MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
poniedziałek, 20 lipca 2009

Ani czerwony, ani różowy, ani z frędzelkami, ani z piszczałą, ani w sklepie pod namiotem, ani w sklepie sportowym. Nic, nigdzie, never. Ikonka starsza roweru nie chce i koniec. Na pytanie dlaczego, odpowiada dwutorowo, za każdym razem definitywnie ucinając wszelaką dyskusję:

- Bo nie umiem jeszcze jeździć, jestem za mała.
- Ja chcę z tatą na dużym rowerze, tam mam krzesełko i kask.

hania

Przy okazji więc swoich trzecich urodzin, dziecko doskonale wytłumaczyło rodzicom, co to znaczy mieć świadome urodziny i że urodziny są dla dzieci, a nie dla dorosłych. Uwypukliło dziecko wielki problem prezentowy, polegający na tym, że nie można dziecku kupić/podarować tego, co się uważa,  bo to wiek już taki, że można nie wcelować. Kazało też się zastanowić, czy też niektóre potrzeby - zachcianki dziecka - nie powinny być przez rodziców zapamiętywane, zamiast realizacji natychmiastowej i po odczekaniu być wdrażane na uroczystości typu gwiazdka, urodziny. No bo niechybnie za 5 miesięcy na święta będzie kolejny problem prezentowy. I po ostatnie najważniejsze, raczyło wymusić zastanowienie, czy to rzeczywiście w prezentach jest rzecz.

hania

Nie wyszedł rower, w zamian ikonka ściągnęła sobie z półki nową hulajnogę, bo stara się zepsuła i ona musi na czymś jeździć do przedszkola. I z tych urodzin to najfajniejsza była obietnica ojca z rana, że może bezkarnie bałaganić, czego paradoksalnie nie zrobiła, bo w ciągu cholernego mokrego dnia przespała 3 godziny, najfajniejsze było też świeczki gaszenie - jakieś siedemnaście razy, i lizaki zabrane do przedszkola dla "przyjaciół".

hania

W takim to skrócie próbuję wyłuszczyć, czy tez uporzadkować sobie, że urodziny trzecie ikonki nie były wydarzeniem samym w sobie spektakularnym. A brak chęci ikonki do posiadania roweru nawet trochę rodziców uraził. :-)

Ale czemu tu się dziwić, skoro każdego dnia próbujemy dać do zrozumienia, że dziecko jest najważniejsze na świecie i co dzień jest święto, to jak odróżnić TEN DZIEŃ od wszystkich innych?

Rany Julek, to już trzy lata. A ani się obejżę będą następne trzy i zamiast posyłania do przedszkola, posyłanie do szkoły. A to drugie już łazi i wkurza się, że za wolno jej to idzie, cyrk trwa, każdego dnia.

I na koniec ciekawostka, wiecie ile dni dokładnie liczyła sobie Maja w 3 urodziny Hanki? - 200!!!

hania, maja

16:01, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (5) »
piątek, 17 lipca 2009

Moje dziecko łobuzuje. W zasadzie powinienem napisać: moje dzieci łobuzują. W zasadzie to powinienem dodać, że w łobuzowaniu tym nie widzę nic gorszącego i nadmienić, że genów przecież córki moje nie wybierały. Jak się ma ojca łobuza i matkę łobuzicę, to nie ma przypadku - ocierasz się o bandytyzm i tyle.
Niemniej informacja, że moje dziecko dostało w przedszkolu karę, była pewnego rodzaju nowym doświadczeniem, bo dotąd w róznych przybytkach edukacyjnych uznawana byla powszechnie za wzór cnót.

hania, maja

Po pierwsze nie widzę nic złego w karaniu opartym na zasadach, zdrowych zasadach, czy w przedszkolu, czy w domu. Kara to nie znaczy bicie, żeby zwyrodnialcy, którzy tu przez przypadek trafili (precz!) nie pomyśleli, że pokrewną duszę spotkali. Zasady karania muszą być dwie podstawowe - uczyć i być nieuchronną. Szczere i jasne intencje. Nieuchronne w przedszkolu jest posadzenie na krzesełko. Nie kąt, tylko krzesełko. W czwartek Hanuta zasłużyła na krzesełko. Uciekała, nie słuchała, robiła na przekór, przeszkadzała na angielskim, wyzłośliwiała się. Mogę sobie to wyobrazić, choć brzmi niewinnie - czyste łobuzowanie. Ale w przedszkolu jest dużo czasu na łobuzowanie i bardzo mało na jedzenie i naukę. I dzieci muszą to wiedzieć. A po karze jest obietnica, przytulanie i zabawa. Nie inaczej.

Hanuta przyszła do domu przejęta i opowiadała, że za karę siedziała na krzesełku i Milan (narzeczony) też, co obserwując ich zachowania w domu i na podwórku nie jest żadnym zadziwiającym wydarzeniem, bo stanowią zaczątek łobuzerskiej mafii. Niemniej córa moja powiedziała dziś przed wyjściem do przedszkola, że będzie dziś grzeczna i na krzesełku nie będzie musiała siedzieć, bo jest nudno, tak. Mądre dziecko, wzór cnót wszelakich.

Miało być o rowerku, ale sami rozumiecie. Więc zamiast rowerka dygresyjka - może w przedszkolu dać młotek i pozbijać coś z dzieciakami - po złożeniu z ojcem szafy energia do łobuzowania opuściła ją całkowicie. I ojca też.

hania, maja

11:32, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lipca 2009

ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii.............. no nie wytrzymałem, muszę popykać. Więc trochę tego komentarza będzie, ale tak mikroblogowo, ćwirkowo-twitterowo. Bo dzisiaj wziąłem wolne, czego najpierw pożałowałem, bo jak w naszej wsi o 8.40 jest 26 stopni i wracam mokry z odprowadzin dziecka do przedszkola, a w fabryce przyjemne 22 klimatyzowane, to wybór jest oczywisty.

hania, maja, ojciec, raj

Ale zadanie było do wykonania, kupić prezent ikonce starszej (3 lata w niedzielę - wow!!!), rower, taki prawdziwy wreszcie. Ale jak tu jechać, kiedy na ogródku w dzień potwornie upalny (32 się zrobiło o 10), takie oto zawody się odbywały. Dziecko z przedszkola porwalim wcześniej i........... no dobra już ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii... A następnym razem będzie o tych urodzinach. Chyba, że znów basen rozłożymy. Albo o rowerze, albo sam nie wiem, bo gorąco (godz. 20.25 - 29 C.).

hania, maja, ojciec, raj, mama

Pooglądajcie zatem dla ochłody.

hania, maja, ojciec, raj, mama

hania, maja, ojciec, raj, mama

hania, maja, ojciec, raj, mama

hania, maja, ojciec, raj, mama

hania, maja, ojciec, raj, mama

20:34, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lipca 2009

A jakże, a oczywiście, a pewnie że tak - spodziewaliśmy się tego, no jasne! Przecież jak do tej pory za każdym razem jak szliśmy do lekarza, to wychodziliśmy z jakąś cholerną diagnozą. A tym razem kompletna odwrotność. Druga nasza zmora związana z Majtkiem odeszła - mam nadzieję - w niebyt chaosu. Druga, bo pierwszą jak pamiętacie było zapalenie płuc w czwartym tygodniu życia, jakże było sympatycznie wtedy... Anemia pokonana, I believe.

czysta krew

Majtkowi skoczyło po kolei: ilość krwinej czerwonych, hematokryt i hemoglobina, a dopisek na karcie ambulatoryjniej nie brzmiał już "znaczna anizocytoza" (czy inne cholerstwo) lecz "nieznaczna...". W skrócie, wszystkie wskaźniki, które sen z powiek zdzierały opuściły dolne rejony alarmowe, wskakując i moszcząc się wygodnie w wyższych stanach średnich normy. I oddam bohaterce, co bohaterskie, bo gdyby matka zwana czule NMG nie wlewała z upiorną regularnością hektolitrów żelaza w płynie, to pewnie by tak różowo (na cielae) nie było, a ciągle jacksonowato blado.

No to teraz jeszcze tylko nogi naprostujemy, zeza skontrolujemy i poczekamy aż zęby wyrosną, bo pewnie będą krzywe i możemy się wziąć za wychowywanie dziecka drugiego, pierwsze wychowuje się już samo bez naszej większej kontroli.

A cały ten bełkot krwisty powyżej jest przyczynkiem do wylewnego przyznania się ojca do pewnej ułomności, którą przed czytelnikami skrył, ale jak drzazga ropiało i na wierzch się chciało wykaraskać. Mianowicie ze dwa miesiące wstecz postanowiłem krwi swej cennej upuścić w tzw. szczytnym celu. Bo co, bo ja nie dam rady? Zdrowy, 30 letni chłop? Pewnie, że dam! No to wprowałem do autobusu honorowych krewniaków zapominając na amen, że jako kilkuletni łobuz na każdy widok igły i strzekawki fikałem z fotela spadając na łeb, na szyję na podłogę zemdlały.
Tym razem wparowałem, przecisnąłem się przez tabun innych "honorowych", wypełniłem ankietę z twardą miną, dałem sobie krew z palca (kropelkę) utoczyć do badania, czy się czymś nie zainfekowałem, temperaturę miałem normalną 36,4 i idąc dalej do stanowisk honorowych wyrąbałem się na podłogę tracąć wizję i fonię mając potężnie zakłóconą, za to z pewnym nawet nieśmiałym zdziwieniem, że jak to...

Ocucili mnie, jakaś doktór wodą polewała, nogi do góry zadzierała i powietrze tłoczyła na ryj blady. Mokry byłem cały, gdy fonia wróciła usłyszałem, że "świata to ja nie zbawię", "że to nie miejsce dla mnie" i "że dałem przykład innym honorowym, że jasna cholera" - rzeczywiście tabun przeze mnie rozproszony teraz wyraźnie zmalał. Po czym zostałem na powietrze świeże wyproszony i nawet czekolady nie dostałem.

Tak więc Majeczko droga, tatuś bardzo cię prosi, nie fikaj już z tą krwią swoją, bo jakby potrzebna była transfuzyjka jakaś, to na mnie nie masz co liczyć. dziecko drogie.

21:03, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
środa, 08 lipca 2009

Wstęp: Michael Jackson nie był personą "zaplanowaną" na tego typu rozmowy z dzieckiem. Ale nie zmienia to faktu, że zmarł, kiedy dziecko moje starsze ma już 3 lata i pyta o wszystko. Nie zmienia to faktu również, że Jackson nie był jakimś dla nas w rodzinie bóstwem. Ale nie zmienia to jednak faktu, że przyznajemy się oboje do wychowywania się w aurze jego melodii i uważamy go za wielkiego artystę muzyki. That's it.
Z kolei to nie zmienia faktu, że dość szybko gusta nasze się rozminęły - moje powędrowały w lewo, Najwspanialszej Matki Globu w prawo, a Jackson pomknął prosto ku katastrofie. Nie zmienia to faktu, że śmierć MJ wstrząsnęła mną trochę ponad-standardowo, choć wtorkową galę ze złotą trumną oglądałem jednym okiem, a i tak z narastającym wstrętem. Faktem jest jednak, że mam gęsią skórkę jak pokazują zlepek jego tańców i melodii - tych najwybitniejszych lub tych, które mi się przypominają z dzieciństwa i nie zamierzam się poddać terrorowi szyderstwa i się tego wstydzić. I że NMG się w którymś tam momencie tejże maskarady wzruszyła - też nie. I dziecko to zauważyło.

Jak widziecie nie wszystko musi wynikać z czegoś. Ale całość doprowadziła do rozmowy o śmierci.

Michael Jackson

Hanuta chciała jak co wieczór "jedną tylko bajkę do mleka". Ale NMG okupowała telewizor, ojciec w pracy siedział, nie mógł sporu sądownie rozstrzygnąć. Wtedy pokazali jeden z tych momentów, i poleciała łza. Hanka w krzyk: "Mamo, co się stało? Czemu płaczesz? Nie płacz, nic się nię stało, już nie boli przecież!". NMG zaryzykowała i powiedziała, że umarł pan, nie żyje i to smutne. "Co to znaczy nie żyje?" Ciężki moment. Był już taki jeden z ptaszkiem pod płotem, który niechybnie przywalił łbem w sztachety i "zasnął", a potem jak go sprzątnęli, to "obudził się i odleciał". Typowy motyw jak z karpiem na święta: "to nie ten co pływał w wannie, tamten popłynął".

Tym razem Michael Jackson się nie obudził i nie odleciał. NMG odpowiedziała: "To znaczy, że pan zasnął i się już nie obudzi, bo był bardzo chory". Hanuta chyba zrozumiała. Złożyła ręce na twarzy i udając co prawda szloch, ale powtarzała: "To smutne, to smutne". Kiedy zostało mi to późnym wieczorem opowiedziane, miałem wątpliwości. Czy to nie za smutne, czy to nie za wcześnie, ile z tego Hanka zrozumiała, itp. I nie znam dobrych odpowiedzi - kiedy o tym mówić i kiedy to tłumaczyć. Wiem jedno - rano Hanuta nie powiedziała mi o Michaelu Jacksonie, ale jeśli jakiś ptaszek znowu postanowi łbem przywalić w płot, to udowodnienie, że wstał, otrzepał się i odleciał będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

11:25, bartosz.raj , Poważnie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lipca 2009

Na co robię? Robię, żeby dzieci było w co ubrać (sam w tej materii przejawiam niechęć wielką, tzn nie łażę nago, ale w byleczym jak najbardziej, bo od krojenia się po palcach bardziej nie lubię tylko łażenia po sklepach ZA SWOIMI sprawunkami odzieżowymi).
Robię więc, żeby miały skarpety, rajstopki cienkie i grube, pieluchy, majtki, koszulki bez rekawów, z krótkimi i długimi rękawami, na bodziaki, śpiochy, pidżamki, bluzki, polarki, sweterki, kurtki, sandały, czapki, adidasy... I wcale tego tak dużo nie mają, wydawałoby się, ale narzekam, bom stary pryk.

hania, maja, ojciec, raj

[ojciec, prać?]

Kiedy jednak mniejsza Majtek zaczęła rosnąć zatrważająco szybko i wyrastać równie szybko z wszystkiego co ma, okazało się, że się nie mieścimy. Dotarcie do tej wiedzy trwało miesiącami. Zaczęło sie od wścieklizny starego pryka piszącego te wyrazy, że nie ma gdzie brudnych gaci upchnąć, bo oba kosze na brudne gacie wypełnione są po brzegi tak, że dolne warstwy są sprasowane na milimetr, góra dwa. Wziął wtedy pryk wykorzystując przerwę w obecności wszystkich trzech kobiet w domu i zaczął prać (tak!). Prał, prał, potem baby wróciły, najstarsza zaczęła pranie kontynuować, słońce wyszło, szybko schło i żeśmy z brudów się wykaraskali.
W całym domostwie w różnych jego miejscach pojawiły się za to kupy posegregowanych i popranych ciuchów - tu czerwone, tu Majki, to do oddania, te twoje, te moje, to do łażenia po domu, a te na gościnne występy. I to wkurzało jeszcze bardziej pryka niż dwa pełne kosze z brudnymi gaciami.

hania, maja, ojciec, raj, mama

[ojciec, prać, myć?]

Zaczęło się więc upychanie i wtedy padło sakramentalne: "Nie mamy miejsca!". Determinacja pryka, żeby problem rozwiązać była już jednak tak wielka, że poszedł za ciosem i zamiast kłótni, że się zmieści jak się dociśnie, zaordynoował wyjazd do bardzo dużego sklepu, gdzie meble są i koetbullary, po większą szafkę z większą ilością szuflad i większą liczbą centymetrów. Na swoje (pryka) nieszczęście po drodze do owej szafki ustawiła się też szafa, która jest także większa i szersza i wyższa od naszej obecnej szafy i z miejsca stała sie produktem niezbędnym i w związku z tym upragnionym. Przed załadowaniem do samochodu uchronił pryka jeno fakt, że samochód nie prezerwatywa i rozciągnąć się nie da tak, żeby jednolitą dechę o powierzchni blisko 4 m kw wsadzić. Ale tam mają transport, więc szafy nie uniknę.

Po powrocie z tegoż miejsca rozpusty zaczęło się skręcanie do 1 w nocy zakupionej szuflado-komody. A następnego dnia (i dwa tzw. wolne dni szlag trafił) układanie kupek z całego mieszkania do nowych szafko-szuflad. Przy okazji wyeksmitowałem NMG z jednego mebla do drugiego, przejmując kontrolę nad tym cenniejszym i upychajac tam 100 swoich t-shirtów, z których 95 proc nie wiem skąd mam, a 50 proc. pamięta czasy raczkującej demokracji.
Kilka godzin później okazało się, że jedna z szafo-komód-szuflad jest pusta. I puste są kosze na brudy. I pusta jest pralka. I puste są suszarki, których widok na ogródku wkurza jeszcze bardziej niż widok pełnych koszy. I puste są miejsca, gdzie zazwyczaj leżały kupki ciuchów. I pusty jest samochód, który jeszcze nie przywiózł kolejnej szafy. I nawet pusta jest nowa komoda, bo dziecinne ciuchy zmieściły się tak, że luzu zostało.

I jakby to niedorzecznie nie zabrzmiało - po to właśnie robię - żeby dookoła wszędzie było pusto.

hania, maja, ojciec, raj, mama

[ojciec, a po praniu, po myciu, do szufladko-komody]

21:19, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lipca 2009

... żona moja i matka moich córek, potocznie i z uznaniem zwana NMG w całym swoim życiu, prawdopodobnie. I świetna wymówka od pisania bloga. Kolejne: upał, obcięty palec (sałatki się zachciało), a jednoręcznie nie umiem, bo długo.

hania, maja, ojciec, raj, mama

Okoliczności aury i miejsca zrobienia zdjęcia: ogródek rajowy, chwilę przed moczeniem dup w basenie, ojca brak, bo robi. A na co robi, to w następnym odcinku, jak palec przestanie nap...

23:01, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lipca 2009

Ten to już jest trzeci. Pierwszy był najfajniejszy. I jak na razie najintensywniej używany. Miał długiego stwora, prysznic w kwiecie jakimś, motyla gdzieś nad i był sporawy. Hanka moczyła w nim dupę najpiękniejszym latem życia mojego dwa tysiące siódmego, kiedy wziąłem macierzyński na miesiąc, bo NMG już do pracy wracała.

Basen zginął śmiercią naturalną, nienaturalnie przełużaną. Wiatr zawiał, basen sfrunął na świerka srebrzystego. Psssssssssst... Poświęciłem motylka, żeby załatać cholerstwo, udało się nawet. Ale potem była kolejna wichura i świerki tym razem dwa - raz kaukaski, raz taki zwyczajny, dopełniły dzieła. Rany były zbyt głębokie i zbyt rozległe. Stwora by nawet nie starczyło, choć długi był, powtarzam.

hania, maja

Drugiego to nawet nie pamiętam. Wiem, że był i motyla od razu nie miał. I mało był używany, bo lato to było paskudne, bo widziane z perspektywy stojących na ogródku rusztowań. Wiem natomiast jak zginął. Pokrył się deszczem zasychającym na zielono-brunatno, maź rozpełzła się i była już nie do umycia, mimo prób walecznych. Ukatrupiłem go wyrzucając gdzie trzeba. Mógł zginąć na świerku, nikt by specjalnie nie płakał.

Ten jest trzeci i miał wczoraj inaugurację. Już jest wyjątkowy, bo gości dwie Rajówny na raz. Ta młodsza dostaje amoku, pełza, ślizga się i wyje koncertowo. Wreszcie jest gorąco, wreszcie jest pogoda basenowa, wreszcie jest radocha.

basen, hania, maja

W nocy basen został na dworze, bo nie było wichury, więc luz był. Były też biegające koty, a koty mają to do siebie, że mają pazury. NMG jest wkurw.... Ja też jestem wkur..., bo choć basen sporawy, to nie zrobili mu tam motylka.

14:56, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (4) »
środa, 01 lipca 2009

Upał, smoła z nieba leje się, duchota katastrofalna. I w tej aurze haniebnej wizyta gościa małego. Dość powiedzieć, że atmosfera wynikła od razu kapitalna. Tak soczysta, że warta bloga tego.

majka, hubert

Pamiętacie smętne czasy ponarodzinowo bliskie, kiedy małe wredne stwory wirusami się mieniące, zaatakowały istotkę rajową, która ze świstem i piskiem w szpitalu wylądowała, na szczęście na tygodnie, nie miesiące?
Tak, Majtek miała wtedy ze 4 tygodnie tygodnie, a Hubert 4 tygodnie z kawałkiem trzydniowym. Ale kalendarzowo chłopak rok starszy - uwinął się w 2008 ładnie, a nasza zaczekała na fanfary z uniesieniem noworocznym.

Majka - zapalenie płuc. Hubert - żółtaczka + z.p o ile dobrze pamietam, bo na szczescie nieszczęścia szybko z łba mojego ulatują. Majka - antybiotyk, Hubert - antybiotyk. Sala "vipowska", bo najmniejsze maluchy na całym oddziale, dwie nieszczęśliwe mamy, dwóch zagubionych i robiących dobrą minę do złej gry tatusiów. Taka sytuacja zbliża. A jak się jeszcze okazuje, że JAK JUŻ BĘDZIE WSZYSTKO OK. ŻE JAK JUŻ BĘDĄ ZDROWE to się spotkamy, bo mieszkamy rzut zapaskudzoną pieluchą od siebie, to już projekt skazany na sukces.

Hubert wziął i odwiedził we wtorek Majkę. Różnica kolosalna. Ledwie pół roku minęło. Na swoim tak nie widać, na Huberciku - widać jak cholera. Chłopak jak dąb. A takie obie kruszyny były harczące i kaszlące. Takie nieporadne, mało kumate. A teraz? Jedno siedzi, drugie wierzga, gadają do siebie, łapią się i mrugają. I oba ZDROWE. Najcenniejsze uczucie świata - święty spokój, bo dzieci zdrowe. Nie ma nic, kompletnie nic ważniejszego.

majka, hubert

15:49, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Stało się to nagle, wtem, niespodziewanie. Rodzina wróciła w sobotę z wyjazdu, a w niedzielę zostało postanowione, że dość mamy na palcach chodzenia, ściszania telewizora, gaszenia światła i zawałów serca, kiedy na bok się przewracając kanapa wyda z siebie jęk. Zarzewiem był sms NMG, w którym cos tam dociekała, że nie mamy dla siebie czasu... A poza tym u babci córy spały razem i nic się nie działo. A więc...
Rodzice chcą mieć trochę wolności, znów! Jak zostało obwieszczone, tak zostało wykonane, mianowicie po dwóch godzinach sprzątania, odkurzania i pokoju Hanuty plądrowania, ten pokój zamienił się w ICH pokój.

hania, maja, ojciec, raj

Pierwsza noc to było jak sen ryjówki na parkingu dla tirów. Krótko po północy poszliśmy zobaczyć jak sytuacja i wysikać starszą/napoić młodszą, ta druga o 5 zaczęła serenadę - tak już ma, że śpiewa rano, a Hanuta olała to całkowicie i wstała tak, że do przedszkola pierwszy raz zaspała, poszła dopiero na 10-tą.
Stało się, przeprowadziliśmy je,
Hania chodzi dumna i mówi o ICH pokoju, generalnie do siostry pała taką miłością, że trzeba uważać, żeby jak szczeniak nie zalizała na śmierć. Jest grzeczna, mądra, tolerancyjna, inteligenta i w ogóle, aż tatusiowi szajba odbija na jej punkcie. A Majtkowi to tam akurat różnica - tam śpi, gdzie się ją położy. Niemniej bezbolesnością tej chwili i tej akcji jestem zaskoczony.

Aż tak bardzo zaskoczony, żeśmy pierwszej nocy absolutnie wolności nie poczuli, bo NMG poszła spać ze zmęczenia i emocji przeprowadzkowych, a dziś uciekła mi do sklepu, więc z tą wolnością to na razie lipa :-). Dobra, idę położyć starszą spać, żeby jutro do przedszkola wstała na czas. Jeno... trzecie łóżeczko ni cholery nie wejdzie do małego pokoju, a już nam się ten nasz bez małego łóżeczka podoba! Taki rubaszny żarcik na finito.

PS: Jednocześnie z przeprowadzką Majka przestała się kąpać w wanience, i zaczęła unosić się na kolanach, dupa do góry i zaraz pójdzie. O, takie późnoczerwcowe zmiany u Rajów.

21:43, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009

Bez słów ilości zbędnej, bo wszystko widać. Do łba strzeliło, obiacane było, spełnione i dumne teraz, bo córa starsza miała na koniki sobie jeno popatrzeć, ale zażądała jeżdżenia, potem była krótka chwila zawahania, kiedy koń co ze stajni wychylił się okazał się całkiem spory, a nie taki malutki, ale wzięła kask i wio!

hania, konie

A ojciec kłusem za nią...

hania, konie

A ha - skąd ten tytuł? Koń zwał się Majk. Albo Mike. Ale ładniej Majk.

hania, konie

Pierwsze konie za płoty.

hania, konie

Najwspanialsza Matka Globu za kronikarza robiła - tu miała byćperspektywa, i że koń duży, a dziecko małe.

hania, konie

I na koniec, prezentacja:

hania, konie

sobota, 27 czerwca 2009

Tępy łeb musiał kilka okrążeń gonitwy myśli wyprodukować, żeby dotarło do mózgownicy, że właśnie stało się rekordowe wydarzenie, mianowicie od 19 lipca 2006 r. nigdy nie byłem pozbawiony dzieci na tak długo, bez względu czy liczyć sztuk raz, czy dwa. Ale jutro koniec półtoratygodniowej laby/tęsknoty/nudy (zależnie od podejścia do bazgraniny tej niepotrzebne skreslić). Córy i NMG wracają. I czasu tam, o nie, nie zmarnotrawiły.

słoiki, obiadki, dziecięce

Wyjazd ten był ze wszechmiar korzystny. Widzę nawet na tych zdjęciach, które telefon małżonki mojej szanownej produkuje z niezrozumiałych dla nas przyczyn w rozmiarze ćwiartki znaczka pocztowego. Gęby pucułowate, na babcinym wikcie wypasione, zęby szczerzy (jedna) lub dziąsła obślinione (druga) w szerokim uśmiechu, glutów i innych paskudztw jak na lekarstwo brak, sielanka, sielanka, sielanka!

A w domu czeka bateria zakupowa przyszykowana na ich trzech powrót i tutaj znów refleksja taką mam jedną (łeb zafurkoczał z wysiłkiem)... Otóż nie skarżę się, ale raczej przyznaję bez bicia, że sobie nie radzimy, czy też innego usprawiedliwienia szukając, nie umiemy/ nie mamy czasu/ nie wychodzi/ nie smakuje, ale z domowymi obiadami dla pociech naszych krucho jest i było zawsze. Starsza, jak pisałem powielokroć, gustuje jeno w zupach (+ to co  wetknie w paszczę w przedszkolu), ale po gołąbkach babcinych może się i te kulinaryjne przystosowania zmienią. Natomiast najmłodsza, cóż... wpierdziela słoiczki aż jej się małżowiny trzęsą.

Różnica z Hanutą jest taka, że tamta lat dwa wstecz też wpierdzielała, ale niechętnie, a ta wsuwa zatrważające ilości. I teraz tak: jakby nagotować gar, podzielić, poporcjować, to by się w czasach kryzysu i opłaciło, i mniej biedy było. Ale (patrz wyżej) się nie da, więc w sklepie szoku się dostaje i mam de ja vu normalnie, kiedy składową hipermarketowego rachunku w 3/4 stanowią jak pod koniec 2006 r. szklane produkty tzw. niemowlęce. Liczyć długo nawet ten skołowaciały łeb nie musiał: 5 sztuk obiadków, tyleż deserków i tyleż soczków, a i dla Hanuty z pięć butli, bo lubi i razem wychodzi 50-60 zł. Rachunek prosty jak drut - 20 szkieł razy pi razy oko 2-3 zeta, a czasem i więcej. Kurna! Dwa niezłe całkiem wina, a takie "w porządku" to i ze cztery!

Niniejszym zatem ogłaszam konkurs na przepis, z którym łeb tumana sobie poradzi. Warunek jest jeden a nawet żeby trudniej było dwa - 1) ma smakować mniejszej lub większej 2) za każdym razem jak to ojciec upichci. Z nagrody coś wymyślę (owa butelka wina kurierem podesłana na przykład?), babcie są z automatu z konkursu wykluczone, a ja tymczasem pełen niewiary w powodzenie tegoż projektu sobie w szafeczce słoiczki poukładam.

piątek, 26 czerwca 2009

Nigdy nie uwierzyłem, że mógł molestować dzieci. Może się myliłem, mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem. Jako nastolatek podskakiwałem do tych marnych 1.78 m z jego muzyką, choć zawsze coś było w muzyce ważniejsze, mądrzejsze, fajniejsze, czegoś innego koledzy słuchali. Ale jego muzyka była zawsze. Ona była i tyle. Nie dało się uciec. Pamiętam wieczór sylwestrowy, pierwszy na który puścili mnie do kolegi dwa piętra niżej rodzice, szczylem byłem. Teledyski leciały, lista roku. Siedzieliśmy, oglądaliśmy i ocenialiśmy. Najwyższe oceny obaj wystawiliśmy "Bad". Zapamiętam.

Nigdy nie wierzyłem, że się sam krzywdzi. Że bierze narkotyki, że chla, że ćpa piguły. Białą skórę tłumaczyłem chorobą, brakiem melatoniny, pigmentu, bielactwem. Pewnie naiwnie, mam to w dupie. Artysta jego formatu musiał być równo kolorowy, nie plamiasty. Dopiero byłyby plotki. Operacje? Kto ich dziś nie robi, niech pierwszy trzaśnie płytą MJ o podłogę. Sam sobie zrobię, jak będę miał 50-tkę i kasę, żeby jeszcze mnie dzieci poznawały.

Nigdy nie wierzyłem, że "History" będzie ostatnim jego albumem, który kupiłem, trochę z ciekawości, trochę nawet już ze wstydem, bo już coś innego grało w duszy. Teraz siedzę po nocy oglądam CNN, koroner z LA właśnie potwierdził śmierć największego artysty naszych czasów, nawet jeśli jego muzyka nie do końca nam pasowała, coś innego królowało w odtwarzaczach. Największego.

Michael Jackson nigdy nie dorośnie.Tyranizowany przez ojca, w ciągłym pościgu za chorą perfekcyjnością, za sławą "Thrillera", za świętym spokojem, za dzieciństwem. Czyli tym, co dla każdego człowieka w życiu jest najcenniejsze.

Michael Jackson nie żyje. Miał 50 lat. Zmarł prawdopodobnie na rozległy atak serca w swojej posiadłości w LA lub w drodze do UCLA Hospital. Bardzo, bardzo smutno.

02:31, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (14) »
środa, 24 czerwca 2009

Stara to prawda, że aż niegodna nowoczesnego, prężnego, medialno-modelowego miejsca jak to... hahahahaha! Ale wszędzie lepiej niż u ojca w domu. Dzieci me kwitną, zdrowe są i szaleją u babci, aż ta na jeden dzień musiała się off. Na szczęście doba rekonwalscencji wystraczyła i znów jest szaleństwo.

hania, modelina

Najwspanialsza Matka Globu opowiada niestworzone historie, a to o pieczeniu ciasta, a to, że wszystko je, a to o wypalaniu modeliny, a dziś nawet, że Hanka - bo to wszytko powyżej to o starszej jest - wstała rano i zanim poszła do łóżka matki szaleć, to sama zawędrowała do kibelka, gdzie się odlała, podtarła i zdumiona pytaniem o sikanie rzekła: Przecież już zrobiłam! No bomba po prostu.

A mała Majka przespała pierwszą całą noc w cholerestwie szyną Koszli zwanym. Nie będę się rozpisywał, jeno z kronikarskiego obowiązku doniosę, że jak dzieci wywiezione, to wydaje się, że i mądrzejsze i śliczniejsze, i szybciej rosną i więcej mówią, i już śpiewają, a nie ryczą (mała).

Właśnie podałem definicję tęsknoty?

pustka, tęsknota, ogródek

PS2: Myślimy o wakacjach. Dopiero i już. O tym next time.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Nie wiem co ją nawiedziło, ale inaczej nie zaczyna rozmów z ojcem przez telefon. To, że w ogóle zaczyna jest jakimś tam wydarzeniem, bo do tej pory rozmowy wyglądały tak, że dorosły jakiś z boku mówił, co ma powiedzieć do telefonu i ikonka starsza zazwyczaj powtarzała, a czasem nie. A teraz są całe opowieści. Normalnie pogadać można, niesamowite. Ale te właśnie mobile-pogadanki mają dwie cechy wspólne - zagajenie i przekrzykiwanka.

hania, ojciec, raj

Albo dzwoni z budki z miasta, gdzie aktualnie przebywa z siostrą mniejszą i matką większą, albo wyrywa tej drugiej komórkę i zaczyna: TATO, CZY MASZ JAKI PROBLEM? No i gdzie się tego zwrota nauczyła? W domu nie - nikt u nas nie mówi "masz problem?", w przedszkolu zatem? Wątpię. No jak nic spod budki z piwem, gdzie może dochodzić do sytuacji, które niechybnie zaczynają się od banalnego w sumie "Masz jakiś problem?".
Ale najbardziej prawdopodobny strzał to niestety TV, które to cudeńko co prawda oboje rodziciele ograniczają mocno i jeno do kanałów z serii "zero violence", ale czasem zdarzyło mi się obiecać (i obietnicy dotrzymać) jakieś potwory i wspólną zabawę w chowanie się pod kołdrą (Uruk-hai z "Władcy Pierścieni" są bardziej straszne niż nieodporne na wirusy potwory z "Wojny światów").

W dalszej części dialogu telefonicznego niechybnie zbliżamy się do emocjonalnej przepychanki, zapalnikiem jest zwrot "Kocham cię". I następuje eksplozja licytacji: bardziej, nie, ja bardziej, a ja mocniej, nie, nie mów, że ty bardziej, bo ja bardziej, a ja kocham, kocham, kocham, a ja mocniej, więcej, więcej" - i tak przez kilka minut do totalnie obłędnej histerii śmiechu.

Mam problem - tęsknię za nimi. Mam, a raczej będę miał problem jak wrócą: wstałem dziś o 9.10 po równo 10 godz. snu.

...........................................................................................................

PS: Dla małżonki Najwspanialszej Matki Globu - Busz wrócił po ok. 16 godzinach. Nie wiem gdzie był, ran nie ma, odsypia.
PS2: Zgadnij NMG gdzie śpi?
PS3: To co zwaliła Ciapa - naprawione, ale marnie to wygląda i szanse też niewielkie.
PS4: Pytanie do specjalistki - czy pralka czasem wymaga przestawienia na wirowanie? :-)
PS5: Zero violence, zero alkohol, zero czegokolwiek innego niż zielenina. Howgh. W sobotę nie zjem obiadu - uprzedź gospodynię.