MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
środa, 10 czerwca 2009

@zmiletu: "Trzymam kciuki za mamę, bo na ile się znam na byciu mamą, to pewnie jeszcze to gorzej znosi niż Mała" - to oczywiście do owych zmagań z szyną Koszli komentarz. Święta racja. Dziś strzeliliśmy prawie 10 godz., prawie bo histeria przed snem była, już ze zmęczenia i złości i odpuściliśmy. I się pokłóciliśmy. Warknąłem, pysknęłem, obraziłem, bo trochę jednak nerwów jest i puszczają, co usprawiedliwieniem nie jest. Nam obojgu. Poszła do sklepu, jak wróci uściskam Najwspanialszą Matkę Globu. Koniec wywlekania i obnażania się na blogu na razie.

piaskownica

Z fajnych wydarzeń to dziś Majka zadebiutowała w szynie w samochodziku. Tzn. w foteliku w aucie. I w ogóle w ciągu dnia to luz. Zasypia w wózku na ogródku, zasypia w wózku w pokoju Hanuty, nawet bawi się na leżaka z tym ustrojstwem. Założyliśmy to o 7, więc 10 godzin do 20 to dużo. Tylko trzy godziny (nie na raz) przerwy.
Inna fajna rzecz jest taka... zaraz, zaraz. Ale wy o tym przecie możecie nie wiedzieć, że ja mam pierdolca nie tylko na punkcie dzieci i żony swej? Jeszcze mnie pogięło z ogródkiem. Pogięło tak, że odgiąć się nie da. I nie wiecie pewnie też, że każdy kogo tak pogięło daży do stanu absolutnej Nirwany, która objawia się na ogródku nic nie robieniem. Ale u mnie zawsze coś jest - ścieżkę kamienną wypielić, filtr w oczku naprawić, skosić, przyciąć, pomalować, przesadzić etc, etc. Zawsze.

piaskownica

Aż do dziś. Dziś zamknąłem etap prac ogródkowych. Wychodzę, gapię się, oddycham i ze szczęśliwą gębą i błyskiem w oku wpadam w stan ekstazy. A ta się pojawia, gdy zerknę na lewy północno-zachodni kąt, gdzie brzoza od pradziadków i Dąb Hantek stoją, tam za pluskającymi się rybami pojawiła się i dziś wypełniła piaskiem piaskownica...

piaskownica

To jest ten ostatni, wieńczący element. A na koniec ciekawostka. W okolicach Warszawy bez kłopotu kupisz każde drzewo, krzak, bylinę, mech, czy inne wodne - wszystko co zielone a czasem czerwone, iglaste, liściaste, beziglaste i beliściaste. Kupisz też wszystkie rozmiary oczek, kamieni, ryb, fontanienek, krasnali... Ale nie kupisz piachu. Chyba, że trzy tony. Trzech wiader nigdzie nie sprzedają. Bo jak zamówisz tony trzy, to ci dopiszą za transport wywrotką, a tak sobie zabierzesz sam.

Nie pytajcie jak i gdzie się udało, źródła nie wyjawię.

piaskownica

PS: 13 czerwca i 17 lipca idziemy do 2 kolejnych ortopedów. Z waszego - bywalcy tegoż bloga - polecenia.

22:00, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009

- "To są światowe procedury postępowania w przypadku dysplazji i ja tak postępuję, i takie jest moje zalecenie";
- "Ja rozumiem, że rodzice będą szukać tak długo, aż znajdą ortopedę, który powie, że nie trzeba";
- "Nie wierzcie, że rehabilitacja to zastąpi, że wyleczy. Nic też nie wspomoże"
- "Wy odpowiadacie za to, co się teraz będzie dalej działo"

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

maja, szyna, aparat, rozwórka koszli

Fakty - 3 miesiące w tym, 2 tygodnie przygotowania/przyzwyczajenia, potem zdejmowanie tylko na kąpiel. Jak bardzo chcemy to jest inne urządzenie, wygodniejsze? Przyzwyczai się? NMG się spłakała. Mnie trochę mowę odjęło, bo jednak rozsądne to wszystko co usłyszałem, ale przekonany nie jestem. Pójdziemy do innego ortopedy, ale jak usłyszymy, że nie trzeba tegoż ustrojstwa, to co - odpuścimy?

No właśnie.

O wydarzeniu dużo bardziej spontanicznie przyjemnym niż wygięte giry - może kiedy indziej.

13:53, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (21) »
niedziela, 07 czerwca 2009

W poniedziałek rano idziemy do lekarza, zaraz-zaraz, którego to już w kolejnosci ortopedy? A... - czwartego. Bilans po krótce przypomnę: 1 - nie ma nic, 2 - podejrzenie dysplazji, 3 - zakuć w szyny, 4 - ? Ale ponoć ten 4 nie podważy słowa guru pani spod 3, bo jak ona zadecydowała o wstawieniu dziecka mniejszego w szynę Koszli, to tak ma być i już. Ja miałem od razu wątpliwości, Najwspanialsza Matka Globu raczej przyjęła postawę, że jak mus, to trudno - zakujemy. Ale po lekturze bloga zaczęły się pojawiać wpisy, komentarze i rady, większość w mailu, które generalnie utwierdzają nas w dwóch wrażeniach: a) nie wiemy co robić, b) tak łatwo córy w dyby nie oddamy.

maja, hania

Zacytuję za pozwoleniem jeden z maili:

Uważaj z szyną Koszli. Mnie też kazali to kupić, ale wtedy jeszcze żył profesor Koszla, wryłam się do niego i mnie wyśmiał. Znajdźcie DOBREGO lekarza, który nie protezuje na wszelki wypadek.
I mnie i mojego syna Koszla uratował przed własnym wynalazkiem, więc sprawdźcie to 100 razy czy małej faktycznie cokolwiek grozi. Koszla kazał zakładać bardzo luźne śpiochy i zapewniać max ruchu - samo się wyrobi (w sensie panewek). Się wtrącam, ale mam alergię na pakowanie w szynę przez głupie ortopedki - to plaga. Wyrzucili mnie z rejonu, bo kategorycznie odmówiłam założenia szyny bez konsultacji.

I dopisek w drugim liście:

Trochę mam misję, bo widziałam kilkoro dzieciaków z panewkami lepszymi niż nasze (mój RTG i młodego wyglądały identycznie), bez sensu unieruchomione. Koszla był OKROPNY, antypatyczny i wrzeszczący na matki, ale specjalista fantastyczny. Mój młody się załapał na jego ostatnie lata.

maja, hania

Druga rada pochodziła z wpisu tutaj gdzieś. Mówiła o metodzie rehabilitacji metodą Vojty. Podziękowałem, napisałem do NMG, ta wklikała gdzie trzeba i okazało się, że praktukująca w tej materii jest jej koleżanka ze studiów - uwaga, uwaga - kierunek rehabilitacja. Tak to pamięć człowiecza wybiórcza jest, że najprostrzych rozwiązań, czy też poprawniej - kierunków potencjalnych rozwiązań - nie dostrzega.

Dzięki temu blogowi nabraliśmy (tak mi się wydaje, że piszę w imieniu nas dwojga) głębokiego przekonania, że sprawę zamknięcia młodszej ikonki na 20 godz/dobę w tym czymś Koszli, co mam już w domu, ale fotografować nie chcę, bo wygląda ohydnie, nie jest jeszcze przesądzona. Że jeśli usłyszymy w poniedziałek, że zakuć Koszlą, to bierzemy zdjęcia bioderek, historię "choroby" (adekwatniej - podejrzenia dysplazji, która wydaje się, że się sama cofnęła... - to cytat z ortopedy nr 2 i słowa także guru spod 3) i jednocześnie ze stosowaniem w jakimś tam dopuszczalnym przez nasz zdrowy rozsądek wymiarze tejże szyny poszukamy rozwiązań innych - rehabilitacja, konsultacja z innymi ortopedami, itp.

I za te rady, słowa, doświadczenia bardzo dziekuję - bo pomagają jak cholera.

PS: A jutro o wydarzeniu dużo bardziej spontanicznie przyjemnym niż wygięte giry - na przekór o wyniku wizyty u ortopedy nr 4 poinformujemy jeno krótką informacją tekstową, bardzo krótką.

19:01, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 czerwca 2009

O, sklep otwarty był patrzcie. Pojechałem, wtargnąłem, nabyłem aparat Koszli, co się nazywa na opakowaniu Rozwórką tegoż Koszli, bo to o ile się nie mylę jest autor, władca patentu, profesor jakiś z akademii niechybnie medycznej i ortopedycznej. Jak to wygląda? Opakowanie ohydne. Celofan spięty tekturą, jak mój przyjacielski komentator po drugiej stronie biurka orzekł, bez zmysłu marketingowo pijarowskiego. W środku nie wiem co, bo nie rozpakowałem jeszcze, ale na zdjęciach w sieci wygląda na pałąk gumowy z taśmami. Cudo warte 70 zeta. Numer 3, co rozwarcia kąt symbolizuje.

maja

Największy z tym problem będziemy mieli, że pewnie ze trzy miesiące ma się w tym dziecko młodsze zaklinować (ale to dopiero na następnej wizycie zostanie ustalone...), a to będą te fajne miesiące czerwiec-lipiec-sierpień.No i trochę to sobie trudno wyobrazić. Ja stoję a nawet leżę na stanowisku, że jak dziecko będzie sobie chciało pobrykać na kocyku, to zdejmę w cholerę, wszak dwóch już ortopedów orzekło nieomylnie, że dysplazja wygląda, jakby się sama naprawiała. Najwspanialsza Matka Globu grozi stanowczym podejściem do sprawy. Zobaczymy.

Do tegoż czasu mamy inny problem. Ta co rózwórki nie używała zaczęła po nocy nam wędrować. Wstaje o dziwnych porach i z zamkniętymi gałami doczłapuje się do wyra rodzicieli i zalega. Najczęściej po pięciu minutach ktoś się z nas zwleka i odnosi ciało obłe Hanutowe do wyra jego, ale czasem nikt się nie zwleka i tak leżymy. Lunatykuje, czy jak? Dziś na ten przykład o 4.16 przyszła z nowym nocnikiem. Walnęła nim o podłogę i zaległa. Takie wędrówki-nocnikówki. Ma ktoś patent, jak to wyplenić? Nazwę ów patent Nocnikówką Kowalskiego, czy też innego, bo od nocy i od nocnika i żeby kojarzyło się z rozwórką i dość już na tym.

12:25, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 czerwca 2009

Na razie wiemy, że nasza najmłodsza na trzecie imię ma Dysplazja Zezowata. Nie jest też wykluczone, że Szczerbata, ale to się dopiero może okazać. Ale paranoja dotarcia do informacji, że jednak to coś, co było podejrzeniem, jest jednak jakimś tam zwyrodnieniem, jest porażająca.

W skrócie: 1) Po 6 tygodniach obowiązkowa wizyta u ortopedy. Bez negatywów. Dopytujemy o USG, bo słyszeliśmy, że konieczne. Nie, nie jest wcale konieczne. 2) Druga wizyta kontrolna. Podejrzenie. Opieprz za brak USG. 3) U tegoż samego lekarza w szpitalu (a nie prywatnej przychodni) dowiadujemy się, że na drugim USG jest lepiej. Wygląda, jakby dysplazja kiedyś była, ale się siłą natury (Majki) cofnęła. Ale pewności nie ma, wciąż podejrzenie, więc... 4) badanie RTG. Trzymamy małą jak w imadle, ona się śmieje, ale ani drgnie. Opis badania - boskie bioderka, czyli - "obraz stawów biodrowych prawidłowy". 5) ten sam lekarz stwierdza, że wiadomości dużo lepsze, ale dla pewności prosi o wizytę następnego dnia rano u guru kliniki. 6) Guru kliniki dziś rano rzuciła okiem na RTG opisane jako "prawidłowe" i powiedziała, że dysplazja. I do tego źle zdjęcie zrobione, bo się ruszała, wierzgała, krzywo była (puk, puk, puk w czoło). Żadnych "ale". - Czy pani jest lekarzem? - to odpowiedź na pytanie jak to możliwe, że inni... Wysyła do sklepu w szpitalu po aparat, który krzywe giry będzie trzymał w odpowiedniej, korygującej pozycji i formie. 7) Sklep zamknięty. Guru odsyła więc do poniedziałku. Trzeba pojechać, kupić, pójść pod gabinet, wejść z dzieckiem, to guru pokaże jak się zakłada i na ile. Na razie tego nie wiemy.

hania, nogi

Ot, polska służba zdrowia. Założymy jej oczywiście ten aparat, szelki, czy też szyny, bo nie wiemy po tylu wizytach co jeszcze, i na ile będzie trzeba. I okulary też, i aparat na zęby też.

PS: Zdjęć bioderek nie mamy, bo nam zabrali, więc nawet pochwalić się nie możemy... To inne, od czapy, ale ładne.

18:59, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 czerwca 2009

Tytuł odzwierciedla samopoczucie, więc jak ktoś delikutaśny, to niech nie czyta. Pan ortopeda opierdzielił szanowną małżonkę (NMG) za nas dwoje, że nie zrobiliśmy dziecku młodszemu USG. A on zrobił i widzi podejrzenie dysplazji*. Prorok. Co prawda nie widzi tego na 100 proc. więc okazał wielkoduszność i kazał przyjść w środę do siebie, ale w inne miejsce, gdzie ma aparat co prawda starszy, ale ponoć lepszy. No to zaczynamy ganianie kolejne z Majką, tym razem nie z płucami i nie z krwią, ale z kończynami koślawymi, a pod koniec roku jeszcze tego wspomnianego zeza trzeba będzie skontrolować. No jak tak wyliczam, to tylko się powiesić, jak nie urok to sraczka, wadliwy model, wziąć się i pozbyć, sprzedać do adopcji gdzieś zagranicę, niech się bogaci Belgowie opiekują.

Kto nie zrozumiał - to był sarkazm wytworzony w atmosferze próżni humorowej.

Wziął i opierdzielił, bo Najwspanialsza Matka Globu w wieku prawie chodzącym miała dysplazję i nic nie powiedziała (lekarzom), a ojciec miał chorobę Perteza (ch... wie jak się to pisze) i kuśtykał, i gira mu się skręcała i skracała, i w szynach łaził do 6-go (?) roku życia. No i zdaniem szanownego pana doktora niezrobienie USG w 1 miesiącu pani Mai to był nasz karygodny błąd, wziął postraszył i teraz mamy wióry we łbie.

Tylko, że k... byliśmy u kilku lekarzy i o badanie USG bioder pytaliśmy nie raz, i ze dwa razy usłyszeliśmy, że nie ma powodu i że nie ma po co, i raz to mówił ortopeda, a raz pediatra. Zresztą nie jesteśmy wyjątkiem. Przyjaciele sąsiedzi poszli ze zdjęciem bioder do ortopedy, który im powiedział, że obraz prawidłowy, a kolejny powiedział, że nieprawidłowy, a jeszcze kilku przed tymi dwoma mówiło (bez zdjęcia), że samo przejdzie.

Może ja jestem przewrażliwiony, a może lekarze są przewrażliwieni, a może niedouczeni? Może wreszcie należy włożyć między bajki mit, że polski lekarz bez sprzętu i bez dobrze wyposażonej uczelni właśnie dlatego jest wybitny w swoim fachu, że musi polegać jeno na ręce i oku? A może to g... prawda? Może wcale ci nasi lekarze nie są tacy wybitni, co? I maskując niewiedzę, niepewność, niekompetencję, odsyłają do kolejnych specjalistów, na kolejne badania, robią konsylia, nic nie stwierdzają, ale wszystko podejrzewają? I napędzają spiralę histerii, napędzają tłumy znerwicowanych rodziców do przychodni, internet robi swoje, i te pseudo lekarskie strony, i te skumulowane fora matczyno-ojcowskich lęków.

Oczywiście nie wszyscy, oczywiście nie można generalizować, oczywiście nie należy bagatelizować, więc pojedziemy do szpitala i sprawdzimy giry, sprawdzimy zeza, sprawdzimy krew i co tam jeszcze wyjdzie. A ta poniżej, wiecie co - Boże święty, Matko Bosko, Jezusie przenajświętszy, ONA TEŻ NIE MIAŁA ZROBIONEGO USG!!! K...a!!! I chodzi.

hania, nogi

*Dysplazja stawu biodrowego (dysplasia coxae congenita, hip dysplasia) – wada wrodzona stawu biodrowego o nie do końca poznanej etiologii, polegająca na niedorozwoju panewki stawowej; jedna z najczęstszych wad wrodzonych spotykanych w populacji europejskiej, częściej u noworodków płci żeńskiej.

Źródło: Wiki, przeklejone do miliona pseudo - lekarskich stron.

22:59, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »

Dziś najkrócej jak potrafię. Smutny mail odebrałem rano. Z przedszkola. Oto treść. Krótka:

"Uwaga!!!
Z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych, planowana w dniu 03.06.2009r. wycieczka kolejką wąskotorową, została odwołana.

Wycieczka ta odbędzie się we wrześniu (brak wcześniejszych terminów).
Serdecznie przepraszamy za wynikłe zmiany".

W ramach pocieszenia planuję: a) zabawy i gry planszowe w domu; b) zajęcia z opieki nad małym dzieckiem, c) skręcanie piaskownicy i jej wkopywanie, d) wycieczkę do miasta autobusem, e) przytachanie wora piachu do piaskownicy, albo i dwóch, f) milczenie w sprawie przedszkolnej wycieczki do kolejki i owego autokaru.

maja, hania, mleko, wycieczka, opieka, dziecko, ojciec, raj

15:16, bartosz.raj , Żłobkowo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009

Nie będę pisał o dniu dziecka, bo co to za dzień dziecka, który zaczął się w niedzielę, a skończy w środę. Albo jeszcze lepiej - wszak dobry rodzic powinien twierdzić, że dzień dziecka jest codziennie, więc jakie tam święto, o co tyleż hałasu? No dobra - była biba na włościach familijnych, dziś do pracy przyszła paka z Allegro, a w niej poskładana (chyba na bardzo, bardzo drobne części...) drewniana piaskownica, ale de facto najszczęśliwszy dzień w roku, iście świąteczny, starsza ikonka moja przeżyje w środę w przedszkolu.

Hania, bański, dzień dziecka, ojca, raj

Tegoż dnia z okazji wiadomo jakiej pod przedszkole podjedzie autokar, dzieci usiądą (nie mam wątliwości, że Hanuta obok narzeczonego Milana - patrzcie na PS1) i odjadą jakieś kilometry trzy do podwarszawskiej dziury miastem zwanej, gdzie zabytkowa kolejka popiernicza. Tą kolejką pojadą pętelkę i wylądują na ognisku, gdzie zamiast przedszkolnego żarła będzie biwakowa kiełbasa z patyka (nie mam wątpliwości, że to akurat nie będzie najbardziej wyczekiwany moment wycieczki - ale i tak jest lepiej, patrzcie na PS2).
I co w tym sensacyjnego? A no wstyd sie przyznać. Oj wstyd. Bo łatwo pooceniacie i za zwyrodnialca uznacie, za niegodnego miana i roli ojca, za karła, który wyżej dupę ma niż... wiadomo co. Zrobię więc pauzę, żeby odwagi nabrać, przed tym coming outem.

[pauza]

hania, maja, ojciec, raj

[pauza]

Bo Hania (zreszta Maja też, ale ta ma 5 miesięcy od wczoraj, a Hania niedługo 3 lata) jeszcze nigdy nie jechała autobusem, kolejką, tramwajem czy metrem. Nigdy. Ze środków transportu zna tylko wózek, hulajnogę, rowerek, taczkę i samochód. I kiedyś jak oglądała jakąś ogłupiającą zapewne bajkę błagalnym głosem i niemal ze łzami w oczach poprosiła: "Tatusiu, pojedziemy autobusem?".

Jakaż ona będzie teraz szczęśliwa! A ja składam z okazji dnia dziecka przysięgę. W ciągu miesiąca wsiąść do 709, podjechać do metra Wilanowska, wysiąść na stacji Politechnika, złapać tramwaj do centrum i wrócić stamtąd taksówką do domu. Dla mojej kochanej blondyneczki wszystko.

PS1. Pytam Hanutę kim jest Milanek. "Gościem" odpowiedziała wspominając wizytę. I kim jeszcze - dociekam - narzeczonym? "Tak!". A całujesz go w taki sposób? - insynuuję i cmokam córę w policzek. "Nie! (kategoryczne). Tak całuję Milanka..." - i dostałem mokrego całusa prosto w usta. Hmmmmmm. 2 lata, 10 miesięcy i 12 dni...

PS2. Dziś z jadłospisu wprzedszkolu stało, że zupa jarzynowa z makaronem i ryżyk z gulażem drobiowym. Wróciłem do domu i mówię, że hanuta ma szansę zjeść wszystko. Ciocia przy odbiorze aż wyskoczyła do NMG: Zjadła wszystko, zjadła wszystko - krzyczała. Wniosek: dziecko nie świnia, je co lubi, a nie co dają.

22:15, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009

Wszyscy dopytują, co dziecko starsze wydeklamowało, jak w przedszkolu matkę zobaczyło 26 maja. A deklamowało tak, że i matka jej, i moja matka i parę innych osób łzy w gałach miało, do czego się przyznało. A że wzruszenie pamięć zmuliło, więc ściągę przedstawiam:

Mamo, mamo coś ci dam,
jedno serce, które mam.

A w tym sercu same róże,
żyj mamusiu jak najdłużej.

Wszystko w tonacji deklamowanych apeli wczesnego PRL-u. Krótkie, zwarte, treściwe, kochane. Doznanie bezcenne.

PS: A młodsza ma na razie święto matczyne głoboko w poważaniu.

mama, dzień matki, córka, ojciec, raj

Żeby nie było wątpliwości. Moja córka ma 2 lata, 10 miesięcy i 10 dni. I ma chłopaka. Przyjaciela. Przyjaciel ma 2 lata 8 miesięcy i pewnie kilka dni. Mieszka rzut beretem - klatka obok. Chodzili razem do żłobka, teraz, od trzech tygodni chodzą razem do "wakacyjnego" przedszkola. I są nierozłączni.

Milan, Hania, Hanuta, ojca, raj, przyjaciel

To jest ten sam chłopczyk, który kiedyś się przystawiał zbyt nachalnie w żłobku i został ugryziony (cytuję relację żłobkowych cioć), co wywołało ostrą reprymendę prawnych opiekunów córy mojej, czyli moją i Najwspanialszej Matki Globu. Dziś o aktach przemocy nie może być mowy (to zadrapanie sprzed tygodnia, to podobno Hania mu niechcący zrobiła...). Mało tego, okoliczności zawodowe spowodowały, że dni parę temu Hanuta miała okazję zaprosić Milana do siebie. Działo się wiele, oj wiele.

Wrócili razem z przedszkola nie puściwszy się za rękę nawet na sekundę. Ostatnią prostą do domu pokonali biegnąc i turlając się po trawie, przy czym papugowali po sobie rodziaj fikołków. W domu Milan pokazał Hance jak się je naleśnika z dżemem, co wielkiego zainteresowania naszej ikonki nie wzbudziło, poza samym dżemem. Wzbudziło jej zainteresowanie natomiast robienie siusiu, bo córa moja z radością odkryła, że Milanek umie tak, jak jej tata. Właśnie, nie mówiła do niego inaczej niż "Milanku", dała mu wszystkie, wszystkie - powtórzę, żeby znów ból poczuć - wszystkie zabawki, a po kilku godzinkach wspólnego baraszkowania położyli się obok siebie na kanapie i lekko odpłynęli oglądając bajki.

Sielanka prawda? Słodkie prawda? Otóż nic podobnego. Z mojej córki pomiędzy tymi miłości pełnymi gestami wysunął potwór. Tyran. Kat i dyktator. Milankowi nie pozwalała ruszyć się samemu o krok. Bujał się, kiedy ona chciała go bujać, bujał ją, kiedy ona chciała się bujać, wrzeszczała "stop", kiedy miał przestać, jak szedł w lewo, łapała go i ciągnęła w prawo, nawet banana jedli na jej komendę. Napiszę szczerze, po kilku takich razach byłem na nią zły, określiłem nawet, że zachowuje się beznadziejnie źle.

A wszystkie te rozkazy wydawała takim tonem jak... my czasami do niej mówimy. Słodkie, ale stanowcze, na pograniczu cierpliwości. "Zjedz", "Sprzątnij", "Umyj ręce". I tak naprawdę dlatego jestem zły na siebie.

15:06, bartosz.raj , Żłobkowo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 maja 2009

Mam nadzieję, że znajomi się nie obrażą. Bez podawania nazwisk, historia, która mnie osobiście poraża, bo okoliczności, że się tak wyrażę fizjologiczno-porodowe objawowo identyczne, jak Najwspanialsza Matka Globu przy wypychaniu na świat Hanki.

Rok 2009, 21 maja, blisko północy, Warszawa. Odchodzą wody. Para gna do szpitala, w którym wcześniej oglądała sale porodowe. Po północy dowiadują się, że należy rozpocząć poród, bo przecież wody odeszły, ale nie w tym szpitalu - bo jest pięć sal, każda zajęta i to we wstępnej fazie, dwie osoby przyjechały co prawda po nich, ale że tak powiem z dziećmi bliżej wyjścia, niż ich. A więc telefony.

22 maja, ok. godz 1 w nocy. Karetka wiezie mamę do szpitala. Szpitala - żeby nie nazywać - 6-7 wyboru. Inne też nie miały miejsc. Mama trafia wreszcie na salę porodową, z dwoma łóżkami. Tata wpada za karetką samochodem. Stres jest już wielki.

Ok. godz. 12-14. Rozwarcia brak, albo minimalne, oksytocyna, skurcze coraz bardziej bolesne, matka coraz bardziej słaba i zniechęcona. Prosi o znieczulenie. W tym szpitalu go jednak nie dostanie. Anestezjolog jest na telefon, a w piątek, po godz. 14, generalnie nie odbiera telefonu, bo - zacytuje tatę - "za 600 zł mu się nie opłaca". Tata słusznie pyta, czy jak będzie konieczna cesarka, to też nie będzie znieczulenia. Nie - wtedy będzie. Zejdzie lekarz szpitalny, etatowy. Ale on nie może zrobić znieczulenia na życzenie, takie zasady.

Ok. godz. 16 - po godzinie snu nafaszerowana lekami przeciwbólowymi mama budzi się i wreszcie ma jakieś rozwarcie. Po trzech godzinach walki rodzi córeczkę. Traci przytomność po porodzie dwukrotnie, jest podnoszona z podłogi, ma przetaczaną krew, bo za dużo jej straciła. Dziś córeczka jest gotowa do powrotu do domu, mama jeszcze nie.

Piszę, nie dlatego, żeby oburzyć się, że ktoś urodził bez znieczulenia, czy też, że musiał rodzić na dwuosobowej sali, ale zdziwiony tym, że nie można w dużym mieście z kilkunastoma szpitalami o znieczulenie poprosić. Zdziwiony tym, że nie ma nawet w stolicy tego kraju sytuacji, że każda mama rodzi tam gdzie chce, wybiera miejsce i sposób. Słowa taty po trzech dniach od porodu są znamienne: Nic nie było tak jak sobie wymarzyliśmy. A powinno być zawsze.

Moja NMG rodziła Hanię 24 godziny - wody odeszły o 7 rano, Hania urodziła się o 7.16 następnego dnia, 19 lipca 2006 r. Rodziliśmy w tym szpitalu, który nie miał miejsca dla pary opisanej powyżej. Rodziliśmy w sali rodzinnej - ja, ona, łóżko, prysznic, fotel. Dostała dwukrotnie znieczulenie. Gdy mój ojciec zobaczył zdjęcie mojej żony zrobione o godz. 9, półtorej godziny po porodzie, zapytał, czy fotografia sprzed porodu jeszcze. Ot, różnica. Dlatego o tym co powyżej, zdecydowałem się napisać, bo chyba nie do końca wszystko było "w normie".

PS.Mniej poważnie, bardziej sportowo - tutaj.

21:20, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (14) »
niedziela, 24 maja 2009

Czy ja już kiedyś tego nie obtrąbiłem? I czy było to już z Majtkiem, czy jeszcze z Hantkiem? Ale wypociny, te potocznie blogiem zwane zaczęły się, kiedy dziecko moje starsze, było na tyle starsze, że pełna noc przespana była już jego udziałem wielokrotnym, gdy skrobać począłem. Więc mam jakieś dziwne de ja vu i wyrwać się z niego nie mogę.

majtek, majka, wyspana, oiciec, raj

PS: Olce i Wojtkowi gratulujemy ZOŚKI.

No wiec wczorajszej sobotniej nocy, jakże to ładnie wybrany termin - kiedy ojciec do pracy zrywać się nie musi, a Najwspanialsza Matka Globu nie wprowadza nerwówki w poczynaniach, bo do przedszkola na 9 zaprowadzić trzeba Hantka, no i straciłem wątek... No więc wczorajszej sobotniej nocy Majtek walnęła butlę tysiąc dwieście pierwszą chyba i o godz. 21 zasnęła (zresztą teraz jest 20.56 i też kima właśnie). Obudziła się - uwaga, uwaga, uwaga- o 5 rano. Osiem godzin bez przerwy tego snu. Czy uważacie, że można to nazwać przespaną nocą? (ideałem byłoby do 7, ale cóż).

PS: Olce i Wojtkowi gratulujemy ZOŚKI.

Jeśli tak, to domagamy się powtarzalności. Co prawda mamy pewne podejrzenia, że a) szum maszyny zarazy wybijającej podziałał narkotyzująco; b) oranżadowe piwo desperado z bąbelkami, które fruwały w powietrzu i może wpadły w nozdrza Majtka i ukoiły dodatkowo. Dziś też desparado się chłodzi, maszynę zaraz zapuszczę, desperacko bowiem domagamy się powtarzalności!

PS: Olce i Wojtkowi gratulujemy ZOŚKI. 3200, ur. 22 maja. Brawo mama, brawo tata. A teraz nieprzespane nocki, na zdrowie.

czwartek, 21 maja 2009

"Zezujesz, turli-turli-turli. No troszkę zezujesz, a-gu-a-gu-a-gu" - pani doktor, naprawdę miła i fachowa kobieta, w trakcie wykonywania pracy tak rzekła do nas. Powiedziała to dziś w obecności ojca, który wziął i w sumie z trzema czwartymi częściami rodziny wybrał się na szczepienie najmłodszego elementu familii Raj, w czasie gdy starszy element w przedszkolu łobuzikował. Ale hasło "zezulec" pojawił się w gabinecie już dwa tygodnie temu, kiedy do szczepienia nie doszło, bo było dwa dni za wcześnie. I od tamtej pory patrzę Majtkowi głęboko w oczy.

majka, zez, ojciec, raj

Wiecie jak jest. Tyjesz, spodnie na dupę nie włażą, w koszuli trzaskają guziki, z wanny wylewa się woda, lustro nie obejmuje mordeczki a'la Kamiński, a ty ciągle myślisz, że trzymasz ślubną linię. Aż ktoś nie zapyta: "Przytyłeś trochę?" No i wgapiasz się w lustro i widzisz: oponki, podwójny podbródek, tłustawe łydki, fałdki.
To samo, a raczej nie to samo jest z Majtkiem. Bo zanim doktor nie powiedziała, to my zeza nie widzieliśmy, więc go nie było. A jak powiedziała, to ojciec gapi się i gapi i ciągle wydaje mu się, że gały najmłodszej jakieś takie przekrzywione.

majka, zez, ojciec, raj

Najwspanialsza Matka Globu też patrzy w gały, ale jakby mniej pod kątem zeza, a bardziej szukając oznak narastającego głodu. Ja do niej dziś zarzuciłem: - No tak, lewe oko jakby trochę do środka. A ona mnie strząsnęła na ziemię: - Doktor mówiła, że prawe. I mógłby to być morał, gdyby nie to, że mam lepszy.



majka, zez, ojciec, raj

Moja NMG kochana ma wielki nos, wielki taki, że jakbym ją do łajby wsadził, to mogłaby za ster robić, a idąc gdziekolwiek ustawiamy się tak, żeby wiatr w nozdrza złapała i zasuwamy. A wiecie od kiedy uważam, że ma nos wielki jak wskazówka zegara na Pałacu Kultury? Jak mi się na ten nos swój poskarżyła po kilku miesiącach starań (intensywnych) o Hanutę.

majka, zez, ojciec, raj

Wiecie co? Dziś zauważyłęm, że ona też ma zeza! To jak ma Majka nie mieć!

PS: Majtek zezowaty 7140 g, a więc podwojenie wagi nastąpiło już w zeszłym tygodniu, jak nic u babci.

21:32, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 maja 2009

Myślałem, że częściej będę korzystał z szablonu notki blogowej o tytule "o różnicach". Bałem się nawet kiedyś, że o tych różnicach między córami mymi będę pisał non-stop. Bałem się, że będę oceniał i waluował - ta lepsza, ta gorsza, ta grzeczniejsza, ta niegrzeczniejsza, ta większa, ta mniejsza, ta mądrzejsza, ta mądrzejsza inaczej. Ale nic takiego się nie stało. Może dlatego, że obie są najwspanialsze, a może dlatego, że różni je tak wiele, że musiałbym chyba osobnego bloga sieknąć. No, ale tym razem zostałem zmuszony do formy "o różnicach" powrócić. Bo o jedzeniu nigdy dość.

sielanka, ogórdek, bez, maja, ojciec, raj

Fakty czytelnikom tychże wypocin zapewne znane są takie, ża Hanuta starsza to niejadek z wyjątkami (niedawna wizyta u babci - dla nas przełom w jedzeniu, ale dla babci z braku pewnego punktu odniesienia podejrzewam odczucie niedosytu). Powtórzę jak mantrę, że Hanuta je mleko, parówkę, bułkę, mielonkę i mleko. No i jabłka, po tatusiu. Zupy ma zazwyczaj (w domu) wciskane. Teraz je w przedszkolu (podobno) i po wizycie u babci chętniej też w domu (dziś makaron zapiekany na maśle z jajem), ale do stwierdzenia, że prawie trzyletnie dziecko je NORMALNIE jeszcze droga daleka. Ponadto z czasów zamierzchłych pamiętamy z NMG, że niechęć ikonki starszej do ssania spowodował, że praktycznie nie była karmiona z cyca. I tak dobrneliśmy do tego "o różnicach".

Mała ikonka Majtkiem zwana ssie jak trąba powietrzna, oczywiście - charakterek po rodzicach - kiedy chce. Więc gdy weszła wierzgając w 4 miesiąc życia leżącego zażądała zwiększenia racji butelkowych, cycka przerzucając na nocne pasienie. Teraz próbujemy z daniami słoikowymi. No i jak się domyślacie Hania z tychże najbardziej lubiła a) zupę brokułową, b) śliwki, koniec listy. Maja zaś wczoraj poryczała się i zrobiła dziką awanturę Najwspanialszej Matce Globu, gdy ta śmiała przystopować żarcie po pochłonięciu połowy słoika marchwi z ryżem czy też innej papki. Obłęd jakiś, łapię sie na tym, że patrzę na nią (córkę, nie zonę), jak na cyborga jakiegoś. Bo w naszym domu dzieci chętnie jedzące to nowość, żeby nie napisać aberracja jakaś.

I na tę okoliczność zostałem żartobliwie, ale jednak opieprzony, że będąc w sklepie nie kupiłem Majtkowi owoców. 

PS: O Monaco i nie tylko - tutaj.

16:19, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 maja 2009

Prawdopodobnie nawet taki grafoman zaślepiony miłością to wstukiwania literek będzie miał kłopoty z opisaniem tego, co zobaczyły własne jego gały, gdy wzrok skierowały na dziecko starsze Hanutkiem zwane, po 10 dniach nieobecności tejże w domu. Ale po kolei...

Pojechałem po nie wszystkie w sobotę. Misja wydawała się z gatunku impossible, gdyż w piątek rano szarpnęła mnie taka choroba, że myślałem, że zejdę. Jak zrywałem się do wulkanicznego kaszlu, to stawy kolanowe przesuwały mi się w okolice lędźwi, wnętrzności gotowały tak mocno, że w perspektywie końcówki nosa widziałem miejsce, w którym oskrzela zamieniają się już w płuca, a brać współpracująca w fabryce została zmieciona z trzeciego piętra na parking, a jak się jakimś cudem utrzymała, to z wrzaskiem uciekała (żyją, zdrowi są, wredne osobniki tak mają). O godz. 13 zrozumiałem, że mam ok. 20 godzin na całkowite wyleczenie się, inaczej: a) nie pojadę po nie; b) jak pojadę, to zarażę w samochodzie, c) jak nie pojadę, to i tak zarażę w domu.
Udało się - 12 saszetek przyjętych na gorąco, butelka syropu, kilkanaście innych pastylek - wszystko w ilościach przekraczających ulotkowe normy. Dziś jestem innym człowiekiem.

Pojechałem. Starsze dziecko wyhaczyło mnie już z okna. A potem było coś, czego chyba nie dam rady opisać. Rzuciła mi się do kolan, zaczęła ściskać. Potem odsunęła się na pół metra i wyciągnęła ręce do góry z miną "chodź do mnie tatusiu, wróciłeś". Nie mówiła zresztą do mnie inaczej tylko "tatuś". Ściskała mocno za szyję, potem odsunęła twarz, dała kilka buziaków i zaczęła głaskać mnie po polikach, a potem znowu uściskała.
Jestem pewien, że to była pierwsza tak ogromna radość mojego dziecka, nieporównywalna z niczym dotąd. Szczęście obłędne, zbliżające blisko 3-letnie dziecko niemal do płaczu. Zresztą Najwspanialsza Matka Globu twierdzi uparcie, że ja miałem łzy w oczach. Normalnie mna to wstrząsnęło, trudno ocenić, kto był bardziej szczęśliwy.

Za to młodsza Rajowa, to trochę tak jakby mnie na początku nie poznała... 10 dni i takie już zachowanie, żeby ojca nie poznawać! Wydoroślała... wielka jest, gruba i fika kozły - tzn. przewraca się z pleców na brzuch, już tak szybko, że nie ma mowy o odwróceniu głowy choćby na sekundę.

I już są wszystkie trzy w domu, raport sprzed chwili: Maja śpi, Hania zjadła dwie kanapki - sama! - i robi rozp... Życie wróciło do normy. I dobrze. Bo wiecie, z tym zachłyśnięciem się życiem singla, gdy żona z dzieciakami wyjeżdża, to przynajmniej w moim przypadku lipa.
Wyspałem się tylko raz, wina piłem tyle co zwykle, jak mogłem się wyspać, to jak głupi rano szedłem coś się posportowić, albo brałem ranny dyżur, żeby potem mieć więcej luzu. W TV obejrzałem jeden raptem cały film. 

Życie singla jest zdecydowanie przereklamowane.

PS: Nie moge pozbyć się wrażenia, że za moimi wrażeniami z przywitania gdzieś w tyle głowy tli się historia z Nikolą - 3-latką posłaną przez tatusia do sklepu o 20.30, która zaginęła, noc spędziła z bezdomnymi w jakimś lokum, i na szczęście odnalazła się rano, kiedym jechał już do swoich dziewczyn. Nie będę oceniał rodziców - może popełnili największy w swojej rodzicielskiej karierze błąd, nie znam ich - ale dość łatwo wyobraziłem sobie, jakby moja 3-latka zaginęła.
Upiorne.

| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze




ESKA Rock
zBLOGowani.pl