"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
środa, 05 stycznia 2011

Jestem świadomy, że 4,5 letnie dziecko interesuje sie nie tylo tym co ma pod pachą, ale też tym co tata pod brzuchem. I doskonale zdaję sobie sprawę, że najgorsze co mogę zrobić, to labo krzyczeć, że nie wolno, albo nadawać temu jakieś gigantyczne znaczenie. Dlatego dość spokojnie - mimo wszystko - reaguję na to, że Hanuta czasem bezwiednie sprawdza co ma, i nie krzyczę jakoś panicznie, że nie mozna. Niemniej nowe zdarzenie wymaga na chwilkę choć przystanku.

Podczas gołej kąpieli dziecko dostało na własne zresztą życzenie wykład co to znaczy części ciała intymne i dlaczego nie pokazuje się ich wszystkim i po co są majtki generalnie. Ponieważ rozmowa była szczera i przyjazna, dziecko się otworzyło i powiedziało, że jeden chłopiec z jej grupy z przedszkola włożył jej tam rękę i poruszał, ale paniom nie powiedziała, bo to miała być tajemnica.

Hania

Zdaję sobie sprawę, ża Hanka po tacie potrafi naściemniać i mieć bujną wyobraźnię, niemniej na pewno coś z tej opowieści prawdziwe być musi. Zatem poza uprzedzeniem, żeby sobie nie pozwalała i że jak następnym razem się zdarzy to poszła do cioci w przedszkolu, nie zrobiłem nic.

Ale widocznie siedziało, bo dziś podjechałem do przedszkola i powiedziałem wszystko pani dyrektor, zastrzegając, że to opowieść dziecka, ale mówię, bo nie chcę, żeby się przerodziło w coś poza głupotką i zabawą.

Dobrze zrobiłem?

wtorek, 04 stycznia 2011

Pierwsza epoka jest fajna i jest wzruszająca i się w sumie dobrze kończy. Druga jest mokra i wystepują w niej dziwne rybo-gady krwiożercze. Trzecia jest odjechana z dinozaurami. Każdy z was rodziców to wie.

Ale pewnie każde z dzieci inaczej na te epoki patrzy. Bo ileż można Mańka z dzieckiem oglądać??? Więc woda robi się ciakwsza i potwory straszniejsze. Doszło do tego że III cześci nie oglądamy, bo nie chcemy, pierwszą z braku laku, za to nałogowo drugą. No i masz ojciec pobudkę...

Gdzieś tak nie wiem - 1 była czy 2, kiedy chlip dobiegł z pokoju i rozległ się odgłos szarpania klamki przez zaspane ręce kierowane zaspanymi oczami i jeszcze bardziej zaspanym mózgiem. Pomogłem się z pokoju wyzwolic i na pytanie co się stało, dziecko starsze Hanutą zwane powiedziało mi, że się jej śniło, że się topiła.

No grubo. Ze swojego dzieciństwa pamiętam dwa porządne koszmarki - jeden, że spadam - i gwarantuję, że jak kiedyś będę to już wiem jakie to okropne uczucie - i drugie, że się gubię, przy czym w tym drugim wypadku nie wiedzieć czemu w tle majaczył wiatrak, co potęgowało strach irracjonalny.
Dzieci drogie - wiatrak to takie coś, co kiedyś się kręciło na wietrze i wyglądało jak chatka ze śmigłem.

Więc wiem mniej więcej co może czuć dziecko, jak się mu śni, że się topi. I zasmucony tym strachem i przeklinający natężenie oglądania epoki z potopem, zacząłem dziecku położonemu do łóżka mojego tłumaczyć, że przecież to tylko sen, i że jak tylko pojedziemy nad jezioro to się Hanuta nauczy pływać i nie będzie mogła sie juz utopić nawet we śnie.

Na co usłyszałem: - Ale ja już umiem tato pływać!

Nie dyskutowałem po nocy tylko uczepiłem się jak tonący brzytwy i rzekłem: - W takim razie możesz spać spokojnie, bo się na pewno nie utopisz. Podziałało.

wtorek, 28 grudnia 2010

Majtek to zło! Łobuz! Ja taki nie byłem!

Po tej inwokacji i chwilce zastanowienia dociera do łba ojcowskiego na szczęście nie do końca pustego, że Majtek jest jaki jest, ale na pewno nie jest ponadprzeciętnie niegrzeczna. Raczej jest ponadprzeciętnie grzeczna z wyskokami, które potrafią celnie uderzyć i zaboleć. I z tym powalczymy, jak Zło pozwoli.
Ostatnia scena i dość spektakularna dodajmy, miała miejsce - wielkie zdziwienie, zdumienie i normalnie zęby układają się w kupce na ziemi - w żłobku, czyli przybytku edukacyjnym, w którym dziecko moje, zresztą jedno i drugie, raczej spektakularnie udowdniało rodzicielowi, że się do wychowywania nie nadaje, i że jedynym słusznym miejscem na nabieranie manier i kulttury osobistej są właśnie przytulankowe ściany. A tym razem było inaczej.
Zaczęła się nakręcać jeszcze w domu. Wszystko było nie, ubieranie nie, nie ubieranie też nie i generalnie "nie" też nie, a nawet "tak" było całkiem nie.
I wyszła z domu trzaskając drzwiami z rykiem należnym słuszniejszej sprawie w mojej skromnej, lecz dobrze zargumentowanej ojcowej opinii.

Stan trwał w samochodzie, było wicie się i preclowanie, szarpanie z pasami i wycie. Na szczęście to raptem 10 minut od mieszkania, więc zapewne dało się przeżyć, piszę zapewne zupełnie świadomie, bo przelewam bynajmniej nie na papier sytuację przekazaną mi relacjami osób trzecich. I zapewne też nastąpiło oczekiwanie, że gdzie jak gdzie, ale w żłobku to na pewno będzie gęba uśmiechnięta i udawanie anioła.

A tu kurka żaden anioł!

Majka łobuz

Jak nie Majtek, rzut na glebę, ryk na cały regulator, kurczowe wpijanie się, padanie jak niektórzy pod krzyżem uprawiali i żale, i płacze, jak tamże były wylewane. Istne szoł.
Dopiero po południu, gdy odbierałem dziecko z przybytku edukacyjnego (wcześniej odbierając telefony od żłobkowanek z zapewnieniem, że z M. jest wszystko już ok i nie do końca rozumiejąc przejęcie), dotarło do mnie, że to nie było pitolenie o nie radzeniu sobie ze wszystkim na świecie, ale w córkę moją młodszą musiał wstąpić demon. Miny żłobkowanek mówiły wszystko. Westchnienia typu: "Takiej jej nigdy nie widzieliśmy". "Nie wiemy co się jej stało". "Majka? Takie coś? Nigdy..." - towarzyszyły mi w drodze powrotnej do domu, gdzie oczywiście, a jakże, dziecko okazało się być istnym dzieckiem anielskim.

Poza jedną malutką sytuacją, która uświadomić powinna, że zło czyha uśpione jedynie i gotowe wykorzystać każdą sytuację, żeby się wywlec na wierzch i pozatruwać życie. Na jęk kłótni między siostrami zareagowałem nawet już nie patrząc typowo znudzonym i nieprzejmującym się tonem: Przestać mi tu jęczeć!

- Tato! (zamarłem)
- Tato, przestań! (świat wokół zgęstniał i pojawiły się grzmoty)
- Tato, przestań krzyczeć, już!!!
(ryknęło Zło robiąc minę demona i grożąc palcem).

Zrozumiałem, że era ojca odchodzi w zapomnienie, królestwo ludzi dorosłych jest zagrożone, a władzę absolutną nad wszechświatem przejmuje Zło. Dałem jajo niespodziankę, żeby na chwilę oddalić widmo zagłady.

piątek, 24 grudnia 2010

Dzieciom moim najukochańszym życzę szczęścia i beztroski. Żeby nigdy nie musiały nawet w żartach wrzeszczeć do mnie (Majka)" Tata nie krzycz już!

Wam - takiej dumy z pociech jaką ja przeżywam codziennie.

Sobie nic nie życzę. Mam.

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Wpis najwybitniej nie w moim stylu. Bo ja chętnie chwalę wszystkich i wszystko dookoła, ale swoich cnót wielbić nie zamierzam. Potraktujcie to zatem jako pewnego rodzaju kronikarskie zadęcie, a nie wyraz megalomanii.

Akurat tak się składa, że pod koniec roku w dwóch magazynach pokazały się kawałki o Ojca Raj i/lub/też z Ojca Raj. Acoto? i gaga.

acoto?

Ojca Raj

gaga

I fajnie!

sobota, 18 grudnia 2010

Karta nazwana szumnie "arkuszem obserwacji dziecka 4-letniego". Wpadła mi w ręce, przeleciałem ją wzrokiem, widząc zwyczajne nagromadzenie plusów olałem, uznając papier za bezużyteczny jako źródło wiedzy o dziecku w końcu moim, ale po chwili sięgnąłem znów, gdyż ze zdziwieniem zaobserwowałem po wnikliwym dociekaniu, że są i dwa minusy, co prawda postawione obok plusów, ale ponieważ tego typu blankiety nigdy nic minusowego nie pokazywały, to się - kurka - wczytałem.

"Respektuje umowy i polecenia-posłuszny" +/-

"Chce rządzić przewodzić grupie" +/-

Ok. Pierwszy minus mnie ucieszył. Po pierwsze - dlaczego dziecko niby ma się w przedszkolu zachowywać inaczej niż w domu? W domu też nie wszystkie umowy respektuje, ma swoje zdanie i jak nie chce to się stawia. Do tego co to za kryterium "posłuszny"? Ameba, która trącona w jedna strone rpzelewa się tam nie reagując czy to dla niej dobre czy nie? Wykonujący wszystkie polecenia robot, bez względu czy chce czy nie? Jedzący kaszankę dzieciak, choć kaszanki i watróbki po ojcu nienawidzi? Niech będzie "minus". Cieszę się.

Drugi minus mnie zastanowił. Bo co to znaczy, że minus przy "rządzeniu w grupie". Że rządzi i sią wymadrza i to źle? Najpierw tak pomyślałem. I się zezłościłem. Bo uważam, że jak rządzi i stawia na swoim to jest świetnie i żaden minus się za to nie należy. Ale jak zwykle najpierw się podnieciłem a dopiero potem przeczytałem do końca czym. No bo zewrknąłem na inne minusy:

Hania, przedszkole

"Popada w konflikty" -

"Przejawia agresję" -

"Trzyma się na uboczu" -

"Niezaradny" -

"Często prosi o pomysł" -

I dopiero wtedy dostrzegłem legendę. Minus oznacza po prostu "nie". A więc czasem chce przewodzić i rządzić w grupie, czasem nie, co jest ewidentnym odbiciem chrakterku ojca i bardzo dumny odkryciem tym i minusowo plusową analizą oddalam się weekendować w pracy... gdzie porządzę się trochę, a co...

czwartek, 16 grudnia 2010

Stało się. Brak mokrych części ubioru przez kolejne dni oznacza wypłatę pierwszej raty. Hanuta poszła na wagary, ojciec też. Ruszyliśmy w miasto.

Opisywać nie będę, bo chwile to zbyt piękne i zbyt radosne, by taki tępy łeb jak mój mógł to wyrazić słowem pisanym na komputerze. Skrobne tylko, że mały klubik dla mam na Ursynowie jest fajny, gdyby jeszcze tam się ojciec nie czuł jak intruz, bo jestem przekonany, że wszystkie kobiety z dziećmi w wieku różnym tam przychodzące opowiadają sobie o jednym: czego jej facet z dzieckiem nie chce robić... ;-). Za to Hanka zachwyciła mnie tam raz pierwszy i nie ostatni tego dnia zamawiając mi herbatę z pomarańczą i cynamonem a sobie loda waniliowego.

Hania, Nowy Świat

Ruszyliśmy też na Nowy Świat, gdzie świąteczne światełka pierwszy (no może drugi...) raz w życiu mnie zachwyciły, a nie rozczarowały. Pewnym zgrzytem była zbyt gorąca czekolada, co zakończyło się piciem wody w samochodzie, jednak czyszczenie świetlistej fontanny ze śniegu na samym środku placu Trzech Krzyży i jazda w te i z powrotem metrem po stacjach ursynowskich wynagradzają wszystko.

Dziecko wróciło do domu z rumieńcami, ojciec też. I w wannie Hanuta przedłużyła wspaniałomyślnie naszą umowę. Za kolejne siedem dni wypłata drugiej raty - konie na śniegu. Obiecać i dotrzymac słowa - bezcenne, naprawdę. A do tego oszczędzać na praniu majtek - mądre!

 

16:18, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010

Dwa razy z rzędu nie wytrzymała. Raz podobno ze spaceru jak wracała i nie zdążyła - w sumie nie dziwię się - ściagnąć spodni zimowych. Drugi raz podobno rajstop nie zdążyła zdjąć już w toalecie. Anyway - dwa razy niosła foliową torebkę moczem pachnącą do domu, a ja zagryzałem wargę i język, żeby jej nie dogadać, bo nie można przecież...

Dumny jestem przeźliwie z siebie, że zamiast rynąć, wypomnieć, albo strzelić nadludzkiego focha, wykazałem się ugodowym charakterkiem i zaproponowałem układ. Układ mianowicie polega z jednej strony na nie-sikaniu, z drugiej już nie na dawaniu czekolady z jaja niespodziewanego, bo to najwyraźniej moc czynienia dobra zatraciło, ale na dawaniu swojego czasu, co jak rozumiecie doskonale ma obustronne korzyści nie do przecenienia. Otóż obiecałem zasikanemu "przez przypadek tato" Hanutkowi, że jak kilka dni z rzędu nie będzie majtek nieść w torebce, to spędzamy czas tylko ona i ja, sam na sam, gdzieś daleko od domu. Dziecko moje ponad czteroletnie wykazało się zrozumieniem i propozycję zaakceptowało, z należytymi jednak jej temperamentowi warunkami.

Hania

Mianowicie dni tych bezsiuśkowych ma być tylko pięć z rzędu, a potem wypłata następuje zawarta układem, dalej kolejne pięć dni i znów wypłata, wreszcie po kolejnych pięciu dniach wypłata trzeciej transzy. Ni mniej ni więcej zapewniła mi weekendową rozrywkę ze sobą w trzy kolejne weekendy.

Opracowała też grafik. Pierwsza wypłata obejmuje wyjazd do miasta. Miasto wymyśliłem ja i miałem na myśli Kraków lub co najmniej Kazimierz, choć najchętniej Poznań, ale wychodzi na to, że ma być to bliższe miasto, byleby tramwaje były. W drugiej części płatności mają się pojawić konie, z silnym wskazaniem na pewną gwiazdę filmową w ciapki. A w trzeciej transzy jezioro. Mam wątpliwości, czy Hanuta nie domaga się jeziora w strojach slipkowych, ale spróbuję wyłuszczyć zagadnienie lodu i temperatury w okolicach zera.

Umowa stoi i się wypełnia. Dziś pierwsze słowo do ojca w przedszkolu brzmiało (moje ulubione): SPÓJRZ! Spojrzałem, majtki suche. Odliczanie rozpoczęte.

wtorek, 07 grudnia 2010

Wściekam się coraz bardziej, bo doprowadza mnie do szału i nie tylko, że nic rano normalnie i porządnie zrobić się nie da, bo trzeba zajmować się 1000-cem rzeczy, którym nie powinno się zajmować wcale! Dobra, w ramach lekkiego uspokojenia napiszę, że w nocy gdzieś tak koło 2, bo zasiedziałem sie przy komputerze jak zwykle, przylazł do cór mych ukochanych Mikołaj.

Taki prawdziwy - nieogolony, lekko śmierdzący po całym dniu w pracy i zmęczony siedzeniem nie całkiem bezczynnym - za to z pamięcią na tyle świeżą, że pamiętał - bliżej zejścia z łóżka piętrowego pudło z lalką i basenem (i pływającymi psami??? - prezent z reklamy niestety nie wybity z głowy ikonki starszej niczym). A bliżej zejścia z łóżka podpiętrowego lalka w różowym samochodzie (o matko bosko...).

Rano ryk. Najpierw zadowolenia, że jednak stary z prezentami przyszedł, potem drugi już gniewu, bo oczywiście mniejsza ikonka najpierw chciała oba prezenty, a potem ten dla starszej ikonki. Po 15 minutach zapanował względny rozejm, który - ze skromnością lekko tylko zaznaczę - został zawarty także dzięki trzeciemu rykowi zbudzonego ojca.

Nagłe pojawienie się kilku prezentów oznacza teraz nie mniej ni więcej, że tylko jak oczy otworzą, to się już o te prezenty kłócą, i niestety zazwyczaj to mniejsze cholerstwo te większe doprowadza do łez. Dziś już nie wytrzymałem i na dziesiąte zawołanie: "Majka podnieś dupę, bo rajstopy zakładam!", i po trzecim okrzyku: "Hania, zostaw tę lalkę - buty załóż!" - ryknąłem znów bardziej do siebie niż do dzieci.

KONIEC Z ZABAWKAMI RANO PRZED PRZEDSZKOLEM I ŻŁOBKIEM.

Koniec kłótni, koniec marnowania czasu na wyrywanie lalek i zwracania uwagi dzieci na rzeczy, które wykonać trzeba. Koniec negocjacji, którą zabawkę do przybytku edukacyjnego wziąc można, a którą nie. Koniec.

PS: Notka powstała w 10 minut, wybaczcie chaos.

15:37, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 02 grudnia 2010

Generalnie Borys wyglądał tak:

Borys

... i nie gryzł. Jak mi się na wspominanie niedawno wzięło, to przypomniałem sobie, jak drań załatwił czarnego bydlaka w stajni młócąc go łapami przednimi i samemu dostając uszczerbku jedynie w postaci 5 złotowej wielkości rany na biodrze. Mój charakter, pacyfista cholerny...

Borys wrócił niespodziewanie za sprawą żłobkowej historii. Majtek w wannie obnażona, jak zwykle z determinacją postanowiła sprawdzić, czy cała objętość tejże zmieści się w jej wiaderku ustawionym perfidnie na skraju kafelków, co jak się bystrzejsi z was domyślą niechybnie spowodowało wystąpienie malowniczej kaskady w kierunku podłogi zmierzającej. Robiła to najwyraźniej nieco wolniej niż zazwyczaj, gdyż NMG zdążyła przyuważyć ślad na antebrachium, słusznie nazywanym przedramieniem. Ślad czerwony i podsiniaczony. Padło zapytanie z mównicy toaletowej.

Dziecko jest bardzo mówne, ale słów jej zabrakło, z emocji chyba. Ryknęła więc na cały regulator, że to "Borryssssssssssssssss...", i nie wypowiedając kolejnego słowa opisującego czynność zrobiła gest kąsania się, czemu towarzyszyło gromkie "wraaaaaaaaaaam!". Została ugryziona. Przez kolegę. Ze żłobka. Żłobek potwierdził. Przyznał, że łobuz kąsa niepostrzeżenie. Nie mam starchu, bo wiem, że Majtek mu wcześniej czy później przywali tak, że odechce mu się nie tylko gryzienia, ale i całowania, niemniej przypadek ten skłonił mnie - tak, tak, to czasem następuję - do pomyślenia, że świat się zmienia bezpowrotnie.

Nie tylko jedno starsze i mądrzejsze Hanutkowe dziecko, ale i to mniejsze Majtkowe umieja mówić, a więc umieja powiedzieć, opowiedzieć, poskarżyć. Nic się nie da ukryć. Jeśli tata krzyknie na dziecko, dziecko powie w przybytku edukacyjnym, że tata krzyczy i będa na tatę krzywo patrzeć. Jesli mama powie, że sąsiadka jest głupia, to dziecko powie koleżance, że jej mama jest głupia. Jeśli żłobek zapomni powiedzieć o ugryzieniu (za co pretensji nie mam, w Formule 1 przypadek ów byłby określony jako zwykłe zdarzenie wyścigowe), to rodzice i tak będą wiedzieli, że Borys gryzie.

Co jest wygodne z jednej strony, a nakazuje założenie jeszcze większego kagańca, żeby przykrości gdzieś nie zrobić na zewnątrz... Na szczęście na razie padamy ofiarą tylko drobnych dziecięcych oszustw, kiedy krzyczy siku, a w pieluchowym opatrunku śmierdzi kupa.

16:12, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
środa, 01 grudnia 2010

Kiedyś nienawidziłem każdej zimy - uwaga, będzie lekki ekshibicjonizm blogowy, więc wrażliwych na wspominki z tzw. dzieciństwa dorosłych już niestety osób wypraszam kulturalnie, lecz stanowczo. ;-) Nienawidziłem każdej zimy, która straszyła temperaturą poniżej 0 Celsjusza. Znienawidziłem tym bardziej, kiedy po powrocie z nadmorskiego miasta szwedzkiego tudzież w depresyjnych Niderlandach, uznałem, że świat bez mrozów i zim mógłby mi się spodobać.

Tak, tak, tak - wiem. Święta i narty. Muszą być białe, społeczny stereotyp. A niech sobie będą, ale krótko, najlepiej punktowo, a generalnie precz śnieg i precz mróz. Myli się jednak ten, kto sądzi, żem zmarźlak i tyle. To byłoby za proste. Człowiek w różnym wieku ma różne fanaberie i ta, która mi została po erze ekologiczno-wegetariańskiej to ciągłe nie-jedzenie kaszanki oraz wątróbki, a także zamartwianie się o bezdomne psy i koty, kiedy temperatura w okolicach ich tyłków spada poniżej - jak dziś np. - 15 Celsjusza.

Tylko, że nadmieniłem w tytule, że światopoglądy się zmieniają, więc niby o co mi teraz chodzi? Zmieniają się. Nie na tyle, żeby życzyć zwierzakom śmierci z wycieńczenia, ale już tak mocno, by z mrozu i prawdziwie zajebistej zimy się cieszyć. Powód jest banalnie prosty. Ginie wszelka zaraza, która lubi nosy. Małe nosy. Niech mrozi, niech szczypie, niech skuje wszystko i zabije. Zima mroźna jest dobra.

piątek, 26 listopada 2010

No taki wiek, że zaczyna to co pomiędzy bajkami interesować bardziej niż to co w bajkach. I piszę tu o obu, choć tylko jedno na razie na szczęście może składnie przekazać informację o tym, że coś chce, pragnie i bez tego jej życie będzie pasmem cierpień.

Uważam, że kanały dziecięce, pokazujące tylko filmy dla dzieci, nie powinny emitować reklam, co oczywiście brzmi jak totalna herezja i głupota - zdaje sobię sprawę - ale tak sobie myślę i już. Albo powinny przed puszczeniem bloku reklamowego ostrzegać przed nimi rodziców odpowiednio wcześniej i odpowiednio dobitnie, syreną alarmową wysokiej tonacji, żebyśmy mogli dziecko spod telewizora zabrać.

Szlag mnie trafia, bo dziecięce marzenia są zastępowane basenami z chlupiącymi sie w nich lalkami Barbie, czy idiotycznym parkiem rozrywki dla chomików. Sztucznych. A aucie barbie jeździ, tzreba jeszcze jakiś substytut dla tej drugiej znaleźć. Obiecuję sobie, że po 6 grudnia a przed 24 jest całkowite embargo na TV, żeby prezenty dla dzieci były radością, a nie manipulacją.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Zaczyna sie od idiotyzmu, ale przecież nigdy nie ukrywałem, że ojciec piszący bloga tego, mimo niepodważalnych zalet jakie eksponuje na zewnątrz, posiada też wady, z których jedną z największych jest łatwowierność i kretynizm. Tym razem zbyt łatwo uwierzyłem, że odkurzacz może działać na deszczu, a jeśli chodzi o kretynizm to definicja potrzebna wam już chyba nie jest.

No więc odkurzacza nie ma, bo jeszcze nie znalazłem 5 minut, żeby poń pojechać, za to są córki. I one na dłużej niż 5 minut zajmują się ostatnio namiętnie wycinaniem. Wycinaniem i klejeniem. Starsza nazywa to "pracami". Mniejsza nazywa to po swojemu. Obie robią to z pasją największych wirtuozów sztuk plastycznych w historii świata. I jak każdy artysta mają w głębokim poważaniu (lub też w żadnym poważaniu) otoczenie, czytaj świat zewnętrzny. Świat zewnętrzny daje o sobie znać rykiem opadającego z sił ojca, tudzież bezradności jego jękiem. Bezskutecznie.

Wycinanki... szlag by to trafił.

Z jednej kartki A4 wyciąć głowę kota z wąsami o wielkości monety pięciozłotowej - żaden problem. Czy myślicie jednak, że zostaje z tego kartka z dziurą? Nie, zostaje z tego miliard kawałeczków różnych kształtów ścinek kartkowych, poklejonych, umazanych, ubabranych flamastrami, które żeby jeszcze grzecznie leżały pod stołem - to nie, przylepiają się do dziecięcych kapci, ich palców, o ścianę są próby ich zdarcia. Nawet gdyby nie ten klej, nawet gdyby nie fakt, że są wszędzie, usunięcie ich odkurzaczem z braku odkurzacza jest niemożliwe.

Prawdą jest, co psycholodzy wiedzą od dawna, że listopad bywa depresyjnym miesiącem.

środa, 17 listopada 2010

Dwie krótkie anegdoty, zachwyt nad którymi mam nadzieję zrozumieją nie tylko rodzice.

Pierwsza akcja, to powrót z dnia ojciec-córka starszą Hanutką zwaną sam na sam. Grzejemy szosą, potomek rzecze: - Tato siku. Przyzywyczajony, że w temacie wiele się zmieniło, uspokojony tym, że na pewno nie na ostatnią chwilę to zawołanie, wypatruję stacji benzynowej.

Po 15 minutach pytam się, czy córka chce może na trawkę, bo stacji nie ma. Nie chce, bo na stacji są tik-taki i kupimy je tam, zatem wytrzyma. Jade więc dalej, mrucząc pod nosem: - Gdzie ta cholerna stacja???

Po kilku kolejnych kilometrach słyszę z tyłu: - No gdzie ta kabanosowa stacja?! Zaintrygowany na granicy zdumienia dociekam, skąd ten wyraz: - Bo dzieci nie mogą przecież, tato, mówić cholerna.

Hania, kot

Anegdota nr. 2 to wpis w zeszycie wypełnianym co tydzień przez logopedkę, do której jak wiecie, albo nie wiecie Hanuta chodzi w przedszkolu, żeby zamiast 'l' nie mówiła 'j' i zamiast 'r' - 'l'. Wpis ostatni brzmi:

"Niestety poćwiczyliśmy dziś krótko, bo Hania powiedziała, że chce siusiu i że wróci, ale nie wróciła. Proszę zatem w domu popróbować z córką..."

Zapytana Hanka o to w domu stwierdziła wprost i bez ściemy:

Bo ja już wszystko umiem i do jojopedki chodzić już nie muszę, na plawde wszystko lozumiem już.

sobota, 13 listopada 2010

Zwalać tego na swoje konto nie zamierzam, działania co prawda pewne nastąpiły, ale wątpię, by miały aż tak fundamentalne znaczenie. Czuję się trochę dziwnie. Jak pożyczony. Można czuć się tak, kiedy sytuacja dookoła zmienia się diametralnie, a człowiek nagle się orientuje (albo co gorsza nie), że to, do czego przywykł i brał za pewnik niepodważalny, nagle staje się tak samo ulotne, jak wcześniej nie do ruszenia.

Dzieci uczą nas cierpliwości, dzieci uczą nas elastyczności, dzieci uczą nas pokory. Czasem dzieci uczą nas też wierzyć w cuda i aby nigdy nie mówić niemożliwe. Najwyraźniej dziecko moje, dokładnie to starsze, ale niechybnie młodsze pójdzie w jej ślady rychło, wyczytało w wannie z leżącego tam periodyka zdanie:


"Każdy może wszystko osiągnąć i zostać kim chce. Trzeba się tylko uwolnić od ograniczeń i PRZYMUSU".

Hania

Rozwlekły ten wstęp, wyszedł wręcz pompatycznie, a tu błahostka dla wielu następuje. Anioł. Po prostu anioł. Hanuta zwana też Hantkiem przechodzi przemianę, która byłaby życzeniem każdego rodziciela, aby stawała się permanentna, ale ja jak wiecie w przydługiej przedmowy w permanentność zjawisk okołodziecięcych nie wierzę. Trywializm sytuacji z moczeniem majtek wynikał być może (co analizą dogłębną stwierdzam, ale i wrodzonym instynktem) z braku poświęcania należytej uwagi.
Dziś nie dziwię się. Świat zachłysnął się diabłem wcielonym, ksywa Majtek, że tak pięknie je, urzekająco mówi (śpiewa), wspaniale przybiera w edukację i w ogóle jest the best. A prawdziwy geniusz, który musiał te wszystkie adoracje nie od swoim adresem znosić i akceptować, pozostał w cieniu.

Za mało mówiłem, że jest świetna. Za słabo krzyczałem, że niezwykła. Za kiepsko pokazywałem jak ważna. Zwróciła więc uwagę w sposób nie do pominiecia. A my zareagowaliśmy m.in. przymusem: musisz być grzeczna, musisz przestać sikać w majtki, musisz dzielić się z Mają rzeczami, musisz, musisz, musisz!

Cholera, nic nie musi! Wiem, ża zabrzmi to idiotycznie, ale pomiędzy teoretyczną wiedzą, że trzeba obie siostry traktować z należytą wielką uwagą i niemniejszym szacunkiem, a stosowaniem tego w praktyce, jest przepaść tak wielka, jak między Piasecznem a Łomiankami. Wystarczyła jednak niewielka w sumie zmiana, jedno ciepłe słowo więcej, jedna słodycz specjalnie dla niej, jedno sam na sam. To było bardzo trudne.

Chwilo trwaj. A jak się ulotnisz pozostaw wspomnienie i naukę: Nic nie musisz.