szczęście ikonki starszej z pierwszej (znów to ze wstydem przyznam) w życiu podróży autobusem i pociągiem (metrem). W punkcikach zatem, co zapamiętałem na gorąco:

hania, autobus, metro

- "Następna Stacja Wilanowska" brzmi u Hanuty: "Następna Stacja Winogronowska"
- Nie chciała lizaka! Powiedziała, że nie jest głodna...
- Przez cały dzień nie mówiła do mnie inaczej jak "Tatusiu"
- Dla wyrażenia tego co czuje ikonka najdroższa użyła skomplikowanej mutacji okrzyków "Kurde balas!" i "Jezus, Maria!" - brzmi ono (wrażliwi religijnie wybaczcie): "Kurde Maria!"

hania, autobus, metro

Tyle, bo co tu się rozpisywać. Przedszkole nawaliło, odwołało autokar do kolejki wąskotorowej z powodu tego co wkurw.. wszystkich za oknem, więc trzeba było się zebrać. Fajnie było, choć też lało, a najfajniejsze, bezcenne wręcz OBIECAĆ i SŁOWA DOTRZYMAĆ.

hania, autobus, metro

PS: uprzedzam, że może być spory. Byliśmy z mniejszą Majtkiem u ortopedy prywatnie. Taki ślepy strzał - telefon, umówienie wizyty, nawet nie znaliśmy lekarza, nikt go nam nie polecił. Poszliśmy, jak sami się przekonywaliśmy, aby uspokoić sumienie, że jak Majce popuszczamy z tą szyną Koszli (patrz wątek poniżej), to nie robimy jej krzywdy. Że jak nie leży w tych dybach 23 godz. na dobę, to nie znaczy, że nie będzie umieć chodzić itd.

A teraz w punktach:

- lekarz pracuje z tą panią guru (w tym samym szpitalu), która kazała uwiązać dziecko w dybach na 3 miesiące.
- na każde nasze pytanie odpowiadał, "a co powiedziała tamta pani?"
- nie dotknął się do dziecka - stwierdził, że by popsuł leczenie (?)
- pierwszy raz widział szynę Koszli, jak NMG ją zakładała, to zaciekawiony podszedł, bo chciał zobaczyć jak to się robi. Mówił (usprawiedliwiał), że używa raczej uprzęży Pawlika.
- rentgen - mówił - że nie jest zły, niezły jest mówił, dobry nawet. I żeby jaki pani doktór tamta zrobi następny, to żeby przyjść pokazać.
- a na pytanie, czy konieczne są 3 miesiace przez 23 godz. na dobę, odparł, że tamta pani doktór często zmienia zdanie, więc może nie przez 3 miesiące, zobaczymy w poniedziałek na wizycie kontrolnej, a ponadto czytał w książce, że szyna jest stosowana tylko do pół roku.

Mam ubezpieczenie z pracy, więc nie musiałem za to płacić, bo jakbym musiał, to nie ręczę za siebie. Zbadał też Hanię (dotknął stopy, kazał się przejść i w rejestracji zarejestrować, że to była druga wizyta). Napisałbym, że to dowód na niedouczenie polskich lekarzy, ale on nie był Polakiem. Tzn. może i był, ale nazwisko miał obco brzmiące i mowę kiepską, co absolutnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że więcej się nauczył od nas, niż my dowiedzieliśmy od niego.

Mówię wam - komedia wysiada. To była paranoja. W domu uznaliśmy zgodnie, że uważamy wizytę za niebyłą i nie będziemy jej słowem wspominać. Ale chyba blog się nie liczy?

A potem z Hanią poszliśmy do metra.

A potem Maja pierwszy raz bez histerii przespała się 1,5 godz. z szyną.

maja, szyna koszli, ciotka Monika

środa, 10 czerwca 2009

@zmiletu: "Trzymam kciuki za mamę, bo na ile się znam na byciu mamą, to pewnie jeszcze to gorzej znosi niż Mała" - to oczywiście do owych zmagań z szyną Koszli komentarz. Święta racja. Dziś strzeliliśmy prawie 10 godz., prawie bo histeria przed snem była, już ze zmęczenia i złości i odpuściliśmy. I się pokłóciliśmy. Warknąłem, pysknęłem, obraziłem, bo trochę jednak nerwów jest i puszczają, co usprawiedliwieniem nie jest. Nam obojgu. Poszła do sklepu, jak wróci uściskam Najwspanialszą Matkę Globu. Koniec wywlekania i obnażania się na blogu na razie.

piaskownica

Z fajnych wydarzeń to dziś Majka zadebiutowała w szynie w samochodziku. Tzn. w foteliku w aucie. I w ogóle w ciągu dnia to luz. Zasypia w wózku na ogródku, zasypia w wózku w pokoju Hanuty, nawet bawi się na leżaka z tym ustrojstwem. Założyliśmy to o 7, więc 10 godzin do 20 to dużo. Tylko trzy godziny (nie na raz) przerwy.
Inna fajna rzecz jest taka... zaraz, zaraz. Ale wy o tym przecie możecie nie wiedzieć, że ja mam pierdolca nie tylko na punkcie dzieci i żony swej? Jeszcze mnie pogięło z ogródkiem. Pogięło tak, że odgiąć się nie da. I nie wiecie pewnie też, że każdy kogo tak pogięło daży do stanu absolutnej Nirwany, która objawia się na ogródku nic nie robieniem. Ale u mnie zawsze coś jest - ścieżkę kamienną wypielić, filtr w oczku naprawić, skosić, przyciąć, pomalować, przesadzić etc, etc. Zawsze.

piaskownica

Aż do dziś. Dziś zamknąłem etap prac ogródkowych. Wychodzę, gapię się, oddycham i ze szczęśliwą gębą i błyskiem w oku wpadam w stan ekstazy. A ta się pojawia, gdy zerknę na lewy północno-zachodni kąt, gdzie brzoza od pradziadków i Dąb Hantek stoją, tam za pluskającymi się rybami pojawiła się i dziś wypełniła piaskiem piaskownica...

piaskownica

To jest ten ostatni, wieńczący element. A na koniec ciekawostka. W okolicach Warszawy bez kłopotu kupisz każde drzewo, krzak, bylinę, mech, czy inne wodne - wszystko co zielone a czasem czerwone, iglaste, liściaste, beziglaste i beliściaste. Kupisz też wszystkie rozmiary oczek, kamieni, ryb, fontanienek, krasnali... Ale nie kupisz piachu. Chyba, że trzy tony. Trzech wiader nigdzie nie sprzedają. Bo jak zamówisz tony trzy, to ci dopiszą za transport wywrotką, a tak sobie zabierzesz sam.

Nie pytajcie jak i gdzie się udało, źródła nie wyjawię.

piaskownica

PS: 13 czerwca i 17 lipca idziemy do 2 kolejnych ortopedów. Z waszego - bywalcy tegoż bloga - polecenia.

22:00, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009

- "To są światowe procedury postępowania w przypadku dysplazji i ja tak postępuję, i takie jest moje zalecenie";
- "Ja rozumiem, że rodzice będą szukać tak długo, aż znajdą ortopedę, który powie, że nie trzeba";
- "Nie wierzcie, że rehabilitacja to zastąpi, że wyleczy. Nic też nie wspomoże"
- "Wy odpowiadacie za to, co się teraz będzie dalej działo"

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

Fakty - 3 miesiące w tym, 2 tygodnie przygotowania/przyzwyczajenia, potem zdejmowanie tylko na kąpiel. Jak bardzo chcemy to jest inne urządzenie, wygodniejsze? Przyzwyczai się? NMG się spłakała. Mnie trochę mowę odjęło, bo jednak rozsądne to wszystko co usłyszałem, ale przekonany nie jestem. Pójdziemy do innego ortopedy, ale jak usłyszymy, że nie trzeba tegoż ustrojstwa, to co - odpuścimy?

No właśnie.

O wydarzeniu dużo bardziej spontanicznie przyjemnym niż wygięte giry - może kiedy indziej.

13:53, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (21) »
niedziela, 07 czerwca 2009

W poniedziałek rano idziemy do lekarza, zaraz-zaraz, którego to już w kolejnosci ortopedy? A... - czwartego. Bilans po krótce przypomnę: 1 - nie ma nic, 2 - podejrzenie dysplazji, 3 - zakuć w szyny, 4 - ? Ale ponoć ten 4 nie podważy słowa guru pani spod 3, bo jak ona zadecydowała o wstawieniu dziecka mniejszego w szynę Koszli, to tak ma być i już. Ja miałem od razu wątpliwości, Najwspanialsza Matka Globu raczej przyjęła postawę, że jak mus, to trudno - zakujemy. Ale po lekturze bloga zaczęły się pojawiać wpisy, komentarze i rady, większość w mailu, które generalnie utwierdzają nas w dwóch wrażeniach: a) nie wiemy co robić, b) tak łatwo córy w dyby nie oddamy.

maja, hania

Zacytuję za pozwoleniem jeden z maili:

Uważaj z szyną Koszli. Mnie też kazali to kupić, ale wtedy jeszcze żył profesor Koszla, wryłam się do niego i mnie wyśmiał. Znajdźcie DOBREGO lekarza, który nie protezuje na wszelki wypadek.
I mnie i mojego syna Koszla uratował przed własnym wynalazkiem, więc sprawdźcie to 100 razy czy małej faktycznie cokolwiek grozi. Koszla kazał zakładać bardzo luźne śpiochy i zapewniać max ruchu - samo się wyrobi (w sensie panewek). Się wtrącam, ale mam alergię na pakowanie w szynę przez głupie ortopedki - to plaga. Wyrzucili mnie z rejonu, bo kategorycznie odmówiłam założenia szyny bez konsultacji.

I dopisek w drugim liście:

Trochę mam misję, bo widziałam kilkoro dzieciaków z panewkami lepszymi niż nasze (mój RTG i młodego wyglądały identycznie), bez sensu unieruchomione. Koszla był OKROPNY, antypatyczny i wrzeszczący na matki, ale specjalista fantastyczny. Mój młody się załapał na jego ostatnie lata.

maja, hania

Druga rada pochodziła z wpisu tutaj gdzieś. Mówiła o metodzie rehabilitacji metodą Vojty. Podziękowałem, napisałem do NMG, ta wklikała gdzie trzeba i okazało się, że praktukująca w tej materii jest jej koleżanka ze studiów - uwaga, uwaga - kierunek rehabilitacja. Tak to pamięć człowiecza wybiórcza jest, że najprostrzych rozwiązań, czy też poprawniej - kierunków potencjalnych rozwiązań - nie dostrzega.

Dzięki temu blogowi nabraliśmy (tak mi się wydaje, że piszę w imieniu nas dwojga) głębokiego przekonania, że sprawę zamknięcia młodszej ikonki na 20 godz/dobę w tym czymś Koszli, co mam już w domu, ale fotografować nie chcę, bo wygląda ohydnie, nie jest jeszcze przesądzona. Że jeśli usłyszymy w poniedziałek, że zakuć Koszlą, to bierzemy zdjęcia bioderek, historię "choroby" (adekwatniej - podejrzenia dysplazji, która wydaje się, że się sama cofnęła... - to cytat z ortopedy nr 2 i słowa także guru spod 3) i jednocześnie ze stosowaniem w jakimś tam dopuszczalnym przez nasz zdrowy rozsądek wymiarze tejże szyny poszukamy rozwiązań innych - rehabilitacja, konsultacja z innymi ortopedami, itp.

I za te rady, słowa, doświadczenia bardzo dziekuję - bo pomagają jak cholera.

PS: A jutro o wydarzeniu dużo bardziej spontanicznie przyjemnym niż wygięte giry - na przekór o wyniku wizyty u ortopedy nr 4 poinformujemy jeno krótką informacją tekstową, bardzo krótką.

19:01, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 czerwca 2009

O, sklep otwarty był patrzcie. Pojechałem, wtargnąłem, nabyłem aparat Koszli, co się nazywa na opakowaniu Rozwórką tegoż Koszli, bo to o ile się nie mylę jest autor, władca patentu, profesor jakiś z akademii niechybnie medycznej i ortopedycznej. Jak to wygląda? Opakowanie ohydne. Celofan spięty tekturą, jak mój przyjacielski komentator po drugiej stronie biurka orzekł, bez zmysłu marketingowo pijarowskiego. W środku nie wiem co, bo nie rozpakowałem jeszcze, ale na zdjęciach w sieci wygląda na pałąk gumowy z taśmami. Cudo warte 70 zeta. Numer 3, co rozwarcia kąt symbolizuje.

maja

Największy z tym problem będziemy mieli, że pewnie ze trzy miesiące ma się w tym dziecko młodsze zaklinować (ale to dopiero na następnej wizycie zostanie ustalone...), a to będą te fajne miesiące czerwiec-lipiec-sierpień.No i trochę to sobie trudno wyobrazić. Ja stoję a nawet leżę na stanowisku, że jak dziecko będzie sobie chciało pobrykać na kocyku, to zdejmę w cholerę, wszak dwóch już ortopedów orzekło nieomylnie, że dysplazja wygląda, jakby się sama naprawiała. Najwspanialsza Matka Globu grozi stanowczym podejściem do sprawy. Zobaczymy.

Do tegoż czasu mamy inny problem. Ta co rózwórki nie używała zaczęła po nocy nam wędrować. Wstaje o dziwnych porach i z zamkniętymi gałami doczłapuje się do wyra rodzicieli i zalega. Najczęściej po pięciu minutach ktoś się z nas zwleka i odnosi ciało obłe Hanutowe do wyra jego, ale czasem nikt się nie zwleka i tak leżymy. Lunatykuje, czy jak? Dziś na ten przykład o 4.16 przyszła z nowym nocnikiem. Walnęła nim o podłogę i zaległa. Takie wędrówki-nocnikówki. Ma ktoś patent, jak to wyplenić? Nazwę ów patent Nocnikówką Kowalskiego, czy też innego, bo od nocy i od nocnika i żeby kojarzyło się z rozwórką i dość już na tym.

12:25, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 czerwca 2009

Na razie wiemy, że nasza najmłodsza na trzecie imię ma Dysplazja Zezowata. Nie jest też wykluczone, że Szczerbata, ale to się dopiero może okazać. Ale paranoja dotarcia do informacji, że jednak to coś, co było podejrzeniem, jest jednak jakimś tam zwyrodnieniem, jest porażająca.

W skrócie: 1) Po 6 tygodniach obowiązkowa wizyta u ortopedy. Bez negatywów. Dopytujemy o USG, bo słyszeliśmy, że konieczne. Nie, nie jest wcale konieczne. 2) Druga wizyta kontrolna. Podejrzenie. Opieprz za brak USG. 3) U tegoż samego lekarza w szpitalu (a nie prywatnej przychodni) dowiadujemy się, że na drugim USG jest lepiej. Wygląda, jakby dysplazja kiedyś była, ale się siłą natury (Majki) cofnęła. Ale pewności nie ma, wciąż podejrzenie, więc... 4) badanie RTG. Trzymamy małą jak w imadle, ona się śmieje, ale ani drgnie. Opis badania - boskie bioderka, czyli - "obraz stawów biodrowych prawidłowy". 5) ten sam lekarz stwierdza, że wiadomości dużo lepsze, ale dla pewności prosi o wizytę następnego dnia rano u guru kliniki. 6) Guru kliniki dziś rano rzuciła okiem na RTG opisane jako "prawidłowe" i powiedziała, że dysplazja. I do tego źle zdjęcie zrobione, bo się ruszała, wierzgała, krzywo była (puk, puk, puk w czoło). Żadnych "ale". - Czy pani jest lekarzem? - to odpowiedź na pytanie jak to możliwe, że inni... Wysyła do sklepu w szpitalu po aparat, który krzywe giry będzie trzymał w odpowiedniej, korygującej pozycji i formie. 7) Sklep zamknięty. Guru odsyła więc do poniedziałku. Trzeba pojechać, kupić, pójść pod gabinet, wejść z dzieckiem, to guru pokaże jak się zakłada i na ile. Na razie tego nie wiemy.

hania, nogi

Ot, polska służba zdrowia. Założymy jej oczywiście ten aparat, szelki, czy też szyny, bo nie wiemy po tylu wizytach co jeszcze, i na ile będzie trzeba. I okulary też, i aparat na zęby też.

PS: Zdjęć bioderek nie mamy, bo nam zabrali, więc nawet pochwalić się nie możemy... To inne, od czapy, ale ładne.

18:59, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (5) »