"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
wtorek, 25 maja 2010

Alarm telefoniczny z domu - Hanutę wysypało. Dociekałem: Ile? Gdzie? Jak wyglądają? Czy ma gorączkę? Niestety mimo zdarzeń łagodzących wątpliwości mieć trudno. We wtorek lekarz potwierdzi lub nie, że te dwadzieścia kilka krost to nie mrówki..., ale ospa. A może - łudzę się - nie? Wszak wlazła w mrowisko, wszak... Sondaż prawdę Mi powie!

 

Te krosty na Hanucie to:
Uczulenie na ojca
Mrowisko, bo w nim usiadla
Bo woda w basenie byla chlorowana
Bo sie spocila
Bo moze miec krosty bez powodu
Koty.... wiedzialem ze maja pchly...
Slimaki niosa zaraze
OSPA
pollcode.com free polls

 

01:21, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 maja 2010

(Chyba już kiedyś taki tytuł dałem...)

Hania, Maja

Są takie dni, które jakby nawet w swym dziwactwie postanowiły trwać 48 godzin, to i tak nie napełniłyby mojegło łba przesytem a kończyn zmęczeniem. Niestety dni takie występować raczą zdecydowanie rzadziej niż te, które najlepiej jakby się wcale nie zaczynały w swej bezsennej fazie czasu. Tam bardziej warto o nich wspominać, kusić los ich ponownym wystąpieniem.

Hania, Maja

Bo ile na powietrzu dziecko pozostać może? Na pewno znajdą się wariaci, które tegoż sortu rekordy odnotowują, ja na swój użytek nadmienię tylko, że choć to nieprawdopodobne, ale raptem miesiąc brakuje to pięknej, aczkolwiek jedynej, bo inaczej nie chce być, najkrótszej nocy w roku. Czyli jak bić rekord to wtedy, kiedy dzień najdłuższy, zerwać pociechy jak świta o 3-4 nad ranem i wypędzić. Ale i ta ostatnia niedziela znalazłaby się najpewniej w TOP 10 najdłużej wypowietrzonych dzieci w historii.

Hania, Maja

Ojciec zmagał się ze słabościami na korcie, kiedy trzoda została wypędzona na 25 stopni ciepła. Rowery, samochody, trampolina - to była jedynie przekąska do głównego dania jakim był pierwszy w tym roku basen, uatrakcyjniony jakby sam w sobie był mało cudowny, zjeżdżalnią. Mokre tyłki co i raz biegały też na huśtawkę, też debiutującą tego szczególnego dnia, później na chwilę impreza przeniosła się na drugą stronę domu, gdzie odbyła się piaskownica, huśtawka bardziej już znana, koszenie trawy w tzw. międzyczasie i jak się okazało punkt kulminacyjny dnia - odpalenie pompy wodnej w oczku (oczętku...) wodnym, co fontanną zaefektowało i postanowieniem: ryb nam trza!

Hania, Maja

O ryby w niedzielę i przy święcie trudno trochę, zatem odezwał się instynkt posiadania i ojciec sobie wszak przypomniał, że te ryby co jego rodziciele posiadają to w 15 proc. liczebności są jego, bo nasze oczęta zamarzają do dna, więc przed każdą zimą odwozimy ryby do głębszego. Czas odebrać, chociaż kilka! Nie zatrzymując się w domu ani minuty wsiedlim w auto i fruuu do ogródka kolejnego, gdzie poza bujaniem i za psami ganianiem było też łowienie. Złowiliśmy pięć, nim woda w oczku zaczęła przypominać barwą cieć z aktualnej Wisły i ryb w niej widoku zabrakło.

Hania, Maja

Po powrocie jeszcze jedno wyjście na dwór celem wrzucenia ryb do nowego domostwa i... Tu się dzień kończy, stopery proszę wyłączyć, wanna i mleko się już nie liczą, bo już nie na powietrzu doznawane. Lekko licząc Hanuta 10 godzin non-stop na tzw. dworzu, Majtek siedem, bo dwie przespała i jedną przejadła.

Hania, Maja

Padły. Śpią. Jeśli je tlen nie zamroczy na całą - wszak już krótszą - noc, to nie ma na nie żadnego już innego sposobu. Co napisawszy ziewnąłem i szum we łbie odpychając udałem się na odpoczynek.

sobota, 22 maja 2010

Z cyklu jak dziecko ojca pokory uczy. I zawstydza. Wyłazimy do przedszkola w komplecie (w sensie obie dziewczyny pędzą na śniadania, jedna z jęzorem wywieszonym druga z niedowierzaniem, że już drugi tydzień ją ciagają ne ten pierwszy posiłek w przybytku), kiedy spotykamy zmierzającego już w stronę przeciwną ojca narzeczonego starszej mej córki.

Hanuta ma się ukłonić, lecz zamiast normalnie powiedzieć 'cześć' czy 'dzień dobry', to zaczyna się wygłupiać, wykrzywiać, artykułować jakieś dziwne dźwięki, które z dużym wykorzystaniem wyobraźni można nazwać przywitaniem. Typowe wariowanie dziecka. Ja jednak mówię jej, bo porządnego, kulturalnego zgrywam: - Ale ładnie, nie wariuj! A ona mi na to ripostę przy świadkach zasuwa:

- Jak mam nie wariować jak mówiłeś, że mamy dom wariatów.

Aż stanąłem upokorzony świadomością, żem sam sobie winien i od razu przypomniałem sobie zdarzenie sprzed dni dwóch-trzech, kiedy to dzieci już ubrane skakały po domostwie, a ojciec oglądał początki jeszcze wtedy powodzi w TV. Oglądam i oglądam i nagle słyszę jednym uchem:

- Tata, skup się!

Dziecko mi pokazywało jak ubrało lalkę do przedszkola i z powodu braku zainteresowania wykorzystała nerwowy zwrot ojca, którego do szewskiej pasji doprowadza, jak starsza robi dziesięć rzeczy na raz i np. ustawiając klocki i oglądając bajkę, wkłada kapcie nie na tą nogę co trzeba.

No to się skupię, żeby się w język gryźć, bo inaczej dom wariatów będzie.

czwartek, 20 maja 2010

Jak ja to kocham. Smrodliwy szpital, ufajdolony od podłogi po sufit, zapyziałe okienko recepcji, niemiłe babsko ze dwa nawet), które domaga się współczucia za samo tam tkwienie, kolejka jedna i druga, burdel i chaos dookoła. Szpital, gdzie poszliśmy na kontrolę nóg Majtka.

Majtek

Majtek popyla dokładnie od 1 marca, był to pierwszy dzień w żłobku i zapamiętałem dość dobrze. Na przedostatniej wizycie u profesorki spoecjalistki od małych kończyn jeszcze na przełomie lata i jesieni rok wstecz usłyszeliśmy, że mamy się na kontrol zjawić jak zacznie łazić. Nie, nie byliśmy tak otumanieni radością ze zdjęcia szyny Koszli, że zapomnieliśmy - po prostu terminy są takie, że dziecko od trzech miesięcy chodzi, ale dopiero teraz kontrolują czy dobrze. I nie, nie pójdę już do prywatnej służby tzw. zdrowia w tym temacie, bo nie chcę po raz kolejny ryzykować pecha natknięcia się na "specjalistę" od barku (wpis przewinąć na dół trzeba...) w bardzo renomowanym Centrum imienia męskiego, które lekarza tegoż wysyła na front "ortopedia dziecięca" inkasując 150 pln za usłyszenie przez pacjenta "nie znam się, proszę do pani profesor lepiej się udać".

Zatem się udaliśmy, profesor nie było, był jej uczeń, wziął zerknął, przejść na golasa się kazał i oznajmił, że nie widzi powodów żeby nas tam znów widzieć, alleluja!

I tylko dlatego nie rozwaliłem tego parszywego gmachu z oszukańczą maszyną do kawy i nie ukatrupiłem w trakcie wielo-godzinnego sterczenia pod gabinetem kilkunastu pacjentów, trzy recepcjonistki, woźnego, pseudo-parkingowych i sklepikarza, który za 4,50 pln (zdzierwstwo) sprzedał mi biszkopty.

wtorek, 18 maja 2010

Raport z linii frontu wygląda tak - wróciły nieobecne posiłki w postaci NMG i nastąpiło kilka zmian. Na szczęście te najważniejsze - dzieci wciąż są grzeczne jak dwa anioły, dzieci wciąż bronią się mimo zmasowanego ataku wroga przed ospą - nie uległo zmianom.

To co się zmieniło to samopoczucie Majki po godzinie 20. Przed czasami niemal tygodniowego solowego zajmowania się dzieciakami i w trakcie tegoż okresu godzina 20 jest (była) granicą, po przekroczeniu której następuje błogostan względnego spokoju dla starszyzny. Majtek opita mlekiem zasypiała bez kwęku, Hanutą wyciągana z wanny polegiwała na kanapie z butlą w dziobie i też się w krainę snu oddalała powoli. A teraz ta pierwsza cholera się buntuje. To znaczy udaje. Udaje, że jest po staremu, że zmęczona, że oczy trze, że na bok i sapnięciem oznajmia zaśnięcie. A po chwili - śpiewy, skoki, wrzaski, zawołania, lamenty, kwilenia, chichoty i groźby.

Pierwszego wieczoru zawyrokowałem, że to zły wpływ matki. Że dziecko zobaczyło po tylu dniach rodzicielkę i z emocji nie wytrzymuje. Zresztą mit ten podsycało także zachowanie starszej dziewczyny, której fikołki przez ucho były najnormalniejszym objawem zdziczenia z zadowolenia. Ale następnego dnia historia się powtórzyła. Tym razem dziecko już nie zostało wyjęte z łóżka i nie mogło do 22.30 ganiać z rykami radości po dywanie, ale zostało przetrzymane do 22 i padło samo. Zawyrokowałem zatem, że może z braku wychodzenia (leje!) na dwór w żłobku jest mniej zmęczona, ewentualnie mniej dotleniona, ewentualnie później w tym żłobku chodzi spać.

Hanuta też się zmieniła i to już jest powód jedynie do dumy. A może nie tyle Hanuta co jej zwyczaje, nie tyle nawet zwyczaje, co podejście rodziców... To znaczy dziecko od środy zdąża na śniadanie na 8.45-9. Niewiarygodne! Zjadła pięć śniadań w przedszkolu, co nie wydarzyło się przez cały tenże rok! Zasługą jest tu moją moje wrodzone lenistwo, które uzewnętrzniło się totalną awersją do prasowania ubrań dzieciom i zaraz po wstaniu z wyra je w nie ubierałem i wychodziłem z domu, czynność ową opanowując do perfekcji i rekordowe 35 minut od wstania do wyjścia do księgi Guinnesa wpiszę (nikt się nie skarżył, że dzieci wygniecione jakieś...). Teraz kult rannego wychodzenia trwa w najlepsze (choć już z opcją prasowanie) i niech trwa.

Jak ktoś czeka na puentę, to o nią trudno. Może tylko taka, że jak coś się wydaje zgodnie z planem, rytuałem, schematem, porządkiem, znanym tokiem zachowań, to wcale takie nie jest.

sobota, 15 maja 2010

Nie lubię zaczynać od "Było sobie życie...", ale dwa miesiące, no najwcześniej miesiąc temu była sobie ospa w przybytku edukacyjnym potocznie przedszkolem zwanym. W grupie Hanuty - zwanej nie do końca potocznie Piccolo - zachorowała wtedy jedna osoba, w innych - kilka. Dwa dni temu pewna miła matka w przybytku edukacyjnym żłobkiem zwanym poinformowała mnie o dwóch sprawach: a) nasze dzieci chodzą razem do przedszkola i zarazem do żłobka, b) w tym pierwszym znów jest ospa.

Takie "najstarsze" i najbliższe koleżanki Hanuty z przedszkola mają imiona Nadia i Natka. Zgadnijcie proszę, jak się nazywają dwa pierwsze szkraby z grupy Piccolo, które zachorowały teraz na ospę? Tak. Brawo. Przechodzicie do następnej rundy.

Hanka

Dziś rano na facebooku kolega Łukasz, ojciec z tego samego rocznika (tzn. rodził w tym samym, bo szczyl młodszy jednak...) zakomunikował, że wysypało Baśkę. Baśka to kumpela Hanuty od urodzenia, a od co najmniej kilkunastu tygodni także kumpela z przedszkola. Wysypało to chyba mało powiedziane, bo jak słucham, co opowiada, to liczba tysiąc krost na centymetr kwadratowy nie jest przesadą.

Jak dziś (ups, po północy - wczoraj) odbierałem Hanutę z przedszkola, nawet nie musiałem pytać, bo opowiadała z przejęciem, że jej ciocia z grupy Piccolo co ma na imię tak samo jak mama, pojechała do domu, "bo wiesz tato, ona też ma ospę!".

Hanka została osaczona. Cudem nazwałbym, gdyby nie zachorowała. Dlatego psychicznie nastawiam się na krosty, podwójne oczywiście, bo Majka też dostanie, jak Hanka dostanie, bo dlaczego miałaby nie dostać. Potem dwa tygodnie kiblowania w domu. I nie przeraża mnie sam wirus - kij mu w oko, na to się nie umiera, a na słońcu jak wreszcie będzie szybko poschną, tylko kolejna partia trudnych logistycznie przedsięwzięć.

Córeczki kochane - jeśli już macie chorować to od niedzieli już proszę (w sobotę nie mam czasu...). Tak aby wyzdrowieć przed mundialem, kiedy ojciec będzie miał kłopot z zerwaniem się z pracowej smyczy.

00:05, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 maja 2010

O tym, że Majka żre wszystko i w każdych ilościach pod warunkiem, że to coś nie piszczy i nie ucieka - pisałem. To, że Hanka je tylko parówki najczęściej - też. I z tych mądrości dziejowych takie się oto rodzą sytuacje.

(FOT: Uwaga, zbliżam się - szykować żarcie! [żłobek])

Majka, żłobek

Dziś rano zdążyliśmy na śniadanie do przedszkola, bodaj 2-3 raz w roku. Na 9.15... Majka wparowała do Hanki przybytku edukacyjnego, a gdy ja klarowałem cioci, żeby może fryzurę mej córce poprawiła, bo mi nie wyszło trochę, Majka podeszła do stolika przedszkolaków i im podiwaniła kanapkę z szynkową. Co nie przeszkodziło jej pięć minut później domagać się śniadania w swojej placówce, choć o 6 i o 8.30 doiła mleko.

Jak ją już odbierałem, też jeszcze przeżuwała, ale nie przeszkodziło jej to zjeść makaron z kurczakiem w domu, swój i Hanki, bo Hance wybitnie nie smakowało co ojciec zrobił i była nawet histeria (godzinę później już po zgodzie była oczywiście parówka), a Majce smakowało, co artykułowała głosnym AAAAMMMMMM na cały regularator i klepaniem się po brzuchu.

W cały ten opis sytuacji wkroczyła idealnie z opowieścią moja matka rodzona, która zreferowała, jak rozdawała córkom mym chrupki kukurydziane. Majka wkładała po trzy do buzi, Hanka krzyczała, że Majka jej kradnie, a jak Majka dostała chrupka z komendą, żeby się podzielić i dać Hance, to idąc powoli w kierunku siostry swojej starszej skubała chrupka łapczywie i wręczyła jej na koniec ostatni okruszek.

Ale nie ma co utyskiwać - dzielić się umie niewątpliwie.

czwartek, 13 maja 2010

Tytuł trochę jak z fejsfreaka, ale to szczera prawda. Uwielbiam jak moje dziewczyny cieszą ubiorem oko me i nie tylko me. Ale z trwogą narastającą stwierdzam, że porządki w szafkach z ich ubraniami przeoczyłem i mam gigantyczny problem z ich (córek) ubieraniem, co stało się mym obowiązkiem z racji bycia jedynym dorosłym w tym towarzystwie aktualnie. I jest aktualnie jedyny (a jakże! :-)) problem, który z nimi mam.

Hanka i Majka

Tak więc:

  1. nie odróżniam, które rajstopy są czyje. Hanka ma nogi długie, Majka grube i krzywe, ale rajstopy po praniu wyglądają identycznie. Dopiero jak jednej sięgają do kolan, a drugiej pod szyję, to łapię różnicę. Zmyła tym większa, że mała nosi czasem po dużej i skojarzenia nie pomagają.
  2. weź tu dopasuj kolorystycznie. Brakuje garderoby, albo jej znaleźć nie umiem, ewidentnie, bo jakże można do czerwonej bluzki założyć różowe buty?
  3. no nie - podkoszulki mnie dobijają, zwłaszcza przy tej pogodzie. Przecież jej nie założę dwóch długich rękawów?! A bodziaka na ramiączka nie znalazłem...
  4. coś na dupę poza rajstopami musi być! Nienawidzę widoku małych dzieci popylających w rajtkach z wypchaną czymkolwiek pieluchą.Wygladają jak owady. Kiecek szukałem pół godziny.

Efekt jest taki, że obie dziś były na czerwono (uwielbiam bluzkę 50 proc. tata, 50 proc. mama = 100 proc. ja!), ale Majka do pasiastych rajstop miała kwiecistą spódnicę i kapelusz w drobną kratkę. Hanka zaś dobrana była jakoś-takoś, bo wyszarpałem skądś czerwoną spódnicę Hello Kitty, ale z przedszkola wróciła i tak w zielonych (bleeeeeee...) spodniach, bo się posikała ze szczęścia i miała garderobę zapasowo-awaryjną.

Hanka i Majka

Aż strach mnie bierze na ranek... znów otworzę szuflady i poczuję się jak mały, malutki, tyciusieńki człowieczek wobec wielkiego świata mody.

Tagi: Hanka Majka raj
00:06, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (4) »
środa, 12 maja 2010

Bez słów. Słowo. Jedno - kolacja na ogródku pierwsza w tym sezonie zamieniła się w pokaz niczym nie skrępowanej siostrzanej miłości. Dobra, shut up Raj.

Majka & Hanka

Majka & Hanka

Majka & Hanka

Majka & Hanka

Majka & Hanka

I tak nam mija dzień.

wtorek, 11 maja 2010

Dość niespodziewanie i z przyczyn nie będących w kategorii "miłych" zostaję znów sam. Wtedy to był lajcik, jak mówią szczyle, bo chwilowy tata-singiel został z połową posiadanych dzieci i było jak na wakacjach: dziecko Anioł, przespane całe noce, wypady z domu, sielanka, która została brutalnie przerwana powrotem drugiej połowy rodziny.
Od tamtej pory - wierzcie lub nie - Majce nie zdarzyło się przespać totalnie bez kwęku ani jednej nocy (ale też nie przesadzajmy - kwęk o 1 w nocy pod tytułem "piiiić" jest do wytrzymania, jak jest jeden, a zazwyczaj jest jeden).

Majka

Wtedy to była klasóweczka, którą dziecko zdało wybitnie (bo przecież ojciec nie miał wątpliwości, że zda), teraz zaś nadszedł prawdziwy egzamin. Egzamin z dwójką dzieci na raz, a nie połowką posiadanego stanu, do tego tą mniejszą. I chyba na tak długo z dwójką nie zostawałem, pomijając miesiąc sielanki na "urlopie tacierzyńskim", ale to było coś jednak odmiennego.
To będzie ciekawe zaobserwować, czy bez wentyla w postaci Najwspanialszej Matki Globu - do której zawsze można się zwrócić ze skargą, czy innym lamentem - dzieci dadzą mi popalić, czy wręcz przeciwnie - będą to błogie 2-3 dni?
Dam oczywiście znać, choć już dziś jakbym miał obstawiać jakieś marne gorsze, to wskazałbym na pozytywne zakończenie okresu singlowego.

Tymczasem jedna kwintesencja takich chwil, które nie ukrywam pod wieloma względami uwielbiam. Na przykład uwielbiam ten gnający rytm, kiedy trzeba wszystko zrobić na czas, jak wiemy, że nikt inny nie zrobi, to człowiek wpada w taki mega-trans, który jak wreszcie się kończy po godz. 21 wieczorem to jest jak... po biegu. Euforia i satysfakcja.

Czego sobie i córeczkom moim kochanym (marchewka...) życzę.

poniedziałek, 10 maja 2010

Ja po pierwsze chciałbym wyrazić swe straszliwe oburzenie na sytuację klimatyczną i mam w d... że to jest od nikogo zależne. Ja się najzwyklej nie godzę z sytuacją, że jak od 8 do 23 zasiadam w tzw. stanowisku pracy (sobota) to jest piękne słońce i wiatru brak, a jak się zbliża wolna niedziela to piździ jak na dworcu nowoiwiczańskim w połowie listopada.

Zaklinając nie odpuściłem i wyszedłem z obiema na rower. Bo musicie wiedzieć, że mają maszyny już obie, oba różowe, wszytko musi być razy dwa.

ROWERY

A wieczorem pojechaliśmy kupić Hance różowe sandały, nie poradzę, że ten kolor króluje - na usprawiedliwienie mam, że nie ja, ani nie NMG decyduje o kolorystyce, tylko nasza starsza, która domaga się i rządzi w kwestii mody niepodzielnie. My moglismy jeno zdecydować - numer buta jaki.

I wpadliśmy do sklepu, po którym Majka zaczęła biegać, aż za którymś wirażem wybiegła w butach - biało-różowych sandałach, zadowolona jak krowa na pastwisku i z okrzykiem hord barbarzyńskich, nie znosząc sprzeciwu, opuściła sklep z nowym obuwiem na girach.

Znów razy dwa. Ponieważ już nastał ten moment, że za jednym zamachem się dwie na raz córki obkupuje, to zastanawiam się (ups...) jak to będzie jak w jednym czasie przyprowadza do domu chłopaka, albo dziewczynę. A... i już wiem, że razem do przedszkola chodzić nie będą. majka zacznie we wrześniu 2012, kiedy Hanka będzie miała rozpocżęcie roku szkolnego.

Matko jak ten czas zap...

piątek, 07 maja 2010

Krótko. Króciuteńko. To, że Majka jest w porównaniu do Hanki bycza, pisałem wielokrotnie. To, że żre jak Hanka nigdy nie umiała i nie chciała - też. To, że jest bardziej okrągła, nawet nabita - również. Że łazi w Hanki ciuchach - oczywiste. Że zakłada je rok wcześniej niż nosiła je Hanka - a jakże. Ostatnio nawet zakłada kreacje dopiero co przez Hankę zdjęte - pewnie.

Teraz wyrasta też z tego, czego jeszcze nawet nie nosiła, no ale jak się tyle chla... (na zdj. w kiecce po siostrze, a jakże...)

Majka

Już dwa razy zdarzyło się Najwspanialszej Matce Globu sieknąć coś na aukcji, co wyglądało wzrokowo i rozmiarowo na duże, a okazało się na Majce za ciasne, wąskie i jak po młodszym bracie. Na szczęście idzie lato i podkoszulki, w których popylać będzie łatwo rozciągnąć, z pomocą nadeszła też pewna znajoma historyk sztuki, podsyłając dwa wory przeróżnej odzieży, z której na razie zarejestrowałem mega wypasione wsuwki Nike.

Jakoś przeżyjemy. Dostając zewsząd pomocowe torby, być może nie będziemy musieli z nimi pójść.

17:58, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010

Jak tak człowiek sobie machnie w te i wewte do Londynu i z powrotem w 20 godzin to ma czas 10 000 m nad morzem północnym na zastanawianie się, co by zrobiło dziecko, gdyby przez okno zobaczyło chmury z drugiej strony.

samolot

Dywagacje na ten deseń do łba mi przywędrowały nie tylko z powodu podróży, ale też podróży w towarzystwie dziecka i to nie tylko jednego. Po lotniskach biegają maluchy mniejsze od moich maluchów, w samolocie z Londynu wracała matka z 14 miesieczną dziewczynką. Słychać było płacz, co i raz, ale generalnie już na Okęciu gęba od ucha do ucha.

I tak się zastanawiam, że pewnie bardziej przeżyłaby lot Hanuta niż Majtek i nie jest to jakieś skomplikowane wymyślenie. Niemniej wolałbym lecieć z H.

U H. mógłby pojawić się strach. Wysokością, trzęsieniem, wciśnięciem w fotel, nieznośnie niewyraźnym uczuciem opadania, ciśnieniem w uszach. U M. pewnie jeszcze nie, za to trudniej byłoby tej cholerze wytłumaczyć, że ma siedzieć na d... 2,5 godz (UK), czy nawet krócej - 1,5 godz. do Włoch np. Na jej sen - po ostatnich wyczynach samochodowych - nie mam co liczyć. Byłoby użeranie. Strasznie męczące.

Wolałbym z H. Nawet chciałbym jej pokazać ten "śnieg", lotnisko, cieszyłaby się jak... dziecko... mogąc przepuścić przez skaner swoje spinki. Ciekawe tylko, czy w samolocie do głosu doszłaby jej choroba lokomocyjna. I czy przypomniałaby sobie jedno z ostatnich pytań do rodziców z gatunku tych najtrudniejszych: "co to jest ostatnie pożegnanie".

niedziela, 02 maja 2010

Są rodzice, którzy to zrozumieją. Są nie-rodzice, którzy pojmą to doskonale. Nie wydarzyło się nic specjalnego, a jednak był to bardzo udany dzień. Może właśnie dlatego, że nic jego monotonnego rytmu nie zaburzyło, a spełnienie zwyczajnych obowiązków przyszło z łatwością i nie bez przejemności. W punktach, bo dzień trzeba ów kiedyś jednak zakończyć...

1) Majtek spała od 20 do 9 z przerwą bez otwartych oczu (jej i ojca) na mleko ok. 5.

2) Majtek spała od 11 do 13.30, w czasie gdy ojciec dupę moczył i F2 oglądał.

3) Majtek wstała, zjadła i pojechaliśmy na obiad.

łazienki, Majka

4) Majtek była najgrzeczniejszym dzieckiem świata w gościach. Zjadła obiad.

5) Majtek śpiewała na spacerze po jednym z raptem dwóch prawdziwie wielkomiejskich miejsc stolicy - Łazienkach.

6) Majtek zjadła (wciąż w gościach), co gospodyni ugotowała.

7) Majtek nie zasnęła w samochodzie, bo śpiewała.

8) Majtek bardzo lubi śpiewać i uciekać między półkami na stacji benzynowej.

9) Majtek zjadła pięknie kolację upichconą przez ojca.

10) Majtek z uśmiechem nie znikającym dziś ani na chwilę pójdzie zaraz do wanny i spać.

Update już "po" - podśpiewywała w wannie, zjadła i poszła spać. Oby znów 20-9.

Oto dekalog perfekcyjnego dnia. Z obserwacji dodatkowych Majtek doczekała się górnych czwórek i miała wczoraj imieniny... Jakim cudem tylko jedna osoba z familii (babcia) pamiętała, że urodzona 1 stycznia Maja ma imieniny 1 maja - nie wiem. Dostanie rower, bo skleroza efektem na wyrzuty sumienia się rzuciła.

Niemniej, więcej takich dni, proszę.

Zdjęcia: 1) Via Agricole: "tato, szybciej, bo zasnę", 2) "tato jeszcze mi się nie chce spać", 3) "tato chce mi się trochę spać", 4) "tato - śpię".

MAJKA

MAJKA

MAJKA

sobota, 01 maja 2010

Pół rodziny wykaraskało się z domu w południe. Majtek była dziwna. Coś przeczuwała? Wstała pi razy oko o 7.30 a o 9.20 już padła znowu. Nawet przez łeb przegalopowały mi myśli, że wreszcie jakieś cholerstwo ją dopadło. Ale nie - wstała jak skowronek o 12, zeżarła, ojciec pulpety zrobił w 15 minut, spakował w minutę, ubrał w pół i fruuuuuuuuuuu.... zaczęliśmy majowy weekend!

Maja, tata, raj

Jeden taki typ, trzy domy miał w rok. Ten trzeci jest trzy domy stąd i mam nadzieje że to już ostatni, bo jest zaj... Ogródek ma. Tak się podjarał, że grilla kupił i choć za oknem ściana deszczu nie odwołał. Ma szczeście drań. Słońce wyszło - kiełbaski pyszne, fiołki cudowne, Majtek z córą jego dwa razy z hakiem starszą wylatały się za ślimakami na łowach za wsze czasy.

Maja, tata, raj

Nie zakwiliła ni razu, gęba od ucha do ucha, w domu kolacja z tychże pulpetów z ryżem, potem kąpiel z jednym nurem pod wodę bez konsekwencji rykowych i przestraszających, i teraz - od 20, śpi jak anioł. Padła. Dosłownie. Tak padła, że jak jej inhalację robiłem o 18.30 jeszcze przed kolacją to kiwając się z maską na ryju zasnęła. Obudziła się jak mięcho poczuła i zobaczyła.

I tak myślę, że ona to celowo zrobiła, żeby dnia nie marnować na sen, kiedy wreszcie ma ojca na wyłączność. Jutro tylko jej ten katar skasuję (swoimi świetnymi sposobami wynikającymi z lat doświadczeń) - no bo pogoda - jak słonce - 25 st., zajdzie - 18, deszcz - 13, deszcz i wiatr - 10, w nocy 3-5 - to jak je kur...a ubierać - i będzie git. A tymczasem mamy kolejne trzyzaproszenia na obiad i jedenzaplanowany w dalekiej Anglii już nie długo. Zatem w tej chwili cichej i spokojnej zdjęcia.

Maja, tata, raj

A) Relax na grillu

B) Chwilę po nurku - wielkość gał i ichkolor = zmęczenie

C) Tuż przed ostrzyżynami

21:09, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »