"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
wtorek, 21 września 2010

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle jest kwitowane z paszczy najmłodszej równie kategorycznym "nieeeeeeeeeeee!". Zazwyczaj na krzyku się kończyło, bo wzięta pod pachy nogi podkurczała, okiem smoka szukała i zasypiała wtarabaniona do łóżeczka natychmiast. Teraz jest inaczej...

Maja, łóżko

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle jest kwitowane z paszczy najmłodszej równie kategorycznym "nieeeeeeeeeeee!"... po czym następuje ułamek sekundy tzw. zastanowienia się... a potem sprint, bardzo często okraszony wypadnięciem na bandę w postaci słupa drewnianego tudzież ściany przedpokojowej, co jednak nie spowalnia zawodnika, który dąży do spektakularnego rzutu na łóżko. Następuje obowiązkowe zaciągnięcie kołdry na nos i gromkie "pa-pa!".
Pierwszej nocy wstała raz, uśmiana na całej gębie, drugiej pod moją nieobecność ponoć trzy radosne podrygi były. A dziś?

Maja, łóżko

Maja, łóżko

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle... Nawet nie wstała. Śpi. Sama w swoim dorosłym łóżku. Bosko. Teraz pieluchy i mamy dwie dziewczyny zamiast dziewczyny i malucha ;-)

Maja, łóżko, Hania

niedziela, 19 września 2010

Jedno zdanie na koniec tego pokręconego i masakrycznego jeśli chodzi o wypoczynek (czyli absolutny jego brak) weekendu.

Maja nie śpi już w łóżeczku. Łóżeczko jest na sprzedaż, razem z materacem i duperelami akcesoriami. Maja śpi pod Hanią, w normalnym łóżku. Ubaw miały po pachy, mimo stanu mocno już niedomagającego wieczorem tej starszej.

Maja wstała tylko raz - powiedzieć 'pa-pa" po raz setny-piędziesiąty-ósmy. Śpi. Cisza. Ale rano będą jaja. Oj będą... Zdjęcia wkrótce.

czwartek, 16 września 2010

Przytuptała Hanuta do mnie wieczorową porą prawie przed-senną i zadała trudne pytanie. Nie, nie skąd sie biorą dzieci, bo to wie doskonale, ale mianowicie, gdyż, ponieważ zagadnęła ojca lekko już rozleniwionego, czy będzie mogła zatrzymać ubranka po Majtku.

Hanka, ojciec, Raj

(dla niezorientowanych to to mniejsze ladaco żeńskie, które aktualnie rozsadza dom od wewnątrz)

Lekko mnie wcięło, w sensie zadziwiło, przez moment gotów byłem lekcję zacząć, że taka dorosła dziewczynka powinna wiedzieć, że Majek jest mniejsza, i że na nic jej te ubranka, kiedy zostałem po raz drugi nokautem walnięty o ziemię - Ubranka mają być dla mojego dzidziusia, tato - uzmysłowiła mnie córka.
Hmmm... uśmiechnąłem się absolutnie nie ironicznie, ani nie litościwie i zapewniłem, że jak Hantek będzie już taka duża, żeby mieć dzieci, to na pewno będą łądniejsze i fajniejsze ubranka dla nich. Doszliśmy do pewnego konsensusu, mianowicie zgodziłem się na zostawienie wózka po Majce i jednego ubranka. Ale to nie był koniec.

Mianowicie dziecko poprosiło mnie o narysowanie jej dziecka na brzuchu. Zapamiętała jak dla jaj taką mordencję narysowalim kiedyś Najwspanialszej Matce Globu na jej wielorybiej wyspie 9 miesiąca. Ponieważ ojciec był już coraz bardziej pytaniami rozlepiony obiecał, ale rano, później, idź spać kochanie.

dziecko

Pierwsza rzecz rano, o którą dziecko zapytało? Oczywiście o mleko. Ale druga sprawa to już było to, co powyżej. Poinformowany również zostałem, że jej się dziecko mianowicie śniło. Broniłem się godzinę, w porywach do godziny i pięciu minut, w końcu tuż przed wyjściem do komórki arcyważnej edukacji przedszkolnej złamałem się, chwyciłem mazaka i wymalowałem dziecię w pozycji jak umiem najlepiej embrionalnej (na zdjęciu dwa dni później policznych próbach zmycia).

Bo albo się nie spodobało, albo rubaszność wykonania czynności nie podeszła ikonce najukochańszej, gdyż byliśmy świadkami prawdziwego wstydu i cierpienia, kiedy dziecko obciągając bluzkę żałosny głosem prosiła o zmazanie. Wstyd, że ktoś zobaczy? Że ktoś w przedszkolu będzie się nabijać i śmiać? Że to za poważna sprawa, aby rysować karykaturę? Nie potrafię droga komisjo rozstrzygnąć. Podejrzewam jeno, że na emocje córki wpływa fakt, że jej kolega najbliższy spodziewa się siostrzyczki. Może o tym rozmawiają nader często. Niemniej dziecięce przeżycie na ojcu zrobiło piorunujące wrażenie. Pierwsza, prawdziwie wstydliwa sytuacja.

wtorek, 14 września 2010

Majtek zeżre wszystko więc poza tym zdaniem, więcej nad jej dietą, w tym słodyczami, nie będę się pochylał. Za to Hanuta - kto tu wpadł częściej niż podmiejski do stacji Jeziorki ten wie - wybredna od urodzenia, przepraszam za porównanie, ale nawet cyckiem pluła. Skaranie boskie ile my się namierzyliśmy i liczyliśmy ile to mleka wypiła, zapiski z gatunku: "25 ml butelka + 4,5 minuty cycka" - były normą.

Córka moja starsza ma np. wstręt do groszku. Również do jajecznicy - pojedyncze przypadki skonsumowania - i generalnie jaj w ich czystej postaci. Miała też wstręt do czekolady - nie lubiła. Lizaki, ssaki, pastylki, mentosy, tik-taki - wszystko tak w każdej ilości, i niestety bez konsekwencji ze strony rodziców przed-po-i w trakcie obiadów też. Ale czekolady nie i już, pluła.

W zasadzie to nie wiem czy będzie jak z jajecznicą, ale zdarzył się nie tak dawno wyjątek, który mnie zdumiał, więc piszę. Hanuta zjadła pół jajka niespodzianki. I jak Njawspanialsza Matka Globu wróciła do domu, to z krzykiem ją o tym poinfoirmowała z dumą. Jednakże w domu nadal czekolady nie ma i na razie tak zostanie. Nie dopytuje się, więc nie je.

18:04, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 września 2010

Wczoraj przyszła koleżanka od urodzenia. I przy koleżance poziom zaobsorbowania graniczący z utratą kontaktu z rzeczywistością był porównywalny do tej widzianej w telewizji u niektórych polityków. Efektem całego ambarasu było, że zwijającą się w precel Hanutę wysłałem do kibla, to odpysknęła i zamiast siąść na nocnik zboczyła do pokoju z zabawkami, a po kolejnym znuszeniu do wizyty na toalecie okazało się, że gacie mokre, co odbyło się w hałasie oskarżycielskich ryków "Przecież mi się nie chce! Próbowałam!"

Nie wytrzymałem. Za kłamstwo bezczelne.

Hanka, Majka, ojciec Raj

Niech mi cholera ręka uschnie, jeśli nie czuję się z tym fatalnie nanosekundę po ustąpieniu złości. Ta wzbiera tym większa, że bezskuteczność szantaży, kar, nagród widzę. Jedyne co działa, to w sytuacji nie tak ekstremalnego pochłonięcia emocjami jak wczoraj (bo koleżanka, bo zabawa, bo coś tam układały) to ciągłe przypominanie i wysyłanie, narażając się na pyskowanie w stylu: "Nie dyskutuj! Nie chce mi się!". To dawało rezultaty - od 20 lipca nie zesikała się do wczoraj ani razu.

A rano dziś na dowód, żem bezsilny, taki tekst oto mi bowiem walnęła przed przedszkolem, zapytana czy pamięta co z sikaniem.

- Tak, nie będę sikać w majtki, a jak będę to wcale mnie nie będzie bolało w dupę i nie będę płakać.

Zatem ręce mi opadły. Niech się dzieje co się chce. Majtek mamy sporo, niech sika, niech nie sika, obojętne mi. Najlepsza nauką (albo ostatnią, która mi do łba przypływa, jest, że sama musi latać do łazienki i sama pojąć, że im wcześniej, tym lepiej i mniej strat.

Odpuszczam.

16:17, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 września 2010

Wróciliśmy. I jest jak jest. Morza nie ma, zimno jak cholera, to jednak niewiarygodne jak ktoś może tak lampę wyłączyć nagle i z 40 stopni w cieniu robi się ledwie 8 w nocy. Kaloryfer niedługo będzie grany (na razie u dziewczyn 18 kresek), więc się wstrzymuję.

Ogrzewamy się zatem w wannie gorącej i toczymy dyskusje. Już w trójkę, bo - tu cytat ze żłobka - "rozgadała się i rozbrykała ta Majka". Hanuta opowiadała jak to było pierwszy dzień w prawdziwym przedszkolu, no bo we wrześniu była dziś, w poniedziałek, dzień pierwszy, nazwa grupy jej się zmieniła, sala, miejsce w szatni i generalnie nowy rok szkolny... Ustawia te butelki, te olejki, te szampony i wylicza: to Jagusia wróciła, to Mikołaj, ciocia Ewelinka...

- A Baśka wróciła? - pytam, znając odpowiedź, bo widziałem wypis w kartotetece grupy "Pszczółki". - Tak, wróciła też, ale tato wiesz... - tu dziecko zamarło, a oczy jej się wielkie zrobiły i dzikie, i kolor zmieniły, i cała aż się zaczęła trząść z ekscytacji, aż Majtek nie wiedząc co się dzieje, a korzystając z okazji, fiolkę z bańkami mydlanymi jej wyrwała. - Baśka ugryzła Kleofasa!!! - wykrzyknęła moja starsza (imię zmienione, bo chyba żadnego Kleofasa w przedszkolu nie ma).

Hanka, ojciec, Raj

Grubsza historia. Kleofas dzieci bił. Wszystkie jak leci i gryzł. W zasadzie czas przeszły jest tu zastosowany niezgodnie z zasadami gramatycznymi języka polskiego, bo gryzie i leje wciąż. Ciocie poza informacjami dla rodziców próbowały uzyskać efekt poprzez integrację - był ów delikwent wysyłany więc do recytacji wierszyka z Hanką na ten przykład, choć wcześniej ją poturbował. I tak to jakoś się odbywało bez szwanku na zdrowiu na szczęście, ale jeszcze jakoś przed wakacjami przedszkole nawiedziła "kumpela z podwórka", zaprzyjaźniona od 55 centymetrowego bobasa Baśka (blog 'Mała B' - znajdziecie na boku w linkach). Żartowaliśmy z ojcem tamtym, że teraz we dwie jak się za niego nie wezma, to ho-ho!

Dopiero teraz po wakacjach efekty nauczania naszego "nie daj się", "oddaj", "kopnij go" poskutkowały. Baśka według relacji mojej córki z wanny miała karę, ale małą, bo tylko siedziała przy stoliku na rysowanie, Kleofas się poryczał, a ja od razu zakręciłem do ojca tamtego składając gratulacje, ten mnie uświadomił, że Kleofas miał zabawę powalanie dzieci na ziemię i nakładł Baśce do głowy, żeby się broniła...

I tak oto zwyczajna satysfakcja z wyrównania rachunków stłumiła inteligenckie parcie do dobrego wychowania i chrześcijańskiego nadstawienia drugiego policzka. A morza nadal nie ma.

czwartek, 02 września 2010

Co prawda dziś wyraziła zainteresowanie sportem mówiąc, że "zamiast tenisa prosi o włączenie bajek", ale też w knajpie na rybce chwilę później rozpoczęła trudne negocjacje mające na celu wyłudzenie od taty 2 złotych na karuzelę, tym trudniejsze, że monety wyszły na trzy poprzednie sesje karuzelowe i zostały jeno "papierki", które w wyobrażeniu ojca stanowiły dostateczny i ostateczny argument, że z karuzelą koniec.

"TO IDŹ WYKOSZTUJ TROCHĘ PIENIĘDZY I WTEDY DOSTANIESZ WIĘCEJ".

Hanka

Napisałem wielkimi i jeszcze pogrubioną czcionką, bo dopiero po chwili dotarło do mnie, że wyraziła najgenialniejszą myśl świata biznesu, ekonomii, szeroko pojętych finansów. Można ją "po dorosłemu" wyrazić "jak nie zainwestujesz, to nie zarobisz", choć zastanawiam się jeszcze, czy nie chodziło mojej córce o "jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz". W każdym razie nie dała rady i papierka nie "wykosztowałem".

Hanka

środa, 01 września 2010

Generalnie cierpliwość jest towarem deficytowym, zwłaszcza na wakacjach, kiedy radość dzieci zbyt często przeradza się w szaleństwo, to zaś w amok, a stamtąd już malutki krok do obłędu i niechybnej katastrofy. Wczoraj na ten przykład rowerami na kawkę do Sopotu sie udalim i eskapada ta była niespodziewanie bezkłopotliwa.

Dwa bambry w fotelikach ryczały z radości (Majtek co prawda ma teraz gały czerwone i zamierzamy eksplorować tutejszą przychodnię na okoliczność zapalenia spojówek, czy też zwykłego wiatrowego i piaskowego podrażnienia), zażyła też loda pierwszy raz, a kawa w miejscu byla dokładnie tym, gdzie sześć lat temu rozpoczęliśmy drogę niechybnie zmierzającą do zawiązania pierwszej zygoty.

Hanka

Ale skończyło się oczywiście nieszczególnie.

Moja wina. Powiedziałem Hantkowi, żeby nie dała Majtkowi łazić po kałuży. Zatem jak Majtek przez kałużę już przeszedł z triumfalnym okrzykiem pierwotnych dzikusów, Hanka złapała ją za kaptur i chciała wyciągnąć. Efekt - posadziła Majkę w samym środku jedynej kałuży na "Monciaku". Z mokrą ikonką przerwałem zatem romantyczne popołudnie i zrobiłem do Gdańska rekord trasy.

Maja, oczy

[na zdj. powyżej lody przed katastrofą, poniżej: kąpiel po powrocie, oczy widać zaczerwienione]

Maja, oczy

Rano zaś dziś padłem ofiarą powszechnej niestety na wakacjach recepty "nie rób/zrób to dostaniesz nagrodę". Najwspanialsza Matka Globu w przerwie gulgoczącej rannej furii zajęła się zabawą w chowanego na powierzchni ponad dwa razy większej niż nasze stałe lokum wynosi. Ja w tym czasie dorwałem się do komputera, tak niestety, mam.
I nagle dotarło do mnie, że do mnie mówi ktoś i coś. Starsza domagała się otwarcia drzwi od łazienki, gdzie podejrzewała skitraną matkę zastać. Lekko zamroczonym znad bloga czy maila wzrokiem pytającym się na nią zerknąłem a ona do mnie kategorycznie:

- No wstań! I pomóż mi otworzyć drzwi. To dostaniesz potem nagrodę... (zalotnie)

Próbowałem być cwany. - A jaką ty mi nagrodę sprawisz - dociekałem (ironicznie).

- Będziesz mógł wrócić i pisać na komputerku i ja ci nie będę przeszkadzać, zgoda? (z wiarą).

Zgoda. Znaleźliśmy matkę, z wypociny te efektem, że nagrodę dostałem.

......................................

PS-y dawno tu nie widziane. PS1: Zaprzyjaźniony blog zaprzyjaźnionego ojca zaprzyjaźnionej dziewczynki doniósł, że Hanka nie jest już w grupie 'Piccolo' w przedszkolu tylko "Pszczółki".

- Ładnie jest nazwana ta moja grupa - komentarz zainteresowanej. Ufff...

PS2. Od 20 lipca nie zesikała się majtki chyba ani razu, choć ciągle miewa potańcówki nożne, kiedy próbuje wkręcic mocz z powrotem do środka układu sikowego.

PS3. Choroba lokomocyjna nie ustaje po opuszczeniu samochodu. Wyobraźcie sobie, że zniosły (obie) całkiem dobrze podzieloną na dwa nad morze drogę, natomiast Hanka wymiotowała przez sen po dojechaniu, w nocy, bez powodu, wszystko. Szumiało jej w głowie auto i morze, najpewniej. Niezwykłe.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Bez zbędnych słów, kilka raptem. Podróż z dzieciakami sprawdzonym patentem okraszona - w połowie trasy nocleg w najpiękniejszym miejscu świata.

maja i hania

maja i hania

maja i hania

Ale w końcu nie można było zostać, ani zawrócić. Trud kolejnych 2,5 godzin i 100 tys. pytań na minutę oraz jednak regularnych jęków znudzonych tyłków dziecięcych wynagrodził widok z okna.

Bałtyk

Ponieważ morze mamy w domu, to prawie nad nie nie chodzimy, bo jak wieje mocniej, to morze wpływa do nas. Zatem pojechaliśmy poogladać inne morze.

Bałtyk

Bałtyk

Bałtyk

Cielsko Majtka skutecznie zasłoniło miejsce pobytu, co jest zgodne z ustawa o ochronie danych cennych dla egoistów, którzy się fajnymi miejscami w Polsce dzielić nie chcą :-).

Bałtyk

Odbicie? Nie.

maja i hania

A po powrocie chwila konteplacji w poetyckim nastroju i nostalgicznym charakterze oraz w oczekiwaniu na piękny koncert w Stoczni, który bedziemy podziwiać... zza płotka.

maja i hania

CDN.

sobota, 21 sierpnia 2010

'Mama', 'tata', 'daj', 'nie', 'tak', 'nie ma' - to pikuś. To w sumie nie gadanie, tylko sylabizowanie. Takie nawet niezauważalne na dłuższą metę. Jakoś zawsze mnie zdumiewało, a może nawet śmieszyło opowiadanie, że "moje dziecko powiedziało pierwsze słowo 11 kwietna 2001 roku o godz. 14.03 i brzmiało ono >mama<".
Ja nie pamiętam, czy Hanuta powiedziała 'mama', czy' tata', czy może - prawdopodobnie - 'kunta', co znaczyło 'smoczek'. A Majtek też zastanawiać się muszę ostro, czy potrafię nazwać nawet miesiąc, kiedy powiedziała pierwszy wyraz i czy to było 'nie', czy może 'nionio'?.

Majka, smoczek

Tak czy siak dzięki zapiskom tym chaotycznym będę w stanie okręślić przynajmnie to, że zechciało mi się sobie i światu objawić, że Majka gada w sierpniu 2010 r. Gada, tzn. składa wyrazy z gestami i grymasami, kapuje też już wszystkie komendy, ba - niestety - nie zawsze, a nawet częściej niż w połowie przypadków się z nimi nie zgadza.

Najfajniejsze wyrazy, których używa, to takie nie do końca oczekiwane (żadne 'piciu', 'mleko', czy 'am'). Ale np. na pytanie, czy widzi, że rozlała soczek odpowiada "widzę". Wparadowała raz do pokoju, zobaczyła na stole i rzekła "bu-tel-ka". Wczoraj jak ją do snu zanosiłem zerknęła na kalendarz i wyrecytowała "pa-pu-żżż-ka".

Nie wiem skąd niektóre słowa się biorą, jestem niemal pewny, że nikt w tym domu nie powiedział 'papużka' przez kilka ostatnich lat. Butelka? Prędzej, dużo prędzej. Tym bardziej pękam ze śmiechu.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Nie wytrzymałem i dogrywkę wakacji zarzuciłem w wersji pół na pół, tzn. pół rodziny pojechało na wschód do miasta, a pół na północ, gdzie jezioro, pomost, rower... o matko!
I konstatacja taka na mnie napływa, że wakacje pół na pół są przyszłością narodu, tfu... rodziny, tylko trzeba jakoś to sprawiedliwie podzielić, a nie że ciągle ojciec sobie jeździ nad jezioro ze starszą już-nie-kulą-u-nogi córką, bo młodsza jeszcze nie skuma, że ma siedzieć na ręczniku, kiedy rodziciel skacze z pomostu i się nie ruszać.

Hania

No co ja mam pisać. Fantastycznie. Zero uwiązania jakimiś porami jedzenia, spania, przewijania, jęczenia nocnego, pełna swoboda ruchowa rowerowo-piesza i mniej awantur w samochodzie w podróży. Tzn. niemal wcale - jedna, o włączenie komputera połączona z szantażem, że brzuch ją boli. Szantaż skuteczny, brzuch nie bolał, komputer chodził do wyładowania baterii, rozładowania korka i dotarcia do NI.
Niemniej wyboru nie miałem, bo w trasie "do" był haft - tuż przed skrętem na Grunwald, i to dość nieoczekiwany, nie poprzedzony symptomami w postaci jęczenia, skarżenia się czy choćby niewyraźnej facjaty. Womit maleńki, womicik nawet, nie śmierdzący, soczkowy, więc szybko wyprany i śladu nie pozastawiający, niemniej ewidentny - choroba lokomocyjna.

Hania

I teraz już nie wiem. Bo Hantek dostaje od pewnego czasu przed każdą dłuższą podróżą specyfik do ssania - wieczorem przed, rano przed i tuż przed. I do tej pory działało połączone z nie jedzeniem przed jazdą.
A przecież wracaliśmy po misce zupy, w aucie zeżarła paczkę chrupków, i nie zemdliło ją nawet na chwilę.

Hania

Wniosek mam, może błędny, ale przynajmniej jakiś jest: mdli ją jak się nudzi i za okno się gapi. Jak się wpatruje w ekran i skupia na czymś innym niż jazda - objawów brak. Argument za wnioskiem: gdy komputer zdechł było już ciemno i blisko domu, więc efekt mdlenia nie wystąpił. To teoria, ale jakże konieczna do potwierdzenia.

Hania

Hania

15:10, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 sierpnia 2010

Z zamkniętymi oczami chwytam jej koniec w wypracowany wieloma próbami stylu, siekaczem nadrywam celofan, ruchem okrężno-wirującym odsuwając mordę od ręki ową folię zruwam, capnę paszczą lub ciachnę nożem końce jej, do mikrofali wrzut na 30 sekund, potem nożyk - ciap, ciap, ziuut i po skórze, która w gębie ląduje, albo na miskach kotów i parówka - ciach-ciach na plasterki - gotowa w minutę.

Czyli podstawowa jednostka żywieniowa obu moich dzieci bez względu na to, czy dzieci te są już nie tak drastycznie zaangażowanymi niejadkami (Hantek), czy też obficie z żarciem przesadzającymi spaślakami (Majtek).

A w zasadzie to ostatnie zdanie powinno brzmieć: po trzech dniach chorobowego oczyszczania otworami wszelakimi Majtek już nie jest spaślakiem a obżartuchem z racji przypadłości być nie może.

I o tym właśnie będzie. Odbieram w aucie telefon z domu.

- Parówkę zostawiłeś przy mikrofali.
- A no zapomniałem, i dobrze. Może (Hanuta) zja cały obiad w przedszkolu.

- Ale dorwały ją koty i nadżarły.
- ...
- A potem połówkę nadjedzonej parówki wepchnęła sobie do pyska i zadwolona teraz chodzi (Majtek).
- ...

Znak, że przypadłość zmierza ku końcowi.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Najbardziej w leczeniu dzieci wkurza mnie to, że przy chorobach uciążliwych, ale nie straszliwych, leczenia nie ma. Nie ma też lekarstw. Jest przeczekanie. A jeśli choroba jest poważniejsza to leczenie polega w gruncie rzeczy na tym samym + antybiotyk. A jeśli choroba jest najcięższa to dochodzi jeszcze szpital.

I tak na womitowanie dziecka i wysoką temperaturę, co śmierdzi w przenośni i dosłownie rotawirusem, a u lekarza zostało nazwane "infekcją wirusową zaczynającą się od wymiotów" lekarstwa brak. Bo nie jest lekarstwem preparat obniżający temperaturę, podawany co 6-8 godzin, nie jest lekarstwem też dieta. Nie ma "pigułki", która zażyta odpowiednią ilość razy dolegliwości zwalcza.

I to mnie wkurza niemal równie mocno jak niestrawiona kolacja makaronowa z musem jagodowym, w którym przemycony był proszek na biegunkę (lekarstwo?)...

18:33, bartosz.raj , Poważnie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 sierpnia 2010

Lecimy na działkę autem. Wreszcie w zgazowanym gracie mam radio z CD. Ale gadam z córką zamiast słuchać, no bo wszak weekend, trzeba się dziećmi na cieszyć, no nie? (nawet jeśli w tym czasie jedno przelewając się walczy z gorączką). No to coś tam sobie dywaguję, dialogować próbuję, a ona mi na to:

Oczy, Hanka

- Masz jubyjuby? [nie mówi 'r']

Miałem. Jak się skończyło to spytałem, czy chce jeszcze. Chciała. Jeszcze raz. A potem:

- Teraz Aj ken dułit łytałciu!

A potem poprosiła jeszcze o

- Łen dekick dajs dałn.

Też miałem. I cieszy mnie, że poza twórczością przedszkolną, okazjonalną, patriotyczną, dzieciącą, ogłupiającą i NMG-owską (Bem) istnieje w muzycznej świadomości mojej córki nurt mi zdecydowanie bliższy, i że swego czasu zanudziła nas na śmierć tym, a teraz horyzonty ma zdecydowanie szersze.

Poniżej o co dziecko wołała i co śpiewa z rozdartą japą (film w drodze). I może znacie sposób, żeby jej wytłumaczyć, że tam nie ma "Kick", tylko "Heat"?

PS: Majka nauczyła się mówić "butelka". Też ma coś z tatusia.

sobota, 07 sierpnia 2010

Tradycyjny jęk ok. 4.30 obudził śpiącego niemal od 23 (w piątek!) ojca, który nie otwierając drugiego oka do końca przejął sztafetę z butelką mleka i wsadził w rozwierający się dziób. Słyszał świszczenie glutów w nosie, ale to nie był element, który by go zaniepokoił, wszak ciekło jej z kinola cały dzień, więc wyluzuj, zwykły katar.

Nie zdążyłem się dowrócić z opróżnioną butlą, kiedy usłyszałem kaszlnięcie (zwykłe...), a po nim ten fatalny odgłos, który jest obrzydliwszy niż to co sobą zapowiada - chlust.

Do rana - do 12 uścislając, kiedy już nie mogłem oddalać wizji jednak koniecznego pójścia do pracy - womitów poszło kilkanaście, łazienka po sufit zapełniła się kołdrami, poduszkami, kocami i poszewkami, szuflady z Majki ubraniami wreszcie zaczęły się domykać w trybie ekspresowym oprózniane z bodziaków i innych ciuchów.

Śpi teraz. Lekarz powiedział, że nie rotawirus (wszak kurka jednego już miała, więc powinna odporność mieć), ani angina (bo gardło lekko tylko zaczerwienione, co w sumie patrząc jak żółć wymęczała żeby zwrócić jest osiągnięciem), tylko zwykła - ponoć - infekcja. Niemniej dwie sprawy się cisną:

a) znów pieprzona logistyka, kto zostaje w domu, jak długo, do której i co na to szefowie. Tym smutniejsza, że najpewniej nici z niespodziewanego powrotu na wakacje gdzie miałem obie córy porwać w najbliższy weekend.

b) to najgorsza uleczalna choroba jaka może trafić Majtka. Pierwszy raz widzę, żeby nie chciała jeść. A jak nie je - niegdyś się śmiałem - trzeba sprawdzić czy oddycha. Oddycha.

14:43, bartosz.raj , Poważnie
Link Dodaj komentarz »