MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
niedziela, 29 listopada 2009

Zacznę od starszej. Naprawdę nie wiem co jej się stało. To ma znamiona ciężkiego stanu chorobowego, podejrzewałem nawet gorączkę, ale czoło lodowate. Na przedszkole też nie ma co zwalać, bo za długo do przybytku tegoż chodzi, żeby podejrzewać, że dopiero teraz w tym kierunku wyedukowało. Jestem w szoku, Najwspanialszej Matce Globu również dolna szczęka zawadza o dywan.

Dziecko po sobie (i nie tylko) sprząta.

Hanka

Żeby przymuszane, batożone, karane i szantażowane - to jeszcze bym rozumiał. Żeby jedną ręką, tylko do pomocy, za obietnicą słodkiej niespodzianki - może bym jeszcze pojął. Ale nie - to jest spontaniczna reakcja, pełna i kompletna.
Przykładów w ciągu tegoż weekendu mam z tuzin. Sprzątnęła bajzel po Majce - Wy, co macie/mieliście 11-miesięczne dziecko w domu chyba doskonale wiecie, jak wielki bałagan może takie coś w ciągu kwadransa zrobić, prawda? Hanuta sprząta teraz swój pokój po kilka razy dziennie. Przed wyjściem z wanny sprząta do pudła wszystkie zabawki, gąbki i szampony - najczęściej opróżnione, bo przecież robią za jajecznicę gotowaną podczas kąpieli pływającym na wielorybie teletubisiom. Cyrk po prostu, Alleluja!

Jestem tym tak zdumiony, jak niczym od dawna w jej zachowaniu i piszę to z pełną świadomością, gotowy ponieść konsekwencje tych słów. Ale mało tego - wydaje się, że pojęła też trud codziennej harówki rodzicieli swych, gdyż wczoraj podczas dezynfekcji łaźni naszej domowej skulonemu w postawie "na kolana, chamie!" ojcu szorującemu fugi rzekła: - Tato, naprawdę pięknie posprzątałeś, po prostu.

Po prostu anioł.

Drugiej do anioła sporo brakuje (skrzydlate dziwolągi nie są zwykłe chyba budzić się o 4 rano, siorpać mleko a potem dusić się i chrychać przez godzinę cholera wie z jakiego powodu - za ciepło, za sucho, za zimno, za wilgotno?). Ale też w niej nastąpiła przemiana, i oby tylko jedna.
Pierwsza jest taka, że łopata świeci u góry na dziąśle. No taką, to mało który Raj może się pochwalić. Tym zębem jest w stanie kamienie jeść, bawołu zarżnąć. A że je wszystko...
Druga jest taka, że włosy się sypnęły, loki za uszami się formują, a z doświadczenia wiem, że zbliża się moment, że napiszę, że z dziecka dziewczynka się zrobiła.
A trzecia - łazi. Buty z odzysku dziś założyła i tak jej się spodobało, że posuwa: trzy kroki dziś sama walnęła, nim na glebę walnęła, ale niezrażona próbuje, krakowiaka przy przedmiotach odstawia już perfekcyjnie i za łapy ojca-matki też nienajgorzej. No ciekaw jestem, czy w jej przypadku przejdzie roczek, czy nie. Hanka się nie spieszyła - miała 14 miesięcy.

ojciec, Majka

Te dwie przemiany - z których chyba ta pierwsza jednak cieszy i zaskakuje mnie bardziej - niechybnie wskazują, że dzieci moje zdaja sobie świetnie sprawę z istnienia czegoś na kształt rózgi. Bo inaczej fenomenu posprzątanego pokoju dziecięcego wytłumaczyć nie zdołam. Alleluja!

PS: Zdjęcia letnie - wakacyjne: a) Hanka na dupie zjeżdża po plaży, b) Majka, której do głowy nie przyszłoby stanąć na piachu. Wklejam celowo z dwóch powodów - a) archiwizacja zdjęć w komputerze sie powiodła i niewiele zostało wolnych fotek, b) jak ojciec puszcza sobie pod koniec listopada ścieżkę dźwiękową z "Amelii" to znak, że tęsknota za ciepłem niebezpiecznie zahacza o stan, który się leczy.

22:40, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009

W skrzynce mailowej program zajęć córki mej Hanuty dotarł na grudzień, przedstawia się on następująco, wklejam żywcem:

W miesiącu grudniu 2009 r. planowane są następujące imprezy:

01.12.2009r. tj. wtorek, godz. 11.00 – teatrzyk pt. „Zima u Kubusia Puchatka”

04.12.2009r. tj. piątek, godz. 10.30 – 12.00 – Zabawa Mikołajkowa

10.12.2009r. tj. czwartek, godz. 11.50 – koncert Filharmonii Narodowej pt. „Z gorącej Andaluzji”; taniec, gitary, palmas, cajon

17.12.2009r. tj. czwartek, godz. 16.30 – Jasełka dla grup: Dzwoneczki, Piccolo, Wiolinki

22.12.2009r. tj. wtorek, godz. 13.30 – koncert edukacyjny pt. : „Pachnąca choinka” – harfa afrykańska

Zwłaszcza ta harfa afrykańska mnie porusza do pary z palmas i cajon. Na razie wykuwamy na blachę Jasełkowy wierszyk, który zaczyna się od "Śpicie? Wstawajcie! Wesoła nowina...". Bez deklamacji, ale idzie nam dobrze, bo mamy to na co dzień na dwa głosy...

A że w domu córka ma starsza łatwego życia też nie ma (zdjęcie archiwalne odszperane podczas archiwizacji 5.6 giga bajtów zdjęć (od 1.1.09), które zmieściły się zgrane na osiem płyt...

maja, hania

... czeka ją imponująco ciężki grudzień. Cóż, na prezenty trzeba zasłużyć.

22:15, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009

Stało się, co się miało stać, co przewidywaliśmy i czym straszyliśmy. Dziecko tak ostro generowało manierę hipochondrii, że w końcu nas oszukało. Oto dowód, że nigdy nie można ignorować, nigdy usypiać. Nigdy.

Hania Raj

Czasami ona tak już ma. Gdy przez 10 sekund nikt jej przez przypadek nie poświęca uwagi kładzie się np. na kanapie i strzela focha pt. boli mnie... Tu najczęściej pojawiają się motywy brzuszek, noga i kolano, rzadziej, ale nie tak znowu nigdy, pojawia się wirtualna rana na palcu, że trzeba koniecznie na niej przykleić kolorowy plaster. Parę razy nas nabrała, zwłaszcza na ten brzuch, bo niejako dość świeżo w pamięci mamy dubeltowe womitowanie spowodowane wiadomo jakim wirusem.

Pozwólcie, że nawias otworzę. (Przypomniało mi się bowiem, jak kiedyś z Hanutą udałem się do przybytku najczęściej szerokim łukiem omijanego, mianowicie właśnie z powodu jej boleści brzusznych). Uznaliśmy bowiem z NMG, że trzeba to sprawdzić i lekarz - czy on się wciąż nazywa pierwszego kontaktu? - miał dać Hance skierowanie na USG bębena. Dał, nic nie wyszło, ale wcześniej był wywiad i lekarka zadawała siedzącej na obrotowym krześle dumnej jak nie wiem co mojej córce pytania:

- Boli cię brzuszek?
- Tak...
- A gdzie?
- Tutaj [trzykrotne kujnięcie się palcem w okolice pępka)
- A główka?
- Tak...
- A gdzie?
- Tutaj! (cała dłoń masująca całą głowę z uszami)
- A co cię jeszcze boli?
- [pokazuje palcem na rękę]
- A kolanko?
- Tak...
- A tu cię boli? (lekarka pokazuje na buta)
- Nie... To przecież jest kaloszek..., no co ty? (no co ty mówi zazwyczaj do mnie, ale dodałem, żeby zaznaczyć zdziwienie).

Tak więc wyszło, że ściemnia, ale inteligentnie.

Wracam. Rano wstała w humorze wybornym, trajkotanie, opowiadanie o przedszkolu i zwyczajowe dyrektywy - mleko!, - dużo!, - bajki! - poprzedzielane napomnieniami "Chyba - poproszę mleko?" etc, i nagle po wypiciu 180 mln z miodem zrobiła kwaśną minę i powiedziała, że musi odpocząć, bo brzuch ją boli. Odpoczęła, potem znowu powiedziała, że jest nieprzytomna (usłyszała od NMG) i boli ją brzuch. I główka też. Potem domagała się parówki. Staliśmy już ubrani do wyjścia do przedszkola, ona połykała tą parówkę, kiedy wspomniała o brzuchu raz jeszcze i ja jej wtedy odpowiedziałem, że w takim razie musi przyjechać karetka. To ona na to, że brzuch jej wcale nie boli.

5 minut później zwomitowała na dywan dwa razy, do kibla dwa razy i została w domu opróżniwszy z brzucha całe mleko i pokąsaną parówkę. Do przedszkola nie poszła, a teraz czuje się wybornie i śladu zatrucia nie widać, mam podejrzenie zwyczajne, że duża ilość świeżego mleka z miodem + parówka nie za bardzo przypadły do gustu kiszkom.

Ale oszukała wybornie.

18:31, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Ponieważ o odpoczynku przez ostatni tydzień słomiano-wdowcowy nie mogło być mowy, więc nie napiszę, że zdążyłem zapomnieć o wysypianiu się, spokojnych wieczorach, niezakłóconych premierach filmowych, bo to bzdura. Jedyna różnica jest taka, że... O tym właśnie będzie.

To już było pierwszego wieczoru po powrocie. Zmachany lekko trasą "w te i we wte" szczenięcymi gałami wybłagałem u Najwspanialszej Matki Globu dwa kwadranse leżenia w wannie. Z gazetą. Paradoks sytuacji jest taki, że na takie fanaberie przez tydzień mogłem sobie pozwolić bez zakłóceń, ale nie miałem czasu. Zgoda padła, poszedłem więc, cielsko zanurzyłem, zgiąłem w pół papier...

tata, ojciec, raj

Macie takie coś, że nagle zdajecie sobie sprawę, że coś cały czas wam przeszkadza? Że świdruje? Że jest monotonne i wdziera się do najgłębszych zafałdowań mózgownicy? Próbowałem uszy zamoczyć, ale pozycja do czytania to nie za bardzo, a i przez słup H2O dźwięk niósł się donośle i jeszcze bardziej bębniąco. Wyszedłem po 12 minutach.

Wpadam do pokoju, a tam rozpierducha koncertowa. Jedno mniejsze podryguje na koślawych girach przy stoliku pałaszując 16 kanapkę i przegryzając kotletem (o tym kiedyś skrobnę, wciąż nie mogę się zebrać...), a starsza widziwia. Pufy z kanapy ułożone, krzesełko wstawione, koc zaciągnięty, pokrywka od gara przykręcona - samolot zbudowany jak się patrzy.

Niech już będzie, ale pilot zamiast nim lecieć, cały czas gada co robi, generalnie trajkocze, że sie kładzie w tym samolocie spać, yyy*, a że zobacz tata nowa bjaka, yyy*, i będzie spać długo yyy*, i tak jeszcze musi wziąć do samolotu przyjaciela, abo yyy* dwóch, te mśki będą dobre, yyy*, yyy* i tato zobacz yyy* jaki ja mam tu samolot yyy*, mama mi go zrobiła yyy* widzisz? yyyy, mama, a co Majka je? yyy*, kładę się wiesz i, i, i, będę spała!

* yyy (wym: yyy lub iii lub jii, czasem jyyyich!) - łapczywe nabranie powietrza w stanie przyduszania brakiem tlenu spowodowanego jednostajnym i długim, na szczęście sensownym słów potokiem.

Pół żartem, pół serio i nie krzycząc, ale głosem rozdrażnionego (nagiego i mokrego) niedźwiedzia zaryczałem: - A możesz Ty na chwilę chociaż przestać mówić?
Przestała, schowała się do kabiny, odwróciłem głowę, minęło 5 sekund...

Płacz jaki się rozległ był nie do zniesienia, nie tylko rozdzierający serce, ale i duszę, łzy jak grochy, ropacz, łkanie, yyy, yyy, szloch, nieszczęście. Rzuciłem się na kolana, dociekając co się stało, ale lament był nieprzerwany, zaczęło mu towarzyszyć wkładanie rączek do buzi, yyy, myślałem, że zejdę z rozpaczy, takie to było dramatyczne, myślałem, że się w krzesło dziecko walnęło, ale pokrywką zdzieliła, co się stało, co się stało - dopytywałem poruszony dogłębnie.

- Bo, yyyy jak ja, yyy nie mogę, yyy mówić, yyy, to jestem, yyy bardzo, yyy smutna, yyy!

A mów sobie kochane dziecko ile chcesz!

20:19, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 listopada 2009

O czyhającym niebezpieczeństwie wiedziałem od dawna. Jeszcze przed cholernym 1 listopada zmyślne bestyjki planujące kalendarz marketowy ustawiły choinki z czekoladek, żeby nie razić jeszcze prezentami przy zniczach, ale już słodko je zapowiedzieć. Zaraz 2 listopada 1/3 sklepu zajął dział święta. Chleb przytulił się do skarpet, mleko można znaleźć w dziale z alkoholem, akumulatory samochodowe stoją po pieluchami, mięso pogodziło się z chrupkami. Żeby tylko święta pomieścić. Zdziwiło to NMG gdzieś tak w okolicach 8 listopada. Zdumiony jej ignorancją wyjaśniłem: - Wszak do Mikołajek raptem 22 dni, a do Wigilli już tylko 46.

Ponieważ jestem na tego typu uroki zwyczajnie słaby, bożonarodzeniowego cukiercyzmu nienawidzę, ale lubię dawać prezenty, muszę radzić sobie jakimś sposobem. Zaparkowałem dziś zatem przy tym wejściu, od którego dalej jest do świąt. W głowie nie tylko miałem mapę drogową swoich zakupów, ale też wyznaczony punkt skrajny - kajzerki - za który niewychynę, żeby nie wpaść na lalki, miśki, puzzle, traktory, klocki, wózki, rowerki, kosmitów, etc. Choćby nie wiem co - przykłem sobie i dla bezpieczeństwa zrezygnowałem z zapaszku do samochodu, bo wydawało mi się, że jest dalej niż kajzerki. Raz mnie tylko przerażenie chwyciło, bo zapomniałęm cukru, ale tego na szczęście nie przenieśli - wciąż jest między mielonką a burakami.

Zadowolony z koszykiem lekko tylko zapełnionym sunę do kasy numer 1 (święta są na wysokości kas nr 46-99), w nonszalancji i łakomstwie chwyciłem jeszcze kozi serek, z politowaniem spojrzałem na kuszące między regałami kosze z papierem świątecznym (to mnie nie rusza) i już miałem kabanosy wykładać kiedy. O MATKO BOSKO TYLKO NIE TO.

Siedziały takie śliczne, takie małe, takie bezbronne. Miały takie czapeczki, przekrzywione. I były ściśnięte, wygniecione i QRWA MAĆ stały przy każdej kasie. Misie za jedyne 2,90.

miśki

PS: Jadę po baby moje, miśki będą jak znalazł... Tydzień bez nich to wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że na stałe zniszczyły w człowieku możliwość wyspania się. Najbardziej brakuje mi tego - wariactwa w wodzie:

23:35, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009

Sen to jest jedno z tych zjawisk, które wraz z pojawieniem się w okolicy dzieci, przestaje być tym, czym było przez ostatnie 20 czy 30 lat, staje się zdradzieckim sześcianem, który niczym w obrazie "Cube" stale się przemienia, nie dając się ogarnąć, pojąć, zmierzyć, a już na pewno oswoić.

Tym przydługim, być może też przynudnym i na pewno zbyt zawiłym wstępem pozwalam sobie rozpocząć dyskusję na temat przewagi dzieci nad kotami w kontekście snu wspomnianego. I nie idźcie proszę na łatwiznę zakładając (bo i takie skargi tu kiedyś na blogu spisywałem), że dzieci i futrzaki będą jeno rywalizować na częstotliwość budzenia w nocy i nad ranem żywiciela swego jedynego, bo dziecko chce jeść, pić, sikać, a kot wyjść (razy trzy, bo tyle szakali hoduję) i wejść (razy trzy) do domu. Nie, sprawa jest bardziej skomplikowana.

koty, dziecko, maja, ojciec, raj

Jak masz w domu dziecko, bezużytecznym gadżetem staje się mechanizm nazywany budzikiem. Wiadomo, że jeśli masz gdzieś iść na 9 czy 10 to zdążysz swobodnie, choćby nie wiem co, bo dziecko ci jedno wstaje między 7.11 a 7.39, a drugie między 7.27 a 7.42. Akurat opisałem swój przypadek szczęśliwy dość, przyznaję, że do roboty na 8 wstawać częściej nie muszę niż muszę.
Przyczym naistotniejszym elementem tego porównania jest sam moment obudzenia. W przypadku dzieci to jest technika wstrząsowa, nagła i niedopuszczająca wyjątków. Jak się pociechy obudzą, to koniec snu i nawet mi do łba nie strzeli, żeby spróbować wymyśleć jakąś wymówkę przed opuszczeniem kokona z kołdry.

Z kotami - i tu ich perfidia jest uwypuklona w całości - jest gorzej. Otóż te szmatławe pseudo-drapieżniki budzą mnie włażąc na mnie, przy czym najczęściej jest to pozycja tyłkiem i sierścią w nos. Ale nie to jest najgorsze. Wstrętne i złośliwe wszak jest bardziej to, że cholery jedne dopuszczają ponowne zaśnięcie, tulą wręcz do snu, rozleniwiają, mrucząc zaklinają "leż, leż, leż, raju, leż".

No i dzisiaj się spóźniłem: do przedszkola (po zaświadczenie, że dziecko tam chodzi, jak sie u babci nie leni), do mechanika, do pracy. I kawy nie wypiłem. A jak wychodziłem łóżka oczywiście nie pościeliwszy, żegnały mnie zmrużone trzy pary gał wystające zza fałd pierzyny.

17:23, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 listopada 2009

Nie będzie to miły wpis. W sobotę myślałem, ze je pozabijam, pękły i puściły niemal wszystkie hamulce, starsza po całym normalnym dniu zaczęła kasłać położona do łóżka, podczas dawania pić zalała się, obudziła mniejszą, mniejsza zaczęła skakać w łóżeczku o 23 zamiast spać, potem na siłę kładziona zaczęła ryczeć. Kto nigdy nie był w takiej sytuacji pewnie nie zrozumie dlaczego w takiej sytuacji mnie szlag trafił - krzyknąłem co najmniej raz za dużo i co najmniej o ton za głośno.

Hanka

Oczywiście wstyd i poczucie winy, wyrzuty sumienia, że dzieci zasypiały ze smutnymi buziami, nieszczęśliwe mocno. Rano poczucie winy jeszcze większe, bo starsza przyszła do łóżka jakby nic, uśmiechnięta od ucha do ucha, nie kaszlnęła nia razu i na pokaz emanowała postawą "jaka to ja grzeczna jestem". A mi było coraz gorzej, coraz podlej, tym bardziej, że kilka godzin później zostawiłem je wszystkie u babci tej dalszej i wróciłem do pustego domu. I myślałem, że będzie laba, odpoczynek, sen, ale wciąż siedzi we mnie, że przegiąłem.
I jak na złość słyszę co jakiś czas kaszel, tak mi się zdaje, taka klątwa, która mi przypomina ostatni wieczór przed wyjazdem. I wcale się nie wyspałem, choć ponownie powalony choróbskiem w poniedziałek obudziłem się o 16.30. Jak już było ciemno.

Czuję sie wstrętnie, kaszel nie ustępuje (ten mój), i jedno, tylko jedno mnie w tej całej sytuacji krzepi - mianowicie, że dzieci wyjechały, a więc starsza nie chodzi do przedszkola, więc nie złapie nic, i nie zarazi młodszej, od ojca też się nie pozarażają. Coraz mniej bowiem jestem odporny na doniesienia o grypie, choć doskonale zdaję sobie sprawę jak ta informacja jest manipulowana. Jak ma służyć zastrzaszeniu, a więc oglądalności, czytelnictwu, słuchalności. Ale nawet to wiedząc, trudno o tym zapomnieć.

Tak jak wiedząc, że się nakrzyczało na dzieci, trudno o tym szybko zapomnieć.

13:14, bartosz.raj
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 listopada 2009

Siedzę sobie nie spodziewając się niczego wylewnego jakąś ósmą albo i dziesiątą godzinę na dyżurze w fabryce, mając przed sobą jeszcze z pięć co najmniej i marne widoki na jakieś wystrzałowe eventy, kiedy dostaję telefon:

W tle słychać: "No powiedz tacie, co Maja robi"

MAJAAAAAAAAA CHODZIIIIIII - ryknęła na to starsza córka blondyneczka, łobuzem Hanutą zwana.

Maja Raj

Ja na to ryknąłęm na fabrykę, że oto się wydarzyło i jąłem dociekać szczegółów. Oczywiście, że jeszcze nie sama, ale do tej pory nie chciała przewijać nogami podniesiona za ręce do góry do pozycji "stój". Teraz nie tylko przebiera, ale i biegnie, podśmiechując się pod nosem.

Zmieniła też przy okazji technikę raczkowania z szybkiego żuka, na skaczącą wiewiórę, co polega na tym, że na czworaka odeszło w kąt, ale teraz są podskoki w pozycji na kolanach, ciało wyprostowane.

Wielkie to wydarzenie nie zostało jeszcze ujęte w fotograficzne ramy, jeno przemyślenia już naroiło, że to doprowadza niechybnie do bankructwa, bo o ile człowieka małego zbliżonego pozycją do podłogi można jeszcze dogonić i złapać, o tyle przed biegnącym na stojaka lodówka staje się łatwym łupem. Ale o tym, że to małe cholerstwo żre za trzech - jak również o tym zapowiedzianym łobuzowaniu Hanuty - w następnej już bazgraninie, bo przy okazji opiewania sukcesu nie jest ładnie się żalić.

Maja Raj

czwartek, 12 listopada 2009

... to byśmy powariowali, a przynajmniej ja bym powariował, bo już w tej chwili, kiedy organizm lekko się zaczął buntować na aurę chłodno-deszczową, doskwiera mi dotkliwe uczucie bezsilnego pragnienia odpoczynku od dzieciaków, czego się nie da w żaden sposób zagwarantować (jak znam życie, to nawet wypad Najwspanialszej Matki Globu w rodzinne strony z całą tą paką niewiele zmieni, bo wtedy z kolei wydaje mi się, że mam mnóstwo czasu na wszystko i w efekcie na nic mi go nie starcza).

pies, dziecko

Lekko trącony choróbskiem wziąłem na ten przykład kąpiel, saszetkę medykamentu i powalony ciepłotą chciałem skimać na pół godziny kuląc się w łóżku starszej zbuntowanej aktualnie pociechy (o czym chyba w następnym odcinku...), ale cały czas słyszałem pokrzykiwania, piski i inne jęki, wydzielane przez dwa organizmy młode. Świdruje to w uszach, przenika, ba nawet włączająca mrożenie lodówka brzmi jak jęk dziecka, które miało spać od dwóch godzin, i tak dalej - znacie, to rozumiecie.

W tym środowisku nie wyobrażam sobie jeszcze zwalenia na łeb obowiązków z psa posiadaniem związanych, dość rzec, że koty w liczbie trzech dobitnie akcentują swą obecność, bo wychodzą 1, 2, 3 w nocy a wracają 4, 5, 6, nigdy za jednym zamachem. A ja jak ten palant stoję w drzwiach tarasowych i wpuszczam po kolei (stąd choróbsko pewnikiem). I doszłaby jeszcze pobudka o siódmej przez dziecko i z zalepionymi od snu gałami wychodzenie na siku z psem. O nie. Nie, rozsądek bodaj pierwszy raz w życiu zadziałał i na razie psa nie ma, choć bardzo bym zapewne chciał.

pies, dziecko

Jednak od tych wszystkich lamentów, zarzekań i zastrzeżeń jest jeden włochaty wyjątek. Helka tychże państwa. Takiego psa to moglibyśmy mieć od zaraz, już natychmiast, bez reszty. Śpi najdłużej z całej rodziny, na dwór wychodzi niechętnie i w listopadowe dni wystarcza jej szybki, 30 sekundowy wypad na ogródek i sik w jedno miejsce przez szajbniętego na punkcie trawy etc. gospodarza dozwolone jak najbardziej, po czym niespecjalnie uflogana wraca na fotel gdzie dosypia, wieczorkiem leci na dłuższy spacer, gdzie wali twardsze argumenty i dalej śpi, czasem wyczochrana przez dzieciaki oba ku ichniejszej frajdzie (znosi dzielnie). I nawet koty mniej chętnie przemykają na ogródek, bo są wtedy w polu jej widzenia, więc siedzą pod stołem i przemykają jeno do kuwety. Też spokój.

Tak, taką Helkę mógłbym mieć od razu, ale ona jest jedyna, a ci co ja mają oddać nie chcą, sprzedać też nie, więc na razie psa nie ma.

19:20, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Pierwszy raz od 1 grudnia 2008 r. wyszliśmy gdzieś sami. Powodów takiej sytuacji jest wiele, szkoda teraz na to marnować palców i klawiatury. Niemniej efekt eskapady był wyborny. Dosłownie. Pasta Maltagliati alla Norma i prawdziwe włoskie Quattro Formaggi.
Potem wizyta już w "zwykłym" markecie po wino, bynajmniej nie włoskie, bo takowego nie za bardzo przyswajam. I przy okazji tata wypatrzył dla dziecka starszego, Hanką zwanego, ekstra kieckę.

sukienka, hanka

Naprawdę ekstra. A'la tunika, szara w drobną kratkę, z lekkimi bufkami na ramionach i pod spodem wychodzi taki - nie znam się - drugi materiał, co robi za jakby dłuższą jeszcze kieckę. Dziecko wygląda w tym bosko. Naprawdę. Ale ona tak akurat nie uważa.

Już wczoraj próbowała ją z siebie zerwać, mówiąc, że jej się nie podoba, ale zapomniała z racji szaleństw spowodowanych obecnością całej kadry opiekunek (babcia, ciotka i ciotki córka). Dziś rano została w nią ponownie ubrana (co kosztowało wiele zachodu, żeby pozostała czysta a nie uświniona), kiedy ojciec przed spacerem do przedszkola w wannie się odmaczał, i jak wychylił łeb spod wody ujrzał zupełnie nieszczęśliwą twarz.

"Tato, ja nie chcę iść w tej sukience, bo jest brzydka"

sukienka, hanka

Z taką argumentacją zgodzić się nie mogę, ale też dyskutować mi nie wypada. Została więc przebrana i zadowolona poszła w dżinsowej kiecce z kotkiem wyszywanym, uśmiechnięta od ucha do ucha, bo musicie poznać też inną prawdę, że dziecko wymusza ubieranie w sukienki teraz tylko, nie znosząc innego wyboru.

A mnie tam trochę przykro jest... :-), że dziecko już nie polega na mym guście. Ech... I jutro na galę z okazji święta niepodległości idzie znów w wybranej przez się sukience czerwonej. Będzie deklamować "Polaka..." w barwach narodowych, jak poniżej.

sukienka, hanka

20:14, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 listopada 2009

Sztuka kładzenia do spania potomków w wieku od niemowlęcego do pewnie piątego roku życia - nie wiem czy ta granica się nie wydłuży, na razie doznania osobiste mam do limitu lat 3 z hakiem - jest sztuką przez wielu uznawaną za bardzo trudną, a niektórych - za nigdy do końca niepojętą.
Ja niemniej szczyciłem się wraz z NMG do tej pory dziećmi bez problemowymi w tej materii. Tzn. bez kłopotu idącymi spać - żadnych bujanych ewolucji na rękach, magicznych preparatów, podrzutów, oklepywań, specjalnych zabiegów i czarów. Jak zmęczona - jedna i druga - to kąpiel, żreć i lulu. Amen.

Co innego ze sztuką wypączkowaną na tej pierwotnej, a mianowicie - doprowadzaniem dziecka do spania, kiedy się w nocy obudzi z jakiegoś powodu. Tu też bywało najczęściej banalnie prosto - kupa, albo żreć, albo zęby, albo choroba. Najczęściej kończyło się na butelce i żelu na dziąsła (w obu przypadkach). Amen.

Ale co dać na dobry humor?

Tak, tak, tak - mniejsza zawołała o 21 z kawałkiem kilkaset razy "tata" coraz głośniej. Potem było wyciągnięcie z łóżeczka (błąd!), dalej był śmiech, rechot, rzężenie (tak to się powinno pisać?) z radości, spazmy emocji i uwielbienia, podskoki, fikołki i ryki ukontentowanego zwierza. Do 23 z hakiem, a i potem też nie od razu Majtek w kimę zapadła, potrzebne były ze dwie coraz gwałtowniejsze perswazje w stylu "spać już do cholery!"

Wnioski trzeba dziś z tego wieczoru wyciągnąć takie, że nawet jak dziecko pokazuje, że jest śmiertelnie zmęczone, głodne i chce koniecznie iść spać, to trzeba mieć własny rodzicielski rozumek i jak zawsze dziecko kładło się spać przed 20, to nie kłaść ok. 19, bo może istotka i organizm ten mały uznają, że tatuś i mamusia mają na myśli jeno jedną, małą, typową dwugodzinną drzemkę.

PS: Starsza śpi jak kamień i nawet ryki jej nie poruszyły, zobaczymy jak z dzisiejszym teatrem, który spadł na nas dość niespodziewanie.

12:52, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2009

Patryjotyczno-niepodległościowej edukacji ciąg dalszy. Mazurek Dąbrowskiego - jest, położenie kraju nad Wisłą - opanowane, barwy ukochane - biało-czerwone (kolejność co na górze, co na dole się jeszcze lekko pierniczy), teraz przyszedł czas na wzniosłe wiersze.

Dziecko wraca z przybytku popularnie zwanego przedszkolem i na tradycyjne, niewinne pytanie, na które zazwyczaj się oczekuje odpowiedzi "bawiłam się", trzaska "Kto ty jesteś - Polak mały" do samego końca. Jak nagram, to wrzucę. Obiecuję.

hania, i love poland

Tak dumny jestem i chwalę, bo mogę i nikt mi nie zabroni, ale przede wszystkim dzielę się zdumieniem i zażenowaniem lekkim, gdyż w wieku lat 3 & trochę to ja co najwyżej bezmyślnie powtarzałem "CCeCeCeWuKa" - z racji wychowania 438 metrów od stadionu na Łazienkowskiej. Chwil kilka zajęło mi też bowiem pojęcie, że właśnie Hanuta walnęła deklamację czegoś, co było dla mnie pierwszym dość trudnym wyzwaniem w I klasie podstawówki i mówię tu o czasach głębokiego PRL-u, kiedy do szkoły puszczano normalnie siedmiolatki po wizycie w zerówce oznaczającej głównie naukę rysowania szlaczków (gustowałem w niezapominajkach).

Widocznie wraz z reformą edukacji wszystko przesunęło się o cztery lata do przodu (do tyłu?) i teraz trzyletnie brzdące uczą się "Polaka..." a siedmiolatki będą improwizować instalację artystyczną w oparciu o "Litwo! Ojczyzno moja!...", zgaduję, że moje dziecię dostanie frazę do wyrecytowania: "...Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała..." - bo ten właśnie fragment ojca zmorą był.

I zdumiewa mnie i przeraża, że tak szybko po przeżyciach na porodówce przyjdzie mi wrócić do szkolnych ław. Z geografią i biologią sobie poradzę, historia i polski też pójdzie jakoś, ale z chemii, fizyki i matematyki jak nic czekają mnie korki. I to już na poziomie wczesnej podstawówki.

11:36, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Jedno z fajniejszych wydarzeń wspólnych z udziałem ojciec-córka. Bal halloweeen. Najwspanialsza Matka Globu została siłą uwiązana z najmłodszym szantażystą, który niechybnie całą zabawę nie tylko glutami, ale i krnąbrnością swoją by zepsuł, a my sobie polecielim do innego miasta na imprezę (BTW: Majtek za swoje zachowanie doczekał się zakazu noszenia na rekach, o czym mnie własnie NMG poinformowała - musiało być ostro).

Hania Halloween

Wniosków kilka się nasuwa: a) chcę mieć dom, a na jego szczycie bawialnię, w której mogą stanąć zabawkowe domy, namioty, zjeżdżalnia i jeszcze się stół z łóżkiem zmieścił i 69 kg dyń. Mam gdzieś informację o kryzysie.
b) córka moja tylko w domu bywa dzikusem, tudzież coraz częściej w kontaktach ze swoim narzeczonym (wspólna zabawa? o nie - ciągle moje, moje...).
c) w towarzystwie nieznanym z przedszkola, gdzie niechybnie ustawiła sobie hierarchię, ale walka o byt jest procesem ciągłym, bawi się tak, że ojcu kopara opada, mimo stanu amokalnego. Wspólna zabawa - proszę bardzo. Zjem coś? - proszę bardzo. Skupię się na czymś przez dłużej niż 0,0012 sekundy? Owszem.
d) towarzystwo starsze też jest fajne. Choć nie wiem czemu się bardziej wstydzi.
e) Halloween jest dla dorosłych.

Myśl ostatnią niejako na marginesie bloga o dzieciach rozwinę. Halloween jest po to, żeby dorośli mieli problem z pogodzeniem widoku uśmiechniętych dziecięcych twarzy pomazanych farbami, w barwach np. bynajmniej nie-wściekłego tygrysa z żałobnym u nas świętem wszystkich świętych, kiedy nagle miliony Polaków (pewnie, że nie wszyscy!) przypominają sobie o bliskich, nagle dowiadują się, że za znicz trzeba zapłacić nawet 25 zł i kiedy przez dwa-trzy dni spotkań rodzinnych w szaro-czarnej atmosferze uspokajają sumienie na cały rok.

Może Halloween w ten przewrotny sposób, przez niechęć do zbliżenia dat 31 października i 1 listopada, spowoduje, że na groby będziemy jeździć częściej w inne dni roku, latem, wiosną?

niedziela, 01 listopada 2009

Niestety to małe zachowuje się tak, że cholery można dostać. Majtek jest totalnym przeciwieństwem Hanuty - tamta jak była mała, w sensie mniejsza niż teraz, czyli w wieku Majtka, to potrafiła się zająć sama sobą. A to małe - wcale. I co z tego, że żre jak najęta i wszystko, skoro 30 sekund zwłoki w daniu tego żarcia oznacza ryk wielki. I co z tego, że ostatnie dwie noce były pierwszymi bez karmienia o 4-5 rano, skoro od samego rana jest ryk, że na ręce, że na łóżko, że z łóżka...

Hania i Maja Raj

Wytresować chce nas, albo uważa, że już wytresowała. Skaranie boskie. Trzeba coś przedsięwziąć. Kary cielesne i podduszanie na dłuższą metę nie działają :-). Jakaś konsekwencja by się przydała. Ale z tym gorzej, bo czasem dla świętego spokoju... No właśnie.

Za to Hanuta - anioł. Na Halloween balu była i brylowała - mimo stanu na granicy amoku była tak grzeczna, że ojca duma trzyma do tej pory. A teraz jest u Milana na randce - to też nowy zwyczaj, że trzylatka na randki do chłopaka chodzi.
W domu też anioł - jak ojca dzisiaj choróbsko na chwilę powaliło, to usiadła na mnie i powiedziała, że weźmie mnie za rękę, a ja mam sobie pospać.

Żeby jeszcze przekazała wiedzę i styl zachowania tej młodszej cholerze, to by był już istny raj. A tak jest łagodna wersja czyśćca.

13:07, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 października 2009

Miało być, że będą sportowe talenty przejawiać, miało być, że muzyczno-taneczne, wszak przybytek edukacyjny z nutką w nazwie, miały być ratownikami na basenach lub ogrodnikami. Może będą, licho je tam wie. Ale będą na pewno patryjotkami.

To, że Hantek wie, gdzie jest na mapie Polska ("ta pomarańczowa") od grubo ponad roku wiadomo wszem i wobec. Że Egipt tam jest też - od kilku miesięcy, kiedy to narzeczony tam wyjechał.
Majtek tylko się nauczyła paluchem pokazywać, też już trafia (czasem jej się na Rosję ześliźnie, co w rachunku prawdopodobieństwa, gdzie zmienną jest powierzchnia, jest dość oczywiste).

Teraz doszło śpiewanie niemal na baczność hymnu Mazurka Dąbrowskiego. Ryczy starsza najgłośniej podobno z całej grupy (bo - a jakże inaczej - nauczona w przedszkolu). Majtek zaś się chwieje do rytmu jak zmęczony żołnierz na warcie.
I wie najwyraźniej Hanka, że to nie jest jakaś tam piosenka, bo a) sama jej nie chce prezentować, b) ani na zawołanie też nie. Tylko przy specjalnych okazjach.

A to jeszcze jeden cieszący mój ryj dowód, że dziecko nie jest cyborgiem, ani małpą, tylko dzieckiem.

PS: Oczywiście przynajmniej te moje dzieciaki, nie mają jeszcze uczucia przynależności narodowej, ani świadomości posiadania ojczyzny, ani innych doniosłych emocji. Ale cieszę się, że moja córa do wiedzy tej się zbliża.

Małe a ważne. I ważne, żeby chorą postawą "moje dziecko jest naj..." tego nie spieprzyć.

PS2: Moje są naj... :-)

21:45, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »