"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
wtorek, 23 marca 2010

Tato, czy ja naprawdę jestem za mała? - Nie mała.

ojciec Raj

Majtek wychyliła z ciemności 1 stycznia 2009. Wydawało nam się - ale artystka! Ale fajnie! Niezwykle! Łatwo liczyć. Ale nie do końca jest kolorowo. To, że tacierzyński szlag trafił przełknąłem, bo rozumiem, że ustawodawca musi jakąś datę postanowić, w tym wypadku był to właśnie 1 stycznia 2009, ale na dodatkowy urlop miałbym prawo gdyby Majtek urodziła się każdego dnia stycznia później (jak 2-go - dwa dni, jak piątego - 5 dni, jak siódmego i później - tydzień dopuszczalny). A tak urlopu "miałem" 5 godzin i 19 minut, bo tyle po północy przyszła na świat... Artystka.

Ale teraz sprawa jest zdecydowanie poważniejsza. I data 1.1.09 wcale nie widzi nam się już tak fajnie. Chodzi o przedszkole. Najlepiej byłoby, żeby po skutecznej edukacji żłobkowej, którą Majtek zaczęła 23 dni temu, poszła ona we wrześniu 2011 do przedszkola. Wymyśliliśmy sobie mało oryginalnie, że najlepiej, żeby to był przybytek przedszkolny Hanuty starszej, żeby mieć dwie córki w jednym miejscu. Oczywista oczywistość po prostu. Tylko, że się nie da tak, bo Majtek będzie za młoda. Zabraknie jej trzech miesięcy. Nie może pójść do przedszkola w wieku lat 2 i 9 miesięcy, przedszkole się nie ugnie, bo restrykcyjnie przestrzega przepisów bojąc się agresywnego sąsiedztwa, któremu tak się nie spodobało, że obok stanęło przedszkole, że śle do sądu skargi nawet na kolor trawy. Artysta.

Zakrzykniecie, jak i ja zakrzyknąłem, niech idzie od 1 stycznia 2012! Równo jak skończy trzy lata. Słusznie, tak też skalkulowałem i zadzwoniłem, czy przedszkole taka opcję rozpatruje, żeby przyszła 3 miesiące później. Owszem, nie ma sprawy, ale wtedy Majtek wpada z deszczu pod rynnę...
Bo po 9 miesiącach edukacji w najmłodszej grupie przedszkolnej jej koleżanki i koledzy przeskakują, a ona dostaje nową grupę 3 latków we wrześniu 2012 i zaczyna od początku. Kibluje, czeka, żeby iść z "rocznikiem". Bezsens prawda? Ale jakby poszła dalej, to taki "bezczyn" czekałby ja w wieku lat 5. Bo przecież do szkoły wczesniej nie pójdzie.
To niejako "nasza wina", albo wina złego urodzenia, bo to my rodzice chcemy, żeby poszła do przedszkola "za wcześnie". Artyści.

Wyjście? Kombinowane, ale chyba jedyne słuszne dla dzieciaka zdrowia psychicznego. Majka pójdzie do przedszkola - tego Hanuty - dopiero we wrześniu 2012, odczeka ze "swoimi" dziećmi w żłobku, które już będzie wtedy przedszkolem, ale Majtek oficjalnie wciąż będzie w żłobku, ufff..
Wtedy od razu dostanie swoją grupę, z którą się nie rozstanie na ścieżce edukacyjnej aż do wieku lat 5.
Nie wyobrażam sobie bowiem, jakby to wyglądało, gdyby córce w wieku jakim jest teraz Hania (3 lata i 9 miesięcy) zakomunikować, że jej narzeczony przeskakuje dalej, a ty dostajesz nowy zestaw dzieci i się baw. Artystko.

Straszna krzywda, prawda?

niedziela, 21 marca 2010

Majka wstała dziś świtem bladym, pożarła co było do pożarcia w domu i nie piszczało przy przełykaniu, walnęła dwie pieluchy sików i oznajmiła w narzeczu Majtkowym, że jak zaraz nie wyjdziemy, to będzie giga-awantura. Zdążyłem zerknąć tylko na tubę z krechą - 15 stopni. Nie było wyjścia, wyszliśmy.

Żeby zagaić wspomnę, ża Majtek chodzić nauczyła się 1 marca. Jak poszła do żłobka, datę zapamiętamy. Zatem ruszyła spod klatki z rękami uniesionymi dla równowagi i krokiem telepiąco-łyżwowym. Gdy ojciec miał już świeczki przed oczami a Hanuta domagała się odpoczynku Majtek dopiero się rozpędzała. Wróciliśmy po półtorej godziny. Trudno ocenić ile przeszła na własnych krzywych girach, niemniej ja bym tego nie przebiegł.

Ta odyseja zaowocowała spotkaniem na starszym szczeblu. Hanuty koleżanka rówieśnica dostała w sobotę rower. Taki niebieski, z frędzlami i białymi oponami. Podzieliły się nawet i jeździły 100 metrowe odcinki na przemian. Hanka zakomunikowała potem, a jakże, że chce taki rower. Taki sam.
Nie było gdzie uciec. Obiecałem. Dogadałem się z ojcem drugim, wskazał miejsce, podał kwotę (khy, khy...).

Były identyczne, bez pudła trafione, ale entuzjazm mojej córki był niższy od tego na dworze jak sondaże przedwyborcze i wynik wyborów. Zadałem trzysta sześćdziesiąt pytań dodatkowych, dostawałem zdawkowe odpowiedzi - tak chcę ten rower, bardzo, może być niebieski, podoba mi się, naprawdę, dobrze się siedzi. Ale wiedziałem, że to nie było to. W końcu zapytałem - a może poszukamy gdzieś innego? I dostałem drogowskaz:

Tato, ja chcę ten różowy, taki ten w tamtym sklepie wiesz, z trąbką Hello Kitty.

rower

Okazało się, że moja 3,5 roczna córka doskonale pamięta, jak na poprzednie urodziny chcieliśmy ją rowerem uszczęśliwić, a ona wtedy wolała hulajnogę. Pojechaliśmy do jedynego sklepu, co mi świtał, że tam rok temu bylim, wykrzyknęła - to tu! Potem podbiegła wprost do jednego jedynego roweru, wsiadła i pojechała. Hello Kitty trąbkę zastąpiła trąbka z innym kotem, ale tę sprzed roku można było dokupić. Dokupiłem.

Jeździ. Szok. Okulary gratis (za jakość wideo nie odpowiadam ani ja, ani kamerzysta, tylko pewna firma z Finlandii):

piątek, 19 marca 2010

Nasze dziecko Majtkiem zwane generalnie gębę ma od ucha do ucha albo i dalej rozszerzoną, nie tylko wtedy kiedy je, ale także wtedy kiedy chodzi. A że jest to umiejętność od jedzenia nowsza, to i więcej z nią emocji się pojawia. Np. takie wychodzenie z domu.

Kiedyś był niekontrolowany, przestraszająco-ostrzegawczy ryk niezadowolenia podczas ubierania (na wznak na podłodze), bo nim się dziecko przyzwyczaiło, że z poziomu gondoli świat widać lepiej, to następowała chwila uwięzienia w wózku na klatce, co się dziecku nie za bardzo podobało. Teraz jak łazi, to i wie, że ubieranie czymś dobrym (zazwyczaj) się kończy, bo to albo na dwór, albo do przychodni (gdzie można pobiegać), albo w dalszej perspektywie do żłobka. I wygląda to mniej więcej tak.

Maja chodzi

Rano dziecko młodsze próbuje sobie starszyznę wokół palca owinąć i po porannych czułościach, uśmiechach i umizgach następuje wymuszanie, przy czym nie do końca samo dziecko wie co wymusza - np. wyje z wyciągniętymi łapami, że chce na ręce, nie poddajemy się, nie poddajemy się, poddajemy się i wtedy na rękach jest wygięcie w łuk i ryk - kolejny - niezadowolenia, ale cykl się na tym niestety nie kończy. Zatem rano jest wyścig z czasem i nerwami, żeby jak najszybciej ubrać, przewinąć, napoić i nakarmić i wyekspediować z domu, gdzie ryk zanika (razy dwa z pominięciem przewijania). Na chwilę.

Radocha wielka jest jak w długą po chodniku daje, ale niechybnie przybliża się do drzemiącego auta, drzwi się nagle otwierają i ojciec lub Najwspanialsza Matka Globu porywa na ręce celem wsadzenia do fotelika. Ryk. Wyje, bo nie chce przestać chodzić - banalnie proste. Potem szloch ustaje, po kilometrze-dwóch, pojawia się na gębie małej wredoty nostalgia, potem błogość, często powieka staje się cieżka i nim przybytek edukacyjny zostaje osiągnięty jest kimka. Ponieważ przybytek blisko to i kimka krótka - 2-5 minut w zależności czy pociąg akurat szlabanu nie domknął.

Potem jest trzaśnięcie drzwiami, gały się otwierają i od razu, momentalnie, zapewne po takim samym czasie od trzaśnięcia, jak wariat z tyłu na ciebie zatrąbił, bo się nanosekundę temu na zielone zmieniło przy szlabanie, Majtek rozpromienia się najszczerszym uśmiechem świata. Żłobek. Droga do niego wiedzie 50 metrowym chodnikiem, który areną sprintów różnokierunkowych się staje, ale w tym chaosie jednak zmierzających do drzwi. Potem jest tradycyjny "misiek" z panią numer 1, potem dwa miśki z paniami 2 i 3. A dziś do tego doszła rubaszna wersja chichotu, wyobraźcie sobie 78 centymetrowe dziecię, które odchyla głowę do tyłu i ryczy: hehahehahehahahaha na cały regulator. Pięknie. Ojca żegna zdawkowym, półgębowym uśmieszkiem i całusem - ale już tylko na odległość z dłonią przy paszczy. I znika nawet się konkretnie nie obejrzawszy. Ona tam chodzi dopiero - kurde - regularnie od 20 dni!

Około tej 16-17-18 uśmiech - który zapewne nie zniknął nawet podczas snu - pojawia się znów na schodach, trwa w samochodzie, bo za chwilę jest prosta do domu, gdzie można sobie po kostce Bauma poszusować. Ryk zwiastuje zabranie do domu, potem krótkotrwała następuje chwila jęków wymuszających nie-wiadomo-co i radocha w wannie.

Ot, tak upływa dzień latorośli młodszej, dziś zachwiany lekko, bo gęba w uśmiechu zastygła na co najmniej 30 minut, po tym jak ojciec zobaczył w aucie temperaturę 16 stopni, i  postanowił do domu nie wracać (koty niech se wyją ile wlezie nad miską...) i chodnik przyklatkowy można było eksplorować w te i wewte do woli. Wiosna. Gęba uśmiechnięta.

czwartek, 18 marca 2010

Obrazek z bladego świtu (naszego - czyli pi razy oko godz. 9). Ojciec w wannie tyłek moczy, wparowuje młodsza. "Tatuśśśśśśś, tatuśśśśśśśśś". Żeby sobie poszła i poczytać dała w spokoju wręczam jej pałkę do uszu polerowania. Majtek bierze, wkłada gdzie trzeba i szoruje.

Dwie z tego dygresyjki się wyłaniają. Jedna taka, że cholera naśladuje i jak kiedyś sobie w nosie grzebałem (przyznaję nie bez wstydu, ale to w domu było, nie publicznie i do tego nie gluta, a ranę miałem - za ten naturystyczny opis serdecznie przepraszam, ale szczerość na tym blogu jest zawsze na pierwszym miejscu...:-)) to Majtek robi to od czasu do czasu teraz, patrząc na mnie tak jakby się braw spodziewała. I wiecie co - jest za co owację intonować - dziecko może schować w nosie 3/4 palca wskazującego - serio!

Druga dygresyjka jest taka, że mam zazwyczaj wielką pretensję do Najwspanialszej Matki Globu o brak konsekwencji wszelakiej, np. co moim zdaniem wyrokuje jęczeniem spazmatycznym w formie wymuszania, a sam jestem dupa a nie konsekwentny ojciec, bo swego czasu kategorycznie zabroniłem dzieciom bawienia się pałkami do uszu, a teraz o tym piszę niczym o zdarzeniu dumę wywołującym.

Tyle dygresyjek konkludujących, teraz summa summarum.

facebook

PS1: Natchnęła mnie powyższa "dyskusyjka" na facebooku. Kolega nie tata skrobnął, ze był świadkiem spazmu, wywołanego konsekwentnym zakazem rodziców dziecka. A jak już tak, to ewentualnie zapraszam, furrory tam nie ma, ale zawsze... raj na facebooku

PS2: Prawdziwa duma to nie z pałki w uchu ale... - położyć dziecko z lekką temperaturą, kaszlące duszącym charkotem, przedsięwziąć środki zapobiegawczo-lecznicze, obudzić się z dzieckiem w łóżku u boku, uśmiechniętym, zimnym na czole, bez-glutowym i bez-chrychowym.

Yeah!

wtorek, 16 marca 2010

Przez krótką chwilę załóżmy, że ludzie zajmujący się profesją tak ważną jak leczenie ludzi, mają do tego nie tylko powołanie, ale i potrzebną wiedzę. W tej wywołanej chwili przypomina się czas jakiś pi razy oko trzy lata temu, kiedy doczekawszy się Hanuty odkryłem dzięki niej i wraz z nią tzw. prywatną służbę zdrowia. Uznawałem to za cud, że pozbawiwszy się kilkudziesięciu złotych z pensji dostałem kartę, na niej telefon, oddzwaniają, na godzinę, przyjmują, rach-ciach bez kolejek, bez siedzenia w zapyziałych korytarzach tzw. państwowej służby zdrowia, blisko domu, że bliżej się nie da.

Hania, Maja

Krótka chwila minęła, tak jak fascynacja. Może kiedyś było fajnie, teraz nie jest. Dlaczego?

Na początek dwa przykłady, jeden znacie - pan ortopeda z wielce szanowanego prywatnego Centrum, który przyjął pięciomiesięczną Majtkową, a potem bał się jej dotknąć, nie zbadał nawet, a gdy jej zakładaliśmy szynę Koszli to bez wstydu zapytał, czy może zerknąć, bo nigdy nie widział. MY U NIEGO BYLIŚMY, ŻEBY ZOBACZYŁ, CZY SZYNA KOSZLI JEST KONIECZNA!
Po kilku dniach w państwowym centrum czekając w ogonku (a jakże!) do rejestracji zobaczyliśmy z Najwspanialszą Matką Globu jego nazwisko na kartce - specjalista od barków. Przepraszam - ale kto go do cholery zatrudnił jako ortopedę dziecięcego w szanowanym prywatnym Centrum?

Drugi przykład z ostatnich dni - pisałem, że Hanuta miała zapalenie zatok. No miała - według pani lekarz z prywatnej przychodni, która usłyszawszy o objawach (zatkana, boli głowa, gorączka) tak właśnie orzekła. Dodając, że na dwór nie wychodzić, bo "zatoki tego nie lubią". No to wysyłam sms-a do szefa, że mnie nie będzie, bo córa ma zapalenie zatok. Odpisuje (też tata): - A ja jak chciałem wymusić, żeby zrobili mojej córce prześwietlenie zatok to mi powiedzieli, że takie dziecko nie ma zatok.

No i obaj nie wiedzieliśmy, z którego lekarz zrobił kretyna. Obstawiałem po cichu, że z niego, bo może się lekarzom nie chciało badania przeprowadzić. Utwierdziłem się nawet w przekonaniu o istnieniu zatok, gdy poszliśmy z Hanutą tydzień później na kontrolę. Na hasło, że dziecko miało zapalenie zatok inna lekarka z tej samej szanowanej przychodni prywatnej nawet się nie zająknęła, a co dopiero mówić o poprawianiu błędu.
Czy gdyby dziecko nie miało zatok, to by o tym powiedziała?

No i ostatnio kolega się wpisał pod tym blogiem, że hej ho bratku jeden Hance to trza jeszcze parę latek do wykształcenia zatok. Dla pewności żony nawet się dopytał (pozdrawiam serdecznie!) czy dobrze pamięta nauki medyczne. Dzieci nie mają zatok.
Wiecie co? Nie wpiszę tego w google, żeby sprawdzić, bo jeśli portale pseudo-lekarskie prowadzą ci sami lekarze, co Hankę na zapalenie zatok leczyli, to i tak się niczego nie dowiem.

Hania, Maja

Wniosek ostateczny i chyba nie krzywdzący, lecz po prostu prawdziwy. Kiedyś prywatna służba zdrowia była ok. Mało jej było, drogo tam było, lekarzy brała więc najlepszych i dbała o reputację. Teraz na każdym rogu w dużym mieście powstają centra, przychodnie, szpitale prywatne, które to mają wszystkie najczęściej umowy z korporacjami i firmami na zrzeszanie ich pracowników w ilościach hurtowych. Obrót mają, że hej, coraz to nowe gabinety bo popyt jest, coraz więcej trzeba lekarzy, czas wizyty najpierw skrócił się z 30 minut do kwadransa, a teraz ten kwadrans trwa minut pięć, bo pani/pan lekarz gnając z innej prywatnej przychodni do twojego super centrum prywatnego się spóźnił pół godzinki i musi nadganiać.

Zapalenie zatok, nie wychodzić, łykać, za tydzień kontrola. NASTĘPNY!

PS: A jak przyszło cholerstwo kiedyś mocne, to zamiast wykorzystać plastikową kartę i lecieć do wspaniałego Centrum prywatnego i tak wezwaliśmy naszego lekarza z przychodni publicznej do domu.

piątek, 12 marca 2010

Mail w połowie tygodnia zburzył spokój. "Informuję, bla, bla, bla, że w przedszkolu wykryto przypadki ospy. Bla, bla, bla. Na razie dwa, bla, bla. Proszę obserwować dzieci, bla, bla i powiadamiać personel przedszkola, bla".

Jakoś by mnie to nie wytrąciło z pionu, gdyby nie nerwowe podrygiwanie Najwspanialszej Matki Globu. Najpierw bardziej lodowatym niż styczniowe noce głosem spytała, czy czytałem maila. Potem chichotem na skraju załamania nerwowego :-) dorzuciła, że okres wykluwania się zarazy trwa dwa tygodnie. A dziś akurat przed weekendem zburzyła spokój, forwardując maila kolejnego. Dowiedziałem się mianowicie, że skrycie dopytuje o jakie grupy w przedszkolu chodzi. Szefostwo przybytku edukacyjnego wyrecytowało - grupa Piccolo (Hanki!)i dwie inne sprawa ospy dotyczy.

A więc już jest więcej niż dwa przypadki! Epidemia! "Wiesz, na liście odbiorów dzieci z grupy Hanuty jest tylko 10 nazwisk" - dorzuca NMG. Długo był spokój, już zacząłem nawet podsumowywać tę zimę jako naprawdę ulgową jeśli chodzi o dziecięce zarazy. I mam nadzieję, że tak zostanie, ospie się nie dalim już raz, kiedy zainfekowana odprzedszkolnie była część rodziny ta druga...

A na poważnie - liczę, że może jednak jesteśmy odporni na zapowietrzenie. Majtek zdrów jak ryba, Hanuta jak dwie ryby, ale mnie coś kurna swędzi. Pewnie z brudu.

środa, 10 marca 2010

Nie będzie to notka rozrywkowa, ba - zastanawiam się nawet, czy nie nadać jej rygoru kategorii "poważna"... Ale też bez przesady. Przyznaję za to, że może pojawić się wiele (nawiasów).

Wpadam jak po ogień do żłobka (częściej zawożę, odbiór - sporadycznie). Majtek jest dostarczany na dół przybytku już w pełnym rynsztunku (okutana, zapięta, zasznurowana do wyjścia). Nim się dziecię objawi na schodach (w sensie na rękach schodzącej po schodach pani) jest czas na wymianę spostrzeżeń, informacji i uprzejmości (o charakterze i długości ustnego sms-a) z rodzicami innymi. I na takim spotkanku wyszedł temat kaszlu i inhalacji. Stojąc w gronie damskim szybko udowodniłem, że nie jestem z tych tatuśków, którzy opiekę nad dzieckiem ograniczają do przywiezienia z przedszkola i wyjścia na spacer w weekend (jeśli meczu nie ma). Wdałem się w dyskusję o inhalacji (nebulizacji - łamiąca język nazwa).

Majka, inhalacje, nebulizacje

Mianowicie Hanuta z Majką wdychają sól fizjologiczną permanentnie, rano i wieczorem (bez względu czy chore są czy zdrowe). Nie ma też dla mnie większego znaczenia, czy pokój jest nawilżony (nawilżaczem), zjonizowany i zUVowany monster-maszyną (traktowana od czasu dłuższego - jeśli nie od zawsze - nie jak lek na zło, ale jako generator szumu usypiającego dzieci), zaparowany wyziewami akwariowymi (o glonojadzie innym razem).

Tak - opanował mnie świr inhalacji.

Gdy Hanuta cierpiała (naprawdę) na rozłupujący łeb ból z powodu chorych i zatkanych zatok inhalacja długa i intensywna pomogła na uruchomienie wodospadu. Zniszczyliśmy też w zarodku kaszel (który to cham po zatokach zawitał), a Majtek żłobkowy wciąż pokaźnego gluta nie wyhodował, gdyż jak tylko barwę ów katar zmienia, to bach go - nebulizatorem (fachowa analiza - nie?). I tak od miesiąca, dwóch, a może i ciut dłużej, najczęściej potrzebnym artykułem prawie spożywczym w naszym domu jest ampułka 5 ml soli fizjologicznej, która schodzi jak piwo w sklepie (częściowo wylewane przez niesforne dziecięta - sól, nie piwo).

Rys historyczny: Majtek jak wiecie w wieku tygodni trzech schwytała płuc zapalenie. Oprócz antybiotyku (prosto w łeb z igły) jedyną ponadnormatywną formą działań medycznych w szpitalu były inhalacje. Trzy razy dziennie. To po tej mało przyjemnej (aczkolwiek krótkiej) wizycie zakupiłem nebulizator/inhalator (pierwszy lepszy w pierwszej lepszej aptece, która go miała za 169 PLN (chyba), bo nie chciało mi się czekać na dostawę z Allegro, czy inaczej szukać). Przydał się natychmiast wyciagając w marcu 2009 Hanutę z pojawiającego się zapalenia oskrzeli. To była - by the way - ostatnia poważna choroba Hanuty przed zatokami w lutym 2010 już. Obie - patrzcie państwo - zwalczone głównie inhalacją.

Przesadzam z gloryfikowaniem prostego urządzenia? Może. Faktem jest jednak niezbitym (co potwierdziły dyskutantki moje w przybytku żłobkowym), że wchłanianie przez nos i paszczę soli, tudzież w skrajnym wypadku (zastosowanym dwa razy przy wymienionych Hanutowych chorobach) także leku, powoduje, że porządany efekt następuje natychmiast. Proste - syrop wyksztuśny nim zadziała to musi się wchłonąć. Tu następuje to natychmiast i nie jest najczęściej związane z wprowadzeniem obcej mikstury do organizmu.
Ponadto nie jest żadną tajemnicą, że nawilżanie jest najlepszym sposobem na uniknięcie kataru (i picie), który w naszych czasach w 50 proc. przypadków nieleczony doprowadza do jakiejś zarazy groźniejszej.

Hanka, inhalacje, nawilżanie

Teraz to już przesadzam na 100 proc., ale oczywiście jak ktoś mnie zapyta to odpowiem, że dzieci nie chorują, bo się inhalują, między innymi. Sam znajdę wyjątki (które regułę mi potwierdzą). Daje też często witamine C, a Hanka od pół roku pije mleko z miodem i/lub czosnkiem, a może się już tak w życiu wychorowała, że wystarczy? Jasnej odpowiedzi nie mam. Ale inhalować nie przestanę. No to wdech.

Ostatni nawias:

(w nawiasie: najfajniejsze w inhalacji jest, że dzieci ja lubią, Majtek z dziczyzną w oczach wyłącza maszynę Hance, Hanka i Majtek gryzą silikonową maskę, Hanuta kocha rozpłaszczac twarz Majki między scianą a nebulizatorem. Frajdy przy tm co niemiara, tylko bajki w TV muszą być głośniej).

poniedziałek, 08 marca 2010

A) Nikomu nic się nie stało;
B) Jest coś ważniejszego w życiu dziecka niż CbeeBies;
C) I JimJamowy maraton...;
D) Od niedzieli chodzi i mówi, że nas wszystkich lubi;

"Tato zobacz jak szybko wchodzę"

Hanka, łóżko piętrowe

"Tato, ale to na górze łóżko jest tylko moje, nie Majki, co?"

Hanka, łóżko piętrowe

"Tato... Mogę już iść spać? Naprawdę bardzo mi się chce"

Hanka, łóżko piętrowe

"Dobranoc"

Hanka, łóżko piętrowe

Zacytuję siebie, albo się powtórzę - rozwój życia małych istot wyznacza łóżko. W dwóch co najmniej wymiarach. Jednym jest czas/długość/stabilność snu dziecka, drugim - to w czym śpi i jak. O pierwszym było tu wiele, aż doszliśmy do pewnego stanu constansowego, gdzie starsza jak wstaje w nocy to tylko siku, a młoda tylko żreć, ok. 6, niestety. I niech tak już lepiej zostanie. Z drugim wymiarem potrzebna jest dłuższa wyliczanka.

Hanuta moja dorosła już jak cholera spała w łyżce szpitalnej, u boku mamy, w łóżeczku własnym, aczkolwiek czasem w poprzek, potem już normalnie, później obniżyliśmy dno, potem wyjęliśmy sztachety, żeby potwór swobodnie się po lokalu przemieszczał, wreszcie dostała łóżko "normalne", które szybko już z siostrą rozwaliły (belka ograniczająca przed wypadaniem nie sprostała wyzwaniu). Był raz-dwa epizod, że w nocy w wózku zasnęła typu a'la gondola, równie sporadycznie przydreptywała spać z rodzicami.

Majka jamochłon w wózku nie spała w nocy nigdy, w ostatnim możliwym momencie opuściliśmy na swoje szczęście dno łóżka, bo potwór wstał na giry szybko, wreszcie szykowalim się do wyjęcia sztachet, ale nastąpił niespodziewany zakup, który wynikał z innego zakupu i faktu, że dali nam w sklepie miesiąc na kupienie czegoś jeszcze za 70 proc. ceny. I tak w piwnicy wylądował produkt, który wyznacza kolejny etap w życiu łóżkowym dziecka, a nawet dzieci - dwójki za jednym zamachem. Piętrus.

Jak powiedzieliśmy Hance, że kupione jeszcze chyba w starym roku łóżko skręcamy w niedzielę, to zadała 17 razy pytanie "kiedy skręcamy łóżko?". Potem 24 razy pytała, czy "skręcę drabinę?". Potem 33 razy na minutę pytała "czy już może wejść?". A potem wlazła. Gęba od ucha do ucha to mało powiedziane, kąciki jej ust schodziły się na potylicy.

Ależ oczywiście, że ojciec głównie miał wątpliwości, czy nie za wcześnie, czy nie trzeba będzie podłogi poduchami wypełnić a w nocy dziecię pasem przywiązać. Ale odpowiedzi przyszły szybko trzy.

1) Hanuta wspina się po drabinie jak rasowy grotołaz;
2) łóżko nawet z materacem jest niższe ode mnie, a to znaczy że jest niskie;
3) W nocy Hanucie zachciało się sikać i zaspana nie zaryzykowała sama zejścia, tylko wyła spod sufitu. Mądra dziewczyna.

Majtek w tym czasie kimała poniżej, ale jeszcze nie w nowym łóżku, bo jednak ryzyko wielkie, że będzie non-stop z niego złazić, zamiast spać. Nie zamontowaliśmy dna zwyczajnie i tam wpasowaliśmy łóżeczko dziecięce. Jak ulał - klimacik jest, ciemno jest, etc. Generalnie - dobry wybór, dobra decyzja.

A jakby argumentów za było mało, zyskaliśmy - my rodziciele - dwa łóżka, na które można się wymknąć i dospać. Bo to stare Hanuty nawet dla ojca za krótkie było, a te dwa (na razie jedno) pozwalają się prawdziwie wyciągnąć. I to jest chyba najważniejszy powód pojawienia się pietrusa w domu.

PS: ZDJĘCIE PÓŹNIEJ, BO SIĘ DZIECKO UCHWYCIC NA FOTCE NIE DA SZALEJĄC POD SUFITEM.

czwartek, 04 marca 2010

Czwartek wszechmiar nastąpił. Hanka to nie była ważona z pół roku, albo i lepiej - rok. Bo jak dziecko nie choruje, to do przychodni się nie łazi i się nie waży.
A Majka też jakoś kilka miesięcy bez kontroli. Nawet po zmizerowaniu gęby rotawirusem nie wzięliśmy i nie poszliśmy na wagę. Jakoś to do szczęścia nie jest potrzebne, jak się widzi, że wszystko OK, bo je, śpi i rośnie. Lekarstw nie przyjmuje, używek też nie, więc nie ma co przeliczać na kilogramy.

Hanka Raj

No, ale jak już żeśmy poszli to hurtem, całe cztery Raje. Oto wyniki. W dzisiejszy ważeniu i mierzeniu padły następujące liczby:

Majka, wiek 1 & 2/12. Wzrost 79 cm, waga 10,6 kg, centyl 50

Hanka, wiek 3 & 7/12. Wzrost 100 cm, waga 15,5 kg, centyl 25 w porywach więcej.

Majka Raj

Dwa wnioski są z tego takie, że dziecko młodsze z grubasa w normę nam się przemieniło, na tyle smukłą, że szczepionka po ocenie wzrokowej grubości uda (nie opasłe) tam właśnie została zapodana, a nie w łapę. Starsza - to większe zaskoczenie: A) że już metr ma, B) że kilogramów jak na nią sporo, bo wagą wyprzedza wzrost aktualnie, co w jej przypadku i stereotypie we łbie mym zapisanym jest zdarzeniem epokowym niemalże.

Innych wniosków nie będzie. Nie ma sumo, nie ma szkieletów, jest idealnie piękna średnia Rajowa.

środa, 03 marca 2010

Nie mam z tym nic wspólnego - nie nagabywałem, nie napraszałem się, nie nękałem, nawet nie upiłem licząc na profity. Samo wyszło. A tym lepiej, że z ojcem zaprzyjaźnionym, który o ile mnie pamięć w tej durnej głowie nie zawodzi, bo ostatnio zawodzi coraz częściej, zaczął wypociny swoje pisać po mnie. Nie wiecie o co chodzi? No to stosowny cytacik, a potem link.

Ojca Raj' to tytuł bloga prowadzonego przez Bartosza Raja: http://hantek.blox.pl/html. Motto bloga: 'Ojcowie Zdolnych Dzieci są Gorącymi Zwolennikami Teorii Dziedziczenia'. A dzieci ojca Raja to dwie dziewczynki, w wieku żłobkowym i przedszkolnym, obydwie bardzo zdolne. Blog ma charakter dziennikarskiego reportażu, nadawanego prosto z miejsca wydarzeń. Akcja na tacierzyńskim płynie zaś naprawdę wartko. Jest więc pierwszy dzień pójścia młodszej córki do żłobka, czyli całkowity spokój i uśmiech dziecka (udokumentowany na zdjęciach) oraz lęki i niepokoje przeżywającego to wydarzenie taty (przelane na stronę bloga). Jest karmienie córki młodszej (tytuł: "Wielkie żarcie najfajniejsze w opiekowaniu się dzieckiem"). Jest dziecko chore, karmione na diecie rotawirusowej, czyli papce marchwiowo-ryżowej. I jest też córka starsza, przygotowująca hurtowe ilości świątecznych ciastek do przedszkola i podekscytowany ojciec idący zobaczyć jasełka w wykonaniu córki starszej. Relacja z każdego dnia spędzonego z dzieckiem zdawana jest na żywo, a do wpisów dołączone są zdjęcia i filmiki na YouTube. (Kiedy Ojciec Raj znajduje na to czas ?). Jest zabawnie. I szczerze. A czasem też dość wzruszająco, jak we wpisie pod tytułem "Ona mnie jednak kocha".

Raj

Nie mam z tym nic wspólnego, powtórzę, a linka do artykułu na e-dziecku podesłał mi inny wymieniony tam tatusiek Małej B, z którym zresztą dziś się spotkaliśmy przed przybytkiem edukacyjnym w ramach wspólnej eskorty pociech. Ja już wsiadałem do auta, by Majkę do żłoba odtransportować, on ze swego z Małą B. się wynurzał. Ja gdy się skryłem, wziąłem telefon w dłoń i wykręciłem do Najwspanialszej Matki Globu, celem usprawiedliwienia: - Zapomniałem plecaka, czy Majka może bez kapci do żłoba podreptać? Odpowiedź, że nie ma problemu tylko na chwilę mnie uspokoiła, bo dla NMG większym problemem okazało się, że w tymże plecaku była spódniczka: - No tak, poszła w rajstopach samych, już mi się nie chce z tego powodu do domu wracać - rzekłem, choć słyszałem w słuchawce niezadowolone fuczenie.

A w pracy, jak już sławy bycia cytowanym w artykule doznałem, poczytałem sobie tatuśka Małej B:

Dziś do przedszkola zapomniałem zabrać jej... spodenek. Więc po zdjęciu grubych spodni na dwór, pomaszerowała do sali w rajtuzach. Będą bęcki od mamuśki w domu... no trudno.

Raj

Komentarz zawarty w zacytowanym powyżej artykule jest bardzo adekwatny, tak bardzo, że chyba motto bloga przyjdzie mi niechybnie zmieniać. Oto one:

Blogi to niesamowicie szczere i inspirujące portrety magicznego okresu w życiu mężczyzny stawania się i bycia aktywnym ojcem. Ich życie w domu spowalnia tylko pozornie, bo tak naprawdę zostają wciągnięci w wir świata, który rządzi się innymi prawami. I oni naprawdę potrafią się w nim dobrze bawić!

Tagi: Hanka ojciec
15:44, bartosz.raj , Ojciec dumny
Link Komentarze (7) »
wtorek, 02 marca 2010

Spokojnie, ciągle na stanie dwójka dziewcząt. Ale weekend szalony. Najpierw w sobotę narada wojenna dotycząca wyjazdu wakacyjnego w miejsce GDZIE BYŁO ŚWIETNIE ROK WSTECZ. Narada niebanalna, bo trzeba było się wcisnąć z terminem między mundial a hordy Niemców naciskające na krwawy rewanż pod Grunwaldem.
W niedzielę - urodziny w rodzinie, też niebanalne, głównie dla starszych familii członków, którzy w tym czasie mogą sobie pogadać o dolegliwościach, smutkach, starości i plotach prosto z telewizora.

Niemniej dzieci też tam były i zachowaniami swoimi typowymi uraczyły.

Majka Raj

Hanka na takich zlotach wygląda jak stary zgazowany passat, któremu do silnika wlano wzbogacacz paliwa, i który zwariował z tego powodu wrzucając i nie schodząc z wysokich (bardzo) obrotów. Biega non-stop, krzyczy nawet jeśli ucho słuchającego jest centymetr od jej paszczy, trzyma siki do ostatniej możliwej sekundy, potem w złości na kiblu już sikając mówi, że jej się nie chce. Nabija sobie siników bez liku, wszędzie jej pełno, typowe dziecko oczywiście, ale w którymś momencie, po godzinie-dwóch-raczej nie trzech, już niekontrolowalne. I gdy akurat trzeba wyjść, młodsze wyje ubrane w drzwiach, a starsze ucieka, to można i trzeba się wściec.

Druga Majka ma ścieżkę zdecydowanie odmienną - nakręcona wchodzi, a potem obroty spowalniają. Jest wycie bez powodu, które w świecie dzikich zwierząt przywoływaniem matki możnaby nazwać, są udawane histerie i nieodstępywanie na krok. Potem proces zanika aż do pełnej normalności, czyli wkładania do paszczy czego wlezie.

Hanka i Majka

Wnioski są dwa. W związku z takimi a nie innymi zachowaniami potomków spokój jest wykluczony, bo wredne zachowania na siebie zachodzą i nigdy razem nie znikają. Drugi - dziecięta są wyjazdami wykończone, a po dwóch pod rząd - nawet zmasakrowane. Zmęczenie skrajne owocuje. Aktualnie ropą w oczach, jakimś spojówkowym badziewiem, może gały zatarte, a może to wietrzysko. Niemniej - albo trzeba wychodzić częściej, żeby doprowadzić do przyzwyczajenia i stanu normalności, albo wcale.

PS: Potrzebna dziewczyna, miła, może być blondynka, bez nałogów, która posiedzi z dziećmi 3-4 godziny 3-4 razy w miesiącu, żeby sobie rodzice zrobili wypad bez nakręconych pociech:-). W domu są aniołami, zaręczam.

14:56, bartosz.raj , Familia
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 lutego 2010

A co ja wam tam będę gadał. Napiszę. W domu szantażuje, czasem jęczy, siostrę bije. A jak wchodzi do żłobka to anioł, kurna. Bo trochę jeszcze onieśmielony, ale jak się rozrusza, to Boże miej w opiece tę placówkę edukacyjną.
W czwartek test był - zaliczony - czy da się dwoma etatami i dwoma dzieciakami logistyczny plan przedszkolno-żłobkowy zrealizować bez pomocy osób trzecich.
Najwspanialsza Matka Globu spóźniła się jeno 5 minut na odbiór pociechy mniejszej, starsza jej co prawda wygarnęła, że za późno, ale to była ściema tak perfidna, że hej, bo dziś odbierana godzinę raptem wcześniej zaparła się kopytami i jak nieoswojonemu bydlęciu musiałem jej tik-takami pomarańczowymi drogę do szatni wyznaczać.

A rano? Rano jest wszystko w porządku od tego momentu, kiedy dziecko ubrane już nabiera na chodniku rozpędu na hasła "żłobek" i "ciocia", wygląda to mniej więcej tak (przerywnik na atak śniegu):

A wcześniej jest, jak to mówią, burdel na kółkach, sajgon, masakra, rozpierducha. Przepraszam za słownictwo, nadal nie do końca trafione. Kociokwik, mętlik, pierwszy wiraż na po starcie bolidów Formuły 1.
Jedna się rozbiera do rosołu skacząc po łóżku i wrzeszczy, że nago pójdzie do "Pędzącego Królika", tfuuuu... do przedszkola. Druga wylewa na białą, dopiero co uprasową bluzkę pomarańczowy sok i wrzeszczy, że nie umie grać w golfa... tfu, że mało. Gdy jedna pije mleko, to drugiej akurat nie leży, a gdy pytam o siku - to odmawia zeznań, tfu... - nie chce.
Po półtorej godzinie przesłuchań... tfu... starań i błagań spocony ojciec, albo spocona NMG połapawszy cholery dopina ostatni suwak, kiedy czuć smród afery.

Kupa w gaciach.

Kolejne minuty później, gdy opóźnienie sięga już średnich norm PKP ponownie ubrane dwie Rajówny gotowe są do wyjścia, kiedy starsza mówi: - Siku.
Tak - dwa etaty, dwie pociechy i dwie różne placówki edukacyjne to pikuś. Mały pikuś. Prawdziwe zadanie to skorelowanie wypróżnień.

środa, 24 lutego 2010

W czwartek wielki dzień. Nie, nie dlatego, że Justyna Kowalczyk biegnie w sztafecie. Robimy test. Test umiejetności przystosowania się do życia z dwójką dzieci, dwoma etatami, brakiem niani i wynajętej na stałe babci, za to z przedszkolem rzut beretem i żłobkiem trzy rzuty beretem.

Test będzie miał co najmniej kilka słabych punktów.

1) Najwspaniasza Matka Globu ma wyjechać z domu tak wcześnie, żeby wcześnie z pracy wyjść.

2) Ojciec Kochany ma rozwieźć, tudzież zaprowadzić dziewczyny do przybytków edukacyjnych, co oznacza, że musi wstać. Wcześnie.

3) Czas spędzony przez pociechę młodszą nie może być dłuższy (bo nie chcemy) niż sześć godzin - na razie.

4) Korki trzeba ominąć.

5) Nie pomylić się z wymienianiem samochodów, kluczyków, fotelików samochodowych.

Plan jest z grubsza taki, że jak ja oko otworzę, to NMG już nie będzie, pójdę z wózkiem zaprowadzić Hankę do przedszkola, wrócę, około 12 zawiozę młodszą pociechę do żłobka i dojadę do pracy, z której po 4-5 godzinach wyjdzie NMG i omijając korki zgarnie najpierw z przedszkola Hankę, a potem ze żłobka Majkę, bo akurat od takiej mańki zajedzie.

Test da nam materiał do analizy, ale może nie dać odpowiedzi (lub dać negatywną), czy to się wszystko uda w dzień tzw. normalny, kiedy ojciec z racji igrzysk się kończących, nie będzie mógł jeździć do pracy na popołudnie. Pocieszający fakt jest taki, że w każdy trzeci piątek żłobek serwuje rodzicom wieczór miłości i pozwala zostawić dzieci do 22 czy też 23. W te piątki chyba będziemy się wyrabiać. Tylko co z Hanką?

wtorek, 23 lutego 2010

Ciiiiiiiiiiiiiii... Najkrócej jak mogę i szeptając szeptem. Majka śpi. Śpi, śpi, śpi, śpi. Po jednej przespanej nocy bałem sie odtrąbić, bo wiem jak to się skończyło, dlatego odczekałem do jubileuszu, ciiii... cho jest. Cisza. Śpi.

Majka nie śpi

Jubileusz polega na pięciu przespanych całkowicie, powtórzę to milczącym wrzaskiem - CAŁKOWICIE! - nocy. Nie jakieś banalne trzy godziny, czy pięć. 12 z karmieniem!
Mam je wryte - te pięć nocy - w pamięć. Z czwartku na piątek (numer 1), z piątku na sobotę (numer 2), z soboty na niedzielę (numer 3), z niedzieli na poniedziałek (numer 4), z poniedziałku na wtorek (numer 5). Wymieniłem i już się boję, że nie będzie dziś numeru sześć. A przydałby się. Bo Hanka wstała o czwartej, kasłała jak stary gruźlik i tyle było ze snu.

Powody nagłego przełomu u Majki - przełomu, bo przecież do tej pory przez swoje 420 doby życia przespała od zmierzchu do świtu może ze dwie-trzy noce - są z grubsza nieznane. Zdrowa jest, ale na początku owej serii miała katar, który teoretycznie mógł jej przeszkadzać. Rośnie nadal, leków przeciwbólowych nie bierze, zębów wciąż nie ma wszystkich, jest czasem chłodniej, czasem cieplej w jej pokoju, a Hanka już dłużej niż owe pięć dni śpi z nami. Bez sensu i składu i związku.

Zwalić na żłobek? Trywialne. Ale zgadza się, że seria rozpoczęła się wraz z intensyfikacją podróży żłobkowych. Trywialne... Ale jeśli prawdziwe, to od 1 marca następuje święto prawdziwe, bo Majka idzie do żłobka na full-time. I noce od godz. 20 do 8-9 będą się wlec przeszczęśliwie.

Ciiiiiiiiiiiiiii... Szeptając szeptem. Majka śpi. Śpi, śpi, śpi, śpi.