"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
poniedziałek, 10 maja 2010

Ja po pierwsze chciałbym wyrazić swe straszliwe oburzenie na sytuację klimatyczną i mam w d... że to jest od nikogo zależne. Ja się najzwyklej nie godzę z sytuacją, że jak od 8 do 23 zasiadam w tzw. stanowisku pracy (sobota) to jest piękne słońce i wiatru brak, a jak się zbliża wolna niedziela to piździ jak na dworcu nowoiwiczańskim w połowie listopada.

Zaklinając nie odpuściłem i wyszedłem z obiema na rower. Bo musicie wiedzieć, że mają maszyny już obie, oba różowe, wszytko musi być razy dwa.

ROWERY

A wieczorem pojechaliśmy kupić Hance różowe sandały, nie poradzę, że ten kolor króluje - na usprawiedliwienie mam, że nie ja, ani nie NMG decyduje o kolorystyce, tylko nasza starsza, która domaga się i rządzi w kwestii mody niepodzielnie. My moglismy jeno zdecydować - numer buta jaki.

I wpadliśmy do sklepu, po którym Majka zaczęła biegać, aż za którymś wirażem wybiegła w butach - biało-różowych sandałach, zadowolona jak krowa na pastwisku i z okrzykiem hord barbarzyńskich, nie znosząc sprzeciwu, opuściła sklep z nowym obuwiem na girach.

Znów razy dwa. Ponieważ już nastał ten moment, że za jednym zamachem się dwie na raz córki obkupuje, to zastanawiam się (ups...) jak to będzie jak w jednym czasie przyprowadza do domu chłopaka, albo dziewczynę. A... i już wiem, że razem do przedszkola chodzić nie będą. majka zacznie we wrześniu 2012, kiedy Hanka będzie miała rozpocżęcie roku szkolnego.

Matko jak ten czas zap...

piątek, 07 maja 2010

Krótko. Króciuteńko. To, że Majka jest w porównaniu do Hanki bycza, pisałem wielokrotnie. To, że żre jak Hanka nigdy nie umiała i nie chciała - też. To, że jest bardziej okrągła, nawet nabita - również. Że łazi w Hanki ciuchach - oczywiste. Że zakłada je rok wcześniej niż nosiła je Hanka - a jakże. Ostatnio nawet zakłada kreacje dopiero co przez Hankę zdjęte - pewnie.

Teraz wyrasta też z tego, czego jeszcze nawet nie nosiła, no ale jak się tyle chla... (na zdj. w kiecce po siostrze, a jakże...)

Majka

Już dwa razy zdarzyło się Najwspanialszej Matce Globu sieknąć coś na aukcji, co wyglądało wzrokowo i rozmiarowo na duże, a okazało się na Majce za ciasne, wąskie i jak po młodszym bracie. Na szczęście idzie lato i podkoszulki, w których popylać będzie łatwo rozciągnąć, z pomocą nadeszła też pewna znajoma historyk sztuki, podsyłając dwa wory przeróżnej odzieży, z której na razie zarejestrowałem mega wypasione wsuwki Nike.

Jakoś przeżyjemy. Dostając zewsząd pomocowe torby, być może nie będziemy musieli z nimi pójść.

17:58, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010

Jak tak człowiek sobie machnie w te i wewte do Londynu i z powrotem w 20 godzin to ma czas 10 000 m nad morzem północnym na zastanawianie się, co by zrobiło dziecko, gdyby przez okno zobaczyło chmury z drugiej strony.

samolot

Dywagacje na ten deseń do łba mi przywędrowały nie tylko z powodu podróży, ale też podróży w towarzystwie dziecka i to nie tylko jednego. Po lotniskach biegają maluchy mniejsze od moich maluchów, w samolocie z Londynu wracała matka z 14 miesieczną dziewczynką. Słychać było płacz, co i raz, ale generalnie już na Okęciu gęba od ucha do ucha.

I tak się zastanawiam, że pewnie bardziej przeżyłaby lot Hanuta niż Majtek i nie jest to jakieś skomplikowane wymyślenie. Niemniej wolałbym lecieć z H.

U H. mógłby pojawić się strach. Wysokością, trzęsieniem, wciśnięciem w fotel, nieznośnie niewyraźnym uczuciem opadania, ciśnieniem w uszach. U M. pewnie jeszcze nie, za to trudniej byłoby tej cholerze wytłumaczyć, że ma siedzieć na d... 2,5 godz (UK), czy nawet krócej - 1,5 godz. do Włoch np. Na jej sen - po ostatnich wyczynach samochodowych - nie mam co liczyć. Byłoby użeranie. Strasznie męczące.

Wolałbym z H. Nawet chciałbym jej pokazać ten "śnieg", lotnisko, cieszyłaby się jak... dziecko... mogąc przepuścić przez skaner swoje spinki. Ciekawe tylko, czy w samolocie do głosu doszłaby jej choroba lokomocyjna. I czy przypomniałaby sobie jedno z ostatnich pytań do rodziców z gatunku tych najtrudniejszych: "co to jest ostatnie pożegnanie".

niedziela, 02 maja 2010

Są rodzice, którzy to zrozumieją. Są nie-rodzice, którzy pojmą to doskonale. Nie wydarzyło się nic specjalnego, a jednak był to bardzo udany dzień. Może właśnie dlatego, że nic jego monotonnego rytmu nie zaburzyło, a spełnienie zwyczajnych obowiązków przyszło z łatwością i nie bez przejemności. W punktach, bo dzień trzeba ów kiedyś jednak zakończyć...

1) Majtek spała od 20 do 9 z przerwą bez otwartych oczu (jej i ojca) na mleko ok. 5.

2) Majtek spała od 11 do 13.30, w czasie gdy ojciec dupę moczył i F2 oglądał.

3) Majtek wstała, zjadła i pojechaliśmy na obiad.

łazienki, Majka

4) Majtek była najgrzeczniejszym dzieckiem świata w gościach. Zjadła obiad.

5) Majtek śpiewała na spacerze po jednym z raptem dwóch prawdziwie wielkomiejskich miejsc stolicy - Łazienkach.

6) Majtek zjadła (wciąż w gościach), co gospodyni ugotowała.

7) Majtek nie zasnęła w samochodzie, bo śpiewała.

8) Majtek bardzo lubi śpiewać i uciekać między półkami na stacji benzynowej.

9) Majtek zjadła pięknie kolację upichconą przez ojca.

10) Majtek z uśmiechem nie znikającym dziś ani na chwilę pójdzie zaraz do wanny i spać.

Update już "po" - podśpiewywała w wannie, zjadła i poszła spać. Oby znów 20-9.

Oto dekalog perfekcyjnego dnia. Z obserwacji dodatkowych Majtek doczekała się górnych czwórek i miała wczoraj imieniny... Jakim cudem tylko jedna osoba z familii (babcia) pamiętała, że urodzona 1 stycznia Maja ma imieniny 1 maja - nie wiem. Dostanie rower, bo skleroza efektem na wyrzuty sumienia się rzuciła.

Niemniej, więcej takich dni, proszę.

Zdjęcia: 1) Via Agricole: "tato, szybciej, bo zasnę", 2) "tato jeszcze mi się nie chce spać", 3) "tato chce mi się trochę spać", 4) "tato - śpię".

MAJKA

MAJKA

MAJKA

sobota, 01 maja 2010

Pół rodziny wykaraskało się z domu w południe. Majtek była dziwna. Coś przeczuwała? Wstała pi razy oko o 7.30 a o 9.20 już padła znowu. Nawet przez łeb przegalopowały mi myśli, że wreszcie jakieś cholerstwo ją dopadło. Ale nie - wstała jak skowronek o 12, zeżarła, ojciec pulpety zrobił w 15 minut, spakował w minutę, ubrał w pół i fruuuuuuuuuuu.... zaczęliśmy majowy weekend!

Maja, tata, raj

Jeden taki typ, trzy domy miał w rok. Ten trzeci jest trzy domy stąd i mam nadzieje że to już ostatni, bo jest zaj... Ogródek ma. Tak się podjarał, że grilla kupił i choć za oknem ściana deszczu nie odwołał. Ma szczeście drań. Słońce wyszło - kiełbaski pyszne, fiołki cudowne, Majtek z córą jego dwa razy z hakiem starszą wylatały się za ślimakami na łowach za wsze czasy.

Maja, tata, raj

Nie zakwiliła ni razu, gęba od ucha do ucha, w domu kolacja z tychże pulpetów z ryżem, potem kąpiel z jednym nurem pod wodę bez konsekwencji rykowych i przestraszających, i teraz - od 20, śpi jak anioł. Padła. Dosłownie. Tak padła, że jak jej inhalację robiłem o 18.30 jeszcze przed kolacją to kiwając się z maską na ryju zasnęła. Obudziła się jak mięcho poczuła i zobaczyła.

I tak myślę, że ona to celowo zrobiła, żeby dnia nie marnować na sen, kiedy wreszcie ma ojca na wyłączność. Jutro tylko jej ten katar skasuję (swoimi świetnymi sposobami wynikającymi z lat doświadczeń) - no bo pogoda - jak słonce - 25 st., zajdzie - 18, deszcz - 13, deszcz i wiatr - 10, w nocy 3-5 - to jak je kur...a ubierać - i będzie git. A tymczasem mamy kolejne trzyzaproszenia na obiad i jedenzaplanowany w dalekiej Anglii już nie długo. Zatem w tej chwili cichej i spokojnej zdjęcia.

Maja, tata, raj

A) Relax na grillu

B) Chwilę po nurku - wielkość gał i ichkolor = zmęczenie

C) Tuż przed ostrzyżynami

21:09, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 kwietnia 2010

Być może podejście do spraw - takie nerwowe, na skraju agresywności wręcz - jest spowodowane przypadającym dzisiaj kolejnym jubileuszem wiosen (żegnajcie trójki), niemniej od samego rana było cholercia jakoś tak podminowo.

No bo po pierwsze wczoraj Hanuta tak szybko biegła za kolegą, że jej się nogi zaplątały, poleciała lotem koszącym w kierunku bujaka, kopnęła się weń, a łbem przywaliła w trzymak siedziska. Śliwa. Piękna, fioletowa.

Rano zaś Majtek do mnie wlazła do łazienki i z chęcią się przywitania złapała mnie akurat na wykroku z wanny i nie mogłem zareagować widząc jak noga jej się obsuwa z podestu i stacza się na terakotę waląc potylicą w kafel.

Ale najbardziej mne wkur... tik-taki. Hanuta czasem wymyśla sobie co bierze spać i wczoraj pod nieobecność ojca wzięła babcię namówiła na tik-taki. Wzięła pudełeczko "do potrzymania". W środku nocy ryk! Zgubiło się to pudełeczko. Nim znalazłem obudziła Majkę.

Nad ranem ryk drugi raz, bo pudełeczko zostało schowane pod poduszkę, ale zaspane dziecko o tym nie pamiętało. Obudziła Majkę. Dwa ryki. I w urodziny człowiek musiał wstać o 6.40 a nie jak praca wymagała 7.30. To bardzo istotne 50 minut.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Wymyślone dawno temu, realizowane w najbliższy weekend, ten co miał być długi, a będzie tylko trochę dłuższy niż normalny i jak nas wkurzają meteorolodzy - mokry. U podstaw planu leżało, że z dwójką dzieci to można się co najwyżej zaharować na śmierć na wypoczynkowym wyjeździe (w wersji jeden lub dwa rodzice do opieki - bez znaczenia). Zatem scenariusz jest teraz taki, że model rodziny 2+2 rozbijamy na dwa razy po 1+1. Myślałem na początku, że wyszedłem na tym jak na mydle, i że nie ma mowy o kilku dniach bycia free as a bird, ale...

bird

Dziś postrzegam to jednak zgoła inaczej. Mianowicie zostaję w swoim ukochanym domostwie z młodszą Majtkiem, starsza Hantek natomiast wyjeżdża z NMG w siną dal. Pierwsze skojarzenie - ech, one sobie pośpią, a ja z Majtkiem będę się po nocach użerał. Drugie: te noce wcale już nie są takie do użerania wcale, do tego Majtek wcześniej idzie spać i niekoniecznie wcześniej wstaje. Trzecie: wystarczy, że sobię przygotuję zestaw małego nocnego kucharza - trzy butelki wypełnione różną cieczą i będzie git, bo po czwarte: Majtek jest wciąż jeszcze zdecydowanie mniej skomplikowana, a może inaczej - czasochłonna - w obsłudze. A będzie git, bo jej snu nie zakłóci hałas, towar absurdalnie tutaj deficytowy.

Cisza - słowo klucz, które przeważyło. Bo oczywiście mała Majtek potrafi wydać z siebie ryk tysiąca orków, śmierdzącym oddechem powalających wroga, ale też jest zgoła odmiennie wygadana. Nie zadaje pytań, nie filozofuje, nie docieka, nie rozstrząsa, nie nawija i nie deklamuje. A jak deklamuje to monotonnie i nie trzeba na to zajmować stanowiska.
Trzy dni bez słowotoku Hanuty to będzie jak cofnięcie się w czasy średniowiecza, kiedy zamiast ulic były trakty, a zamiast ryku samochodów jeno rżenie koni dobiegało - donośne, ale nie nieustanne.

A jakby tego wszystkiego z powodów było mało, mam patent na Majtka. Trzeba jej w głowie zakręcić, odurzyć mianowicie. Jak sobie potańczymy (załączone wideo), to czasem mała traci pijana orientację. Zauważyliście na tym amatorskim filmidle? No chociażby łąpanie balansu w 34 i 44 sekundzie...
A w stanie zakręcenia, otumanienia i odurzenia, spotęgowanym odrętwieniem dużą ilością ciepłego mleka, mogę się spodziewać spokojnych, cichych, ekstazą nic-nierobienia wypełnionych wieczorów i nocy. Yeahhh!

niedziela, 25 kwietnia 2010

Na początek wyjaśnienie tytułu. Czwarte, choć drugie na działce zaistniało mało i/lub wcale. Słowa dziś ograniczę do minimum.

Hania działka

- ze 25 lat temu pojawiła się działka a w świadomości nazwa Prażmów i bardzo długa droga tam. Dziś droga jest krótka, że rzut beretem to mało powiedziane.

- pierwsze wspomnienia - traktor, który zaorał w kółko. To miał być początek. Potem podmurówka. I nornice.

Hania działka

- moja grządka. Wszystko tam miałem. Jarzębina, która wsadzona przez głupiego Bartusia korzeniami do góry (anegdota powtarzana przez pokolenia) się przyjęła i puściła od spodu liście.

- pierwsza kradzież i pierwsza zmowa - choinki, te najładniejsze, co rosły w lesie, nieprzypadkowo wyglądały tak łądnie. Były nasadzone. Z Babcią (swoją) dogadaliśmy się, że nie powie rodzicom. Straty były, awantura...

Hania działka

- beczka, w któej pływały larwy komarów i żaby. Studnia, w której pływały larwy komarów, kijanki i żaby

- brzozy. Dwe cienkie, które miały zrobić naturalną bramę przy ścieżce. Ostała się jedna. Jej pień widzicie na pierwszym zdjęciu.

Hania działka

- domek, numer 22, numer jakoś przez życie się mi przeplata, szczęśliwy? Domek co stoi już 25 lat i właśnie wytrzymał najgorszą zimę bez strat. Naszpikowany patentami dziadka, czytaj: nie do obsługi bez wielomiesięcznego przeszkolenia.

Hania działka

- pogoda - choć w Warszawie leje, tam zawsze nie lało.  Wczoraj też nie - piękne słońce.

- i czwarte pokolenie - dziadki scedowały swoje ukochane dobro na mnie. Hanka jeździ ze mną. To jest już czwarte pokolenie w Prażmowie.

Nostalgicznie kończąc - Raje - dziękujemy!

Hania działka

12:45, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 kwietnia 2010

Pisałem już, a jak nie pisałem to napiszę, a jak pisałem to drugi raz napiszę, jak kiedyś w swej dobroci rodzicielskiej zaproponowałem dziecku starszemu pozostanie z ojcem w domu/tudzież dworze - gry, zabawy, swawole, hulanki. Odmówiło, wolało iść do przedszkola.

Hania Raj

Zaakceptowałem to z pewnym bólem, jak i inne rzeczy, które moje dziecko zaczęło pozycjonować nad marną postacią taty swego, gdyż przeraźliwie dotkliwie dotarło do mnie, że będzie w tej materii jeno gorzej z czasem a nie lepiej. I tak - chwaliłem sobie - nadeszło to całkiem późno.

Ale wczoraj odebrałem telefon zatrwożonej NMG: - Słuchaj, ona nie chciała wyjść ze żłobka. Mianowicie było nie mniej nie więcej tak, że dziecko jak zwykle zeszło w ramionach jednej z cioć po schodach, jak zwykle z uśmiechem typu "kąciki mych ust łączą się na karku", ale tym razem radość minęła szybciutko w momencie wyciągniętych matczynych ramion. Zwichnięcie główką, kokieteryjne spoglądanie i w tył zwrot. Ciocia dostała od szefowej przybytku specjalne gratulacje za wzorowe i sympatyczne przetrzymanie w przybytku dziecka mego, a NMG gratis chandrę.

Hania Raj

Zjawisko się poszerza w czasie porównywalnym do pyłu wulkanicznego nad Europą. Starsze dziecko, Hanutą zwane, nie od dziś ma hopla na punkcie "chcę się ubrać w sukienkę". Ale też jak pada hasło: Na dwór! - nigdy nie zastanawiała się w czym wybiega. podobnie do sklepu, babci, czy gdziekolwiek indziej. Rano na hasło: - Szybko, bo nie zdążysz do przedszkola nakazała: - Tylko ja chcę wszystko fioletowe.

Hania Raj

A potem wszystkim w przedszkolu rozpowiedziała, że ma gumki we włosach fioletowe i majtki też. A to dopiero przed Majtkiem.

Mogę nie dać rady sobie.

Hania Raj

środa, 21 kwietnia 2010

Drugi raz w  życiu mi się to przytrafia. Za pierwszym Najwspanialsza Matka Globu postanowiła się wyrwać (co to było, narty???) i zostałem sam z Hanutą. Dziecko fiknęło będąc pół metra ode mnie, nie złapałem, framuga, śliwa wielkości dużego jabłka na czole. Pierwszy raz widziałem jak siniak rośnie w oczach z przyrostem centymetr na sekundę. Myślałem, że umrę ze strachu, albo co najmniej się w panice zesikam. Szczegóły (i foto) - tutaj.

I po dwóch latach przytrafiło mi się to znów, znów dziecko było na wyciągnięcie ręki i znów nic nie dało się zrobić. Masakra.

Majka

Opis skrócony makabrycznego wydarzenia we wsi NI. Hanuta z przedszkola wyrzucona pod domem pod opiekę sąsiadów, ojciec pognał do żłoba po Majtka, ten jak zobaczył na parkingu dzieciarnię wszelaką wyrwał do przodu, noga zahaczyła o kamyk żwirowy, którym wysypany jest parking, ręce się gdzieś zaplątały i dziecko jak w zwolnionym tempie upadło na brzuch, a potem wydawałoby się dosłownie, jakby złożyło głowę na piachu.

Ryk...

... oznajmił, że niekoniecznie złożyło, ale miałem krótkotrwałą nadzieję, że jeno się wystraszyła. Wykaraskałem ją spod podwozia auta sąsiedniego i zobaczyłem rozmiar strat (a nawet nie - jeno powierzchnię twarzy przykrytą brudnym piachem i kamykami). Dopiero po tuleniu i otrzepaniu (ryk ustał szybko) okazało się, że z koniuszka rozciętego nosa kapie krew, a otarcie na poliku zaczyna przypominać efektem ciągnięcie dziecka po betonie przez kilometr twarzą do ziemi. Do wieczora rany przybrały kolorki i strupki, więc masakra dopełniła się też w formie wizualnej. W nocy zaś były jęki, bo Majtek śpi dupą w górze, czyli ryjem w poduszce i ją te rany pewnie piekły (albo udawała).

Majka

I tak sobie myślę, że i tak jesteśmy wszyscy szczęściarzami... (tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu, tfu,tfu i jeszcze raz na wszelki wypadek - TFU!).

... bo do tej pory strat wielkich na dzieciach nie stwierdzono przez 3 lata i 9 miesięcy życia co najmniej jednej z nich. Hanuta miała wspomnianą imponującą śliwę, Majka ma teraz otarty ryj, obie mają po centymetrowej szramie na policzku od kota, ale...

... tak sobie przypomniałem rozmowę z panią fryzjerką (przybytek, w którym nie byłem z rok lub dłużej), o tym jak przy narodzinach jej dzieci w domu zniknęły wszelkie kanty. Zaokrąglili ściany, framugi zyskały obijkę gumową, blaty w kuchni wymienione na opływowe, wszystkie szuflady objęte sytemem anty-wyciągowym. My nie zrobiliśmy nic, by kąty 90 stopni skasować. I mamy tylko dwie rany. (tfu). Przy czym tylko jedną (Hanki) można obarczyć kant (framugi), Majka zorała sobie twarz płaszczyzną, że tak sie wyrażę, geometrycznie nieokreśloną.

Do wesela (tfu!) się zagoi.

PS: Motto z poprzedniej notki na temat masakry jest bardzo adekwatne:

"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: podnieść się" - napisał/powiedział Aldous Huxley, pisarz angielski.

Majka

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Hanuta zwykła od czasu do czasu, raczej nie za często, wstać w nocy i się popłakać, że ją bolą nogi. Przez ułamek chwili przyszło nam nawet do głowy, żeby zrobić badania, ale potem przeczytałem, że to może oznaczać wzrost człowieka małego i przestałem się martwić. I objawy ustały, zresztą podobnie jak te związane z bakteriami sikowymi, które im mocniej się leczyło i częściej badało, tym obficiej występowały.

Dziś w nocy dziecko znów płakało, że ja bolą nogi. I tym razem doskonale wiemy dlaczego. W kolejności mniej więcej przypadkowej: od godz. 13 do 19 na dworzu nie zatrzymała się nawet na 0,19 sekundy. W tym czasie - 6 godzin a nie 0,19 sekundy - zdjęła buty 2301 razy, raz mniej je założyła. Pokonała około 756 razy w obie strony drabinę dwuszczeblową, jeździła na sześciu różnych rowerach, ryczała cztery raz i raz wylądowała na dupie z tego roweru. Powód jednak najważniejszy:

Wykonała pi razy oko 4 598 231 001 skoków, podskoków, salt, fikołków i upadków na trampolinie.

trampolina, Hania, Basia, Milan

Rodzice narzeczonego sprawili takową, wielką, ogrodzoną siatką i robi furrorę. Największą frajdą jest oczywiście się w niej lanie i z niej ciągłe wyłażenie, złażenie, włażenie, co się z tymi butami wiąże. Niemniej ból nóg jest w tym wypadku bólem zasłużonym.

Na obrazku owe 0,19 sekundy, kiedy jadły jabłko i żeby się nie udławić. Hanka - pierwsza z lewej - ma buty, Baśka i Milan - nie. Wnioski, w którą stronę dzieci pójdą - do trampoliny czy z niej - nie do wyciągnięcia. Majkę muszę na trampolinie nagrać, bo nawet takiemu specowi od wodolejstwa zabrakło słów...

sobota, 17 kwietnia 2010

Wiem, wiem, wiem, że to dopiero za miesiąc z hakiem, ale widocznie dzieci z pewnym wyprzedzeniem w przedszkolu wykuwają pieśni okoliczne, żeby w dniu występu wpadki nie było. A że Hanuta łeb do tego ma niezwykły (nie po ojcu, któremu trzy tygodnie zajęło przyswajanie inwokacji), no to zaśpiewała...

A potem tacie się zrobiło tak zazdrośnie i spytał, czy w przedszkolu nie uczą piosenek o kochanych i wyrozumiałych i opiekuńczych ojcach. I dostał najpiękniejszą śpiewaną odpowiedź świata. Pobeczałem się normalnie:

piątek, 16 kwietnia 2010

Cztery linijki na poważnie: jest to możliwe. Często się wściekam, jak dzieci robią coś nie po mojej myśli, mam mało cierpliwości i jestem generalnie tym całym tacierzyństwem lekko zmęczony. A surowość najczęściej wynika z ogólnego poczucia bałaganu, bajzlu, burdelu, które dwie dziewczyny robią w domu.

Hania Raj

Więcej linijek na luzie. Dziś byłem stanowczy. Nakazałem, żeby przynosić z dziecinnego po jednej zabawce do zabawy, a nie wszystko na raz jedynie w celu ciepnięcia na dywan w zapomnieniu. Kazałem sprzątać to, co leży nieruszane, pod groźbą wyrzucenia do śmieci. Wściekłem się też, że podekscytowana córka starsza, w fazie euforycznej nawijki i zabawy, wierzga nogami zaciskając pęcherz i choć siki już niemal tryskają przez rajstopy przekonuje, że "jej się nie chce". W końcu na siłę zaprowadzona (z rykiem) zrobiła na nocniku strumieniem niagarskim.

W tej atmosferze córka mnie jakoś nazwała, nie pamiętam jak, ale generalnie niepasowało do niczego, powiedzmy, że "tata jesteś niedokręcony". Najwspanialsza Matka Globu w swojej wspaniałomyślności podpowiedziała Hanucie jak ojca ma mianować. "Tata jest surowy".

- Surowy? Mama to wsadzimy tatę do piekarnika i go upieczemy".

I w ten sposób zastosowała chwyt poniżej pasa, który ojciec stosuje względem zabawek - nie bawi się, wyrzucę do kosza. Jest surowy - upieczemy.

Tagi: ojciec raj
12:13, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (3) »
środa, 14 kwietnia 2010

Wodowstręt Majtka powoli mija. Piszę to z lekkim niepokojem, że zaczaruję coś źle i znów się odmieni. Niemniej postępy są widoczne gołymi gałami - jak się ojciec rozbierze i po turecku siądzie, to w otoczeniu nóg Majtek czuje się świetnie i skacze, i wierzga, i chlapie - nie powiedział nikt by, że coś do wody negatywnego miało to dziecko szalone. Ale jeszcze nie próbowałem głowy jej zmyć...

Za to u Hanuty ekscytacja wodą trwa. Dupy moczenie wydłużyło się z będących do zaakceptowania 30 minut do ponad godziny nawet czasem. Coś, co służyło pozbyciu się na chwili uwagi dziecka starszego i skupieniu się do odłożeniu do łóżka dziecka mniejszego, przerodziło się rytuał, który już zajmuje trzy razy więcej czasu niż np. spożywanie posiłków. Ale trzeba tą ekscytację zrozumieć i pojąć, gdyż wanna jest tu tylko forum, jeno agorą do teatralnych uniesień. Dziecko spotyka się mianowicie z kulturą.

Hanka Raj

Kulturą, którą teatr jest niewątpliwie, teatr marionetkowy również. Mój szczery podziw budzi fakt, że wyobraźnia dziecka mojego podpowiada jej, że niebieska gąbka w kształcie pingwina może być Jasiem, a żółta Natalią (zawsze tak samo), że wychowują dziecko (fioletowy teletubiś), kładą się spać (w pudełku po wacikach) i rozmawiają ze sobą różnymi głosami. Ileż razy włażąc wieczorem do wanny natykałem się na ołtarzyk z życia codziennego - na mokrym papierze toaletowym, ułożony do snu i przykryty inną gąbką spoczywa szampon przeciwłupieżowy i śpi w najlepsze trzymając pod pachą łyżkę.

Wspaniałe.

PS: To w wannowym teatrze zwróciłem uwagę na słownictwo córki mej Hanutą zwanej. Mianowicie w trakcie uniesień, emocji i/lub kultury odgrywania, nie mówi "popatrz, zobacz, widzisz", ale "spójrz". To też niezwykłe.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Nie, nie leciała. Milan leciał, Baśka leciała, a ona nie. Pewnie by chciała. Majka też by chciała? Na razie zauważa samoloty na niebie. Jak się mieszka kilkanaście kilometrów od Okęcia, lekko tylko z boku trasy wylotowej, to się samoloty widzi nader często.

Co się stało? Pytanie z gatunku najcięższych. Najwspanialasza Matka Globu próbowała wprost, szczerze, z czym ja miałem problem: - Coś bardzo złego się stało. Samolot się rozbił. Prezydent zginął - nie wiem, czy dokładnie tak to brzmiało, ale czymś poważnym należało wytłumaczyć dziecku starszemu, że dzieje się coś wyjątkowego i żadnych negocjacji o bajki za pięć minut nie będzie, jeśli akurat chcemy zobaczyć wiadomości. Chyba na szczęście nie dotarło, bo nie było przez nas kontynuowane. Nie zostało zrozumiane. Nawet ja do końca nie rozumiem.

Bo czy to ma sens? Czy 3,5 roku to już odpowiedni wiek, żeby tłumaczyć dziecku gigantyzm tragedii? I co to jest śmierć? Czy zrozumie i jak zrozumie? A jeśli nawet jest inteligentne i głeboko to przeżyje, to czy warto? W imię czego?
Stanęło na tym, że nie tłumaczyliśmy, nie opisywaliśmy. Moje zdanie? Byłoby to bezcelowe, za wcześnie, zapewne nawet w najsilniejszej próbie zrozumienia mogło bardziej zaniepokoić w swoim niezrozumieniu niż realnie zasmucić. Bo co innego jak wróbel roztrzaska się o szybę - tu tłumaczenie jest dość proste, nawet nazywając śmierć jej imieniem. Trudniej wytłumaczyć, że samoloty z nieba spadają.

Dzieciom zaś dorośli mogą być w pewien sposób wdzięczni. Ja jestem przynajmniej. Takie małe, takie wszędobylskie, natchnione w tym co robią i rozdygotane emocjami nie znoszą, nie tolerują, nie poddają się czynnikom ze świata zewnętrznego. W domu nie ma więc żałoby w jej przytłaczającym ciężarze. Bo trzeba obudzić, nakarmić, ubrać, przewinąć, wykapać, zaprowadzić do przedszkola, wyjść na dwór, ugotować, uśpić, wstać w nocy, bo kwęka, wstać w nocy - bo siku.

Czyli od dziecięcej strony - poniedziałek jak każdy inny.

12:16, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »