MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
środa, 16 grudnia 2009

W szoku jestem od pewnego już czasu, wczoraj po raz kolejny oniemiałem na tyle permanentnie, że dolna szczęka do tej pory zwisa bezładnie z dość niewyględnego ryja. I zastanawiam się jak wiele może mózg trzyletniego dziecka, to jest instrument absolutnie unikatowy. Wieczorem dziecko starsze Hantkiem zwane dostało emocji wielkich i zaczęło deklamować, śpiewać i odgrywać wszystko, co przyswoiła w przybytku edukacyjnym przedszkolem zwanym. Wyszedł recital.

Hanka Raj

Zaczęło się od tradycyjnego od pewnego czasu "Śpicie? Wstawajcie moje gwiazdeczki, wesoła nowina, dziś piękna Maryja urodziła syna..." - co wtajemniczenia nie wymaga, że zostało pociągnięte tubalnie odryczanym "Przybieżeli do Betlejem", i dwoma jeszcze piosnkami o motywie choinkowo, mikołajkowo, jezuskowym, tego skrótu używam, bo mój czerep duperelami wypełniony nie pomieścił tekstu w pamięci.
Tak, pierwszy raz w swoim niecnym życiu udaję się w czwartek na dziecka Jasełka. I jestem rozemocjonowany w stopniu siedemnastokrotnie większym niż to owe dziecko.

To wydaje się podchodzić do zamieszania z luzem na szczęście 3-latki, bo recital bogobojny przerodził się w rubaszno-kabaretowy. Odśpiewała połowę kawałków z Akademii Pana Kleksa ("gronostajowych czapkach", "szczury na szczycie szklanej góry" etc...) z zasadną gestykulacją. Były też wiersze, czyli wieczorek poetycki. Ale nie wytrzymałem i łza mi się w gałach zakręciła, kiedy dziecko usłyszawszy, że jej chórujemy, postanowiło nas uczyć.

Palce wystawiła i zamiast śpiewać pozwalała, żebmy ja to robił nieudolnie, wyprzedzając mnie o pół sekundy, ale nie śpiewem, tylko stonowanym głosem szeptanym jak prosto z Budki Suflera. Nogami się zakryłem i tak już zostałem zgięty.

"Śpicie? Wstawajcie moje gwiazdeczki..."

poniedziałek, 14 grudnia 2009

12 minut. Plus "ile nam się jeszcze wydaje". Tyle trwa pieczenie ciastek, których wałkowaniem, wycinaniem i na blachę wykładaniem zajęła się córka ma starsza, Hantkiem zwana, kiedy cała energia rodzicieli szła na to, aby młodsza, Majtkiem zwana, pełną płaszczyzną łap swych tłustych nie przywarła do piekarnika - 150 stopni Celsjusza.

Szalona Najwspanialsza Matka Globu tak bardzo chciała wszystkim frajdę sprawić, że narobiła tego ciasta z kilograma mąki i wyszło ze 13 blach, czyli dwie miski, pudełko i trzy pełne brzuchy, bo Majce choć chciała, żeśmy z całą stanowczością nie pozwolili jeść. Po szóstym.

ciachaPojawił się zatem problem, który w maju dotyka każdego producenta truskawek, jak przetworzyć nadmiar dobra, bo choć bardzo dobre, to już nikt nie może nań patrzeć, o jedzeniu nie wspominając. Pomysł genialny wykluł się w jednej z mózgownic, aby Hanuta w poniedziałek nadmiar klęski ciastkowej urodzaju zaniosła do przedszkola, co też uczyniła tachając z miną rozanieloną torbę świąteczną a w niej jedną z misek ciastkami wypełnioną

Zgaduję, bo poznać ponoć po sobie nie dały, że panie/ciocie w przedszkolu były uszczęśliwione. Zwłaszcza wtedy, kiedy po śniadaniu i godzinie uspokajania rozwrzeszczanej gromady udało im się wreszcie zapanować nad przyszłością narodu polskiego, usadzić w kółko i zacząć uczyć angielskiego. A wtedy wparowała spóźniona jak zwykle zaspana jeszcze Hanka i wrzasnęła na cały regulator, że "ma ciastka, upiekła je sama i będzie czestować wszystkie dzieci, bo ma dużo".

Szybko zamknąłem drzwi od sali, żeby fala uderzeniowa gromkiego "AAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!" nie przewaliła mnie w progu. Hankę z przedszkola na szczęście odebrała NMG. Ponoć ciocie twierdziły, że ciastka były pyszne, i że dzieci jadły dopiero po obiedzie.

Ta.. jasne...

21:19, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 grudnia 2009

No żeby mnie drzwi ścisły jak wierzyłem, że te cholerne drapaki kiedykolwiek będą wyższe ode mnie. Jednego to pamiętam, kikut ledwo wystawał z doniczki, miał ze 30 cm i sprzedawali go za 5 zł. Inne to niechybnie poświąteczne suchotniki, które z braku laku (i przywiązania do drzewek w donicach) były wtykane w skrawek ziemi ogródkiem naszym zwany.

choinki, lampki

Dziś pokłuty cały dzielę się z wami historią takową, że cena lampek choinkowych, choć najpodlejszego sortu, przewyższa już dniówkę wypracowaną ojca i to sporo. Dziecko zaś starsze pierwszy raz za żywota swego zadecydowało o kolorystyce, co dodatkowo wzmogło obciążenie budżetowe, dlatego że trzeba było nowe nabyć - poszliśmy w barwy narodowe, niechybne pokłosie niedawnych przedszkolnych harców niepodległościowych.
Niemniej stół ogrodowy i krzesło na nim to i tak było mało na kurdupla ojca. I o mało się nie zabił, bo na stole powłoka z lodu była i krzesło się ślizgało. A że jeszcze ojciec lubi oczka wodne na swym terytorium posiadać, to bliski był widok wyobraźni taki, jak zamarzam połamany z łbem rozłupanym zaczątkiem lodu...

Cały lepiąc się od żywicy chwalę się teraz, że przeżyłem, choć ledwo-ledwo. Ale dziecięta oniemiały - Hanka powtarza, że anioły jej choinki ubrały (akurat mamy bardzo bogobojny okres twórczości, oczywiście spowodowany celebracją przedszkolną), mała wrzeszczała zaś "La" i mazała po szybie umazanymi w jakiejś strawie paluchami, co też za zachwyt można odczytać.

Cała ta sympatyczna, żeby nie skrobnąć cukierkowa i pewnie dość mdła pisanina ma być jeno wstępem do wyznania poważnego, że na nic starania ojca - dzieci i tak zgrzytają zębami. Starsza z racji ostatnich polegowań z nami w jednej komnacie (Majtek zdrów już jak ryba, choroba nawet spektakularna ima się jej nijak, że tak powiem), zdradza się w nocy zgrzytem straszliwym. Szkliwo piszczy, jęczy, męczy, czasem z powodu zbierających się sików, czasem bez powodu najmniejszego. Kiedyś gdzieś wyczytałem, że to od robali w d... Nie ma robali, sprawdzone ambulatoryjnie. A zgrzyta, więc wsadźcie sobie państwo medycy internetowi te teorie o zarobaczeniu wiecie gdzie...

majka, zęby

Małej zaś Majtkowi wyrosły górne jedynki (które z racji odziedziczonego kształtu ryja po ojcu są trudno uchwtne przez fotografa) i dziecko odkryło, że może jedne o drugie te jedynki sobą ocierać. Nie wiem jak brzmią walczące słonie, ale ich kły zdzierające się nawzajem muszą wydawać cichsze kwilenia niż to co wydobywa się z paszczy Majtka. Wsadzanie palucha nie pomaga, pukanie w polik też nie, jedyny sposób to ryja zapchać strawą.

W obu przypadkach pocieszam się na dwojaki sposób. Wierzę głęboko, że nie zgrzytają z mojego powodu i że w wieku lat 5 według wszelakich książek zgubią te styrane zgrzytami zęby na rzecz nowych. Ale co ja wtedy wymyślę i jak wysokie będą te drapaki za oknem to zabijcie nie wiem.

majka, zęby

20:30, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 grudnia 2009

Najwspanialsza Matka Globu udała się do znachora kolejnego, który ma jej pomóc na pewien urok rzucony niechybnie, przez wysysające córki. Ojciec Kochany w tym czasie ciężko pomagał Mikołajowi, aby ten miał za co Domek Świnki Peppy kupić (ciiii....). Nadciągnęła więc babcia, żeby stery wychowania pociech przez dwie godziny potrzymać.

A potem dostałem raport.

- było wspaniale, żadnych kłopotów!

- Majtek zaczęła kwękać dopiero jak zobaczyła NMG w drzwiach (mam dokładnie te same spostrzeżenia!)

- Hanuta ładnie zawołała siku, mrużąc oczy je zrobiła, ale w tym czasie do łazienki wsunęła się Majtek. Babcia nie widziała, powiedziała do Hanki "brawo!", na to rozległ się klaskający aplauz z poziomu terakoty...

- babcia nie była w tym wychowywaniu bierna, próbowała zakazów. Coś tam niekoniecznie dobrego robiła Majtek, babcia stanowczo zareagowała: "Nie, nie, nie" grożąc palcem. I dostała lekcję.

- Hanuta wyjaśniła: "Babciu, w tym domu nie mówi się "nie!". Babcia drążyła: - A jak się mówi? "Proszę, dziękuję..." - powiedziało dziecko moje.

Genezę tych królewskich manier wyłuszczam, bo jest prozaiczna i z zachowaniem salonowym niewiele ma wspólnego. Hanka zwykła swego czasu swego życia (zresztą NMG też to robi notorycznie), wrzeszczeć "nie" np. na pytanie o zjedzenie obiadu. Jedną z moich odpowiedzi wtedy było, że w tym domu nie mówi się "nie", tylko "tak". Wtedy nie działało, ale w główce zostało.

Moja krew.

18:44, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 grudnia 2009

Ojciec to by chciał, żeby w tenisa grała, przedszkole edukuje na śpiewaka (aktualnie "Przybieżeli...) a sąsiedzi (i rodzice narzeczonego Milana zarazem), zaszczepili bakcyla mody.

Hania modelka

Oto moja córa Hanuta w sesji dla ich powstającego sklepu-wypożyczalni strojów dziecięcych, jak tylko się pojawi adres, oczywiście zalinkuję. A tymczasem dziecko bawiło się świetnie, a ojciec dumny jak bóg wie co, sobie ogląda.

Hania modelka

Eko służba zdrowia

Hania Raj

Lady in red

Hania Raj

Pocahontas

Hania Raj

Modern look = łapucie z kolekcji wiosna-lato 2010

Hania Raj

Street fashion

A zupełnie serio - fajnie obserwować, że dziecko lubi próbować rzeczy nowych, że nie boi innych dzieciaków w przedszkolu, publicznych występów, cyrków wokół własnej osoby - próbuje, smakuje, za kilkanaście lat wybierze. A moja w tym rola, żeby za bardzo nie przeszkadzać w tej świata eksploracji. Rakieta do tenisa leży na szafie...

Hania modelka

niedziela, 06 grudnia 2009

Nie będzie wpisu, jeno spis:

- w nocy zrobiliśmy z NMG akcję Mikołaj, bawiliśmy się świetnie wtargując z samochodu wózek pełen różnych toreb. Wyszło tego dużo, bo jakieś ciotki, dziadki, sąsiadki... się dorzucili.

- dziecko starsze spało skamląc przez sen, bo przed nim się przestraszyło, że jak nie zaśnie, to matka zadzwoni do Mikołaja i go odwoła. Podobno (nie widziałem) łzy takie stanęły w oczach, że trzeba było szybko w żart obrócić. Głupi rodzice sprawy sobie nie zdają jakie to poważne rzeczy są.

- rano pierwszy raz w życiu widziałem dziecko, które jest bliskie zawału ze szczęścia, widząc sklepową kasę z artykułami i pieniędzmi. A potem wielkie rozczarowanie, bo ten model sklepowej kasy nie ma czytnika kodów kreskowych.

- ale później się wymieniły - Hance podoba się pies Majki, Majce pies żywy sąsiadów na przechowaniu, a psu klocki Majki.

I wszystko gra. Mam nadzieję coś więcej skrobnąć jak tylko mi Mikołaj czasu trochę w worze przyniesie.

17:47, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009

Nie wytrzymałem, zlazłem trzy pietra na dół i nakablowałem kolegom z wiadomości Gazeta.pl i TOK.FM. Bo już mnie qrwa drugi albo i trzeci rok z rzędu ta sama reklama atakuje i uważam, że jest poniżej wszelkiej krytyki, że przekracza nawet te najdalsze granice, że jest wstrętna i powinna być zakazana.

Chodzi o reklamę szczepionki. Wersja nowa to piękny osłoneczniony pokój dziecka, łóżeczko drewniane, zabawki. Nagle wpada ekipa, słońca gaśnie, w półmroku pozstają tylko puste ściany i łóżko szpitalne, w którego ramę nawet zębów ze wściekłości wbić nie można.

Straszenie. Wzbudzanie poczucia winy. Wykorzystywanie w perfidny, bo nieznoszący usprawiedliwienia sposób. Który rodzic przejdzie obok czegoś takiego obojętnie? Zaszczep malucha na rotawirus, zaszczep na pneumokoki, zaszczep na głupotę - zanim będzie za późno. Zanim twoje dziecko wyląduje w szpitalu. Zanim...

Właśnie - wspomniani koledzy z Gazeta.pl uświadomili mi, że ta sama agencja, której obrazek przytaczam, miała dwa lata temu bodaj wstecz sprawę o podobną reklamę, gdzie poszli jeszcze dalej. Sekwencja przerażających kadrów prowadziła do łóżka szpitalnego, w którym dziecka już nie było - został sam pluszak.

Co za ścierwojady!

Jestem za absolutnym zakazem reklamowania w ten sposób, w telewizji i radiu w szczególności, leków i szczepionek, zwłaszcza dla dzieci. Jeśli już - to w sposób taki: "lek, na co, za ile, skontaktuj się z lekarzem". Bo od informowania powinni być lekarze, a nie agencje, które do 12 wymyślają turbo-dymającego-was-wszystkich-mena a po 12 odsyłają dzieci do kostnicy zwiększając sprzedaż szczepionki.

Tylko mi nie mówcie, że to jest wolny kraj i każdy może reklamę wyłączyć, bo to g... prawda. Widać je i słychać wszędzie i nie da się od nich uwolnić. 
Tylko mi nie mówcie, że ta opisana reklama to w sumie kampania społeczna, bo nawołuje do ochrony dzieci szczepionką. Kampanie społeczne powinny zachęcać do czegoś, co jest bezpłatne i zależne od naszej woli. A nie do szczepień za kilkaset złotych.

Może jestem przewrażliwiony. Hanka się w zeszłym roku trochę nachorowała, Majka w trzecim tygodniu życia była w szpitalu i choć nic wielkiego i niezwykłego się nie wydarzyło, to może jakiś uraz został i nim się teraz dzielę.
I dlatego nie oglądałem wczoraj ostatniego odcinka "Naznaczonego", jednego z nielicznych seriali, które widziałem (głównie dlatego, że TVN serwował powtórki w niedzielę głęboko w nocy), bo widziałem wczesniej reklamówki, na których dziewczynką ciut straszą od Hanki wstrząsały drgawki po uderzeniu prądem na szpitalnej sali reanimacyjnej.

I dlatego nie podobało mi się zdjęcie do wczorajszej czołówki Gazety Wyborczej:

GW, Afganistan, śmierć żołnierza-ojca

Czy naprawdę w tym kraju chcąc wzmocnić przekaz musimy epatować cierpieniem dzieci? Mamy jakąś własną, chorą wersję katastroficznych filmów rodem z USA, w których nadchodzące nieszczęście można ocenić po pojawieniu się na ekranie psa?

Litości!

PS: Moje dziewczyny są aktualnie zdrowe, więc złość nie wynika z choroby.

15:53, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 01 grudnia 2009

I dowcipnym tym tytułem wstęp robię, bo choć jeszcze wczoraj wesoło nie było, to dziś już jest, a to niechybny dowód, że i lepiej jest, ale może dla odmiany walnę coś po kolei, co, a nie od końca, bo jeśli tak, to musiałbym skrobnąć, że Majtek wciąż skacze w łóżku i wcale nie chce iść spać...

Maja Raj

Pisałem, albo nie pisałem, a jak nie pisałem, to teraz napiszę, że w zeszłym tygodniu we wtorek lub środę dziecko starsze Hanką zwane nażłopało się gorącego świeżego mleka z miodem, zagryzła parówką i zwomitowała dookoła siebie i niekoniecznie dookoła Najwspanialszej Matki Globu i spieszącego się strasznie akurat do pracy ojca. Tydzień minął, womity się nie pojawiły kolejne, aż tu nagle rano w poniedziałek mniejsze dziecko Majtkiem zwane przy aplikacji leku na kaszelek byle-jaki walnęło hafta.

- Eeee - skomentowałem. - Nie smakuje jej. I dałem raz jeszcze. Potem pojechałem do pracy i tam już dopadł mnie tefon, że od mojego wyjścia dziecko walnęło jeszcze trzy womity, a do godz. 14 kolejne dwa. Wszystkim - soczkiem, ryżem, rosołkiem, a na wstępie kiedy jeszcze myśleliśmy, że to zakrztuszenie syropem - mlekiem, co jest najgorsze, bo skwaszone sokami trawiennymi śmierdzi niebotycznie.

Ponieważ nie takie rzygowiny już w swoim życiu z dziećmi przeżywaliśmy, to oprócz zwykłych nerwów wydawało mi się, że sytuacja jest opanowana. Ja się cholernie przejmowałem, ale z racji niewidzenia, więcej sobie wyobrażałem, niż faktycznie się działo. Tym bardziej, że NMG opanowała sytuację i na noc dziecko poszło chrapać po rozwodnionym mleku, ryżu i biszkoptach, bez ulania jakiegokolwiek.
A jak tata wrócił z roboty, to go pokręciło i wyhaftował również, rzucając nawet taką przemyślaną sentencję do NMG, że ma grubszą pępowinę niż jej własna, tudzież wykuwając nad toaletą na pamięć sentencję akurat czytanego depresyjnego G. G. Marqueza, że "nieżyję, a jeśli nie nieżyję, to z całą pewnością nie żyję".

A całe to rotawirusowe zamieszanie - bo wiem już na mur, że to cholerny jakiś wirus był w kiszkach, a nie zatrucie pokarmowe - prowadzi do wniosków takich, że Majka przechodzi bez szczepionki rotawirus jak stary wyjadacz - nawet jak womitowała, to z uśmiechem na ustach, zero gorączki, żadnych spazmów. U Hanii, która najwyraźniej tydzień temu sprzedała rodzince zarazę, było swego czasu mniej różowo - lekarz wszedł do domu od razu ze świstkiem kierującym do szpitala. Na szczęście się udało za każdym razem tego uniknąć - życzę wszystkim - jeśli już chorują - takich jednodniowych chorób.

A ta cholera ciągle jeszcze nie chce spać.

21:09, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009

Zacznę od starszej. Naprawdę nie wiem co jej się stało. To ma znamiona ciężkiego stanu chorobowego, podejrzewałem nawet gorączkę, ale czoło lodowate. Na przedszkole też nie ma co zwalać, bo za długo do przybytku tegoż chodzi, żeby podejrzewać, że dopiero teraz w tym kierunku wyedukowało. Jestem w szoku, Najwspanialszej Matce Globu również dolna szczęka zawadza o dywan.

Dziecko po sobie (i nie tylko) sprząta.

Hanka

Żeby przymuszane, batożone, karane i szantażowane - to jeszcze bym rozumiał. Żeby jedną ręką, tylko do pomocy, za obietnicą słodkiej niespodzianki - może bym jeszcze pojął. Ale nie - to jest spontaniczna reakcja, pełna i kompletna.
Przykładów w ciągu tegoż weekendu mam z tuzin. Sprzątnęła bajzel po Majce - Wy, co macie/mieliście 11-miesięczne dziecko w domu chyba doskonale wiecie, jak wielki bałagan może takie coś w ciągu kwadransa zrobić, prawda? Hanuta sprząta teraz swój pokój po kilka razy dziennie. Przed wyjściem z wanny sprząta do pudła wszystkie zabawki, gąbki i szampony - najczęściej opróżnione, bo przecież robią za jajecznicę gotowaną podczas kąpieli pływającym na wielorybie teletubisiom. Cyrk po prostu, Alleluja!

Jestem tym tak zdumiony, jak niczym od dawna w jej zachowaniu i piszę to z pełną świadomością, gotowy ponieść konsekwencje tych słów. Ale mało tego - wydaje się, że pojęła też trud codziennej harówki rodzicieli swych, gdyż wczoraj podczas dezynfekcji łaźni naszej domowej skulonemu w postawie "na kolana, chamie!" ojcu szorującemu fugi rzekła: - Tato, naprawdę pięknie posprzątałeś, po prostu.

Po prostu anioł.

Drugiej do anioła sporo brakuje (skrzydlate dziwolągi nie są zwykłe chyba budzić się o 4 rano, siorpać mleko a potem dusić się i chrychać przez godzinę cholera wie z jakiego powodu - za ciepło, za sucho, za zimno, za wilgotno?). Ale też w niej nastąpiła przemiana, i oby tylko jedna.
Pierwsza jest taka, że łopata świeci u góry na dziąśle. No taką, to mało który Raj może się pochwalić. Tym zębem jest w stanie kamienie jeść, bawołu zarżnąć. A że je wszystko...
Druga jest taka, że włosy się sypnęły, loki za uszami się formują, a z doświadczenia wiem, że zbliża się moment, że napiszę, że z dziecka dziewczynka się zrobiła.
A trzecia - łazi. Buty z odzysku dziś założyła i tak jej się spodobało, że posuwa: trzy kroki dziś sama walnęła, nim na glebę walnęła, ale niezrażona próbuje, krakowiaka przy przedmiotach odstawia już perfekcyjnie i za łapy ojca-matki też nienajgorzej. No ciekaw jestem, czy w jej przypadku przejdzie roczek, czy nie. Hanka się nie spieszyła - miała 14 miesięcy.

ojciec, Majka

Te dwie przemiany - z których chyba ta pierwsza jednak cieszy i zaskakuje mnie bardziej - niechybnie wskazują, że dzieci moje zdaja sobie świetnie sprawę z istnienia czegoś na kształt rózgi. Bo inaczej fenomenu posprzątanego pokoju dziecięcego wytłumaczyć nie zdołam. Alleluja!

PS: Zdjęcia letnie - wakacyjne: a) Hanka na dupie zjeżdża po plaży, b) Majka, której do głowy nie przyszłoby stanąć na piachu. Wklejam celowo z dwóch powodów - a) archiwizacja zdjęć w komputerze sie powiodła i niewiele zostało wolnych fotek, b) jak ojciec puszcza sobie pod koniec listopada ścieżkę dźwiękową z "Amelii" to znak, że tęsknota za ciepłem niebezpiecznie zahacza o stan, który się leczy.

22:40, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009

W skrzynce mailowej program zajęć córki mej Hanuty dotarł na grudzień, przedstawia się on następująco, wklejam żywcem:

W miesiącu grudniu 2009 r. planowane są następujące imprezy:

01.12.2009r. tj. wtorek, godz. 11.00 – teatrzyk pt. „Zima u Kubusia Puchatka”

04.12.2009r. tj. piątek, godz. 10.30 – 12.00 – Zabawa Mikołajkowa

10.12.2009r. tj. czwartek, godz. 11.50 – koncert Filharmonii Narodowej pt. „Z gorącej Andaluzji”; taniec, gitary, palmas, cajon

17.12.2009r. tj. czwartek, godz. 16.30 – Jasełka dla grup: Dzwoneczki, Piccolo, Wiolinki

22.12.2009r. tj. wtorek, godz. 13.30 – koncert edukacyjny pt. : „Pachnąca choinka” – harfa afrykańska

Zwłaszcza ta harfa afrykańska mnie porusza do pary z palmas i cajon. Na razie wykuwamy na blachę Jasełkowy wierszyk, który zaczyna się od "Śpicie? Wstawajcie! Wesoła nowina...". Bez deklamacji, ale idzie nam dobrze, bo mamy to na co dzień na dwa głosy...

A że w domu córka ma starsza łatwego życia też nie ma (zdjęcie archiwalne odszperane podczas archiwizacji 5.6 giga bajtów zdjęć (od 1.1.09), które zmieściły się zgrane na osiem płyt...

maja, hania

... czeka ją imponująco ciężki grudzień. Cóż, na prezenty trzeba zasłużyć.

22:15, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009

Stało się, co się miało stać, co przewidywaliśmy i czym straszyliśmy. Dziecko tak ostro generowało manierę hipochondrii, że w końcu nas oszukało. Oto dowód, że nigdy nie można ignorować, nigdy usypiać. Nigdy.

Hania Raj

Czasami ona tak już ma. Gdy przez 10 sekund nikt jej przez przypadek nie poświęca uwagi kładzie się np. na kanapie i strzela focha pt. boli mnie... Tu najczęściej pojawiają się motywy brzuszek, noga i kolano, rzadziej, ale nie tak znowu nigdy, pojawia się wirtualna rana na palcu, że trzeba koniecznie na niej przykleić kolorowy plaster. Parę razy nas nabrała, zwłaszcza na ten brzuch, bo niejako dość świeżo w pamięci mamy dubeltowe womitowanie spowodowane wiadomo jakim wirusem.

Pozwólcie, że nawias otworzę. (Przypomniało mi się bowiem, jak kiedyś z Hanutą udałem się do przybytku najczęściej szerokim łukiem omijanego, mianowicie właśnie z powodu jej boleści brzusznych). Uznaliśmy bowiem z NMG, że trzeba to sprawdzić i lekarz - czy on się wciąż nazywa pierwszego kontaktu? - miał dać Hance skierowanie na USG bębena. Dał, nic nie wyszło, ale wcześniej był wywiad i lekarka zadawała siedzącej na obrotowym krześle dumnej jak nie wiem co mojej córce pytania:

- Boli cię brzuszek?
- Tak...
- A gdzie?
- Tutaj [trzykrotne kujnięcie się palcem w okolice pępka)
- A główka?
- Tak...
- A gdzie?
- Tutaj! (cała dłoń masująca całą głowę z uszami)
- A co cię jeszcze boli?
- [pokazuje palcem na rękę]
- A kolanko?
- Tak...
- A tu cię boli? (lekarka pokazuje na buta)
- Nie... To przecież jest kaloszek..., no co ty? (no co ty mówi zazwyczaj do mnie, ale dodałem, żeby zaznaczyć zdziwienie).

Tak więc wyszło, że ściemnia, ale inteligentnie.

Wracam. Rano wstała w humorze wybornym, trajkotanie, opowiadanie o przedszkolu i zwyczajowe dyrektywy - mleko!, - dużo!, - bajki! - poprzedzielane napomnieniami "Chyba - poproszę mleko?" etc, i nagle po wypiciu 180 mln z miodem zrobiła kwaśną minę i powiedziała, że musi odpocząć, bo brzuch ją boli. Odpoczęła, potem znowu powiedziała, że jest nieprzytomna (usłyszała od NMG) i boli ją brzuch. I główka też. Potem domagała się parówki. Staliśmy już ubrani do wyjścia do przedszkola, ona połykała tą parówkę, kiedy wspomniała o brzuchu raz jeszcze i ja jej wtedy odpowiedziałem, że w takim razie musi przyjechać karetka. To ona na to, że brzuch jej wcale nie boli.

5 minut później zwomitowała na dywan dwa razy, do kibla dwa razy i została w domu opróżniwszy z brzucha całe mleko i pokąsaną parówkę. Do przedszkola nie poszła, a teraz czuje się wybornie i śladu zatrucia nie widać, mam podejrzenie zwyczajne, że duża ilość świeżego mleka z miodem + parówka nie za bardzo przypadły do gustu kiszkom.

Ale oszukała wybornie.

18:31, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Ponieważ o odpoczynku przez ostatni tydzień słomiano-wdowcowy nie mogło być mowy, więc nie napiszę, że zdążyłem zapomnieć o wysypianiu się, spokojnych wieczorach, niezakłóconych premierach filmowych, bo to bzdura. Jedyna różnica jest taka, że... O tym właśnie będzie.

To już było pierwszego wieczoru po powrocie. Zmachany lekko trasą "w te i we wte" szczenięcymi gałami wybłagałem u Najwspanialszej Matki Globu dwa kwadranse leżenia w wannie. Z gazetą. Paradoks sytuacji jest taki, że na takie fanaberie przez tydzień mogłem sobie pozwolić bez zakłóceń, ale nie miałem czasu. Zgoda padła, poszedłem więc, cielsko zanurzyłem, zgiąłem w pół papier...

tata, ojciec, raj

Macie takie coś, że nagle zdajecie sobie sprawę, że coś cały czas wam przeszkadza? Że świdruje? Że jest monotonne i wdziera się do najgłębszych zafałdowań mózgownicy? Próbowałem uszy zamoczyć, ale pozycja do czytania to nie za bardzo, a i przez słup H2O dźwięk niósł się donośle i jeszcze bardziej bębniąco. Wyszedłem po 12 minutach.

Wpadam do pokoju, a tam rozpierducha koncertowa. Jedno mniejsze podryguje na koślawych girach przy stoliku pałaszując 16 kanapkę i przegryzając kotletem (o tym kiedyś skrobnę, wciąż nie mogę się zebrać...), a starsza widziwia. Pufy z kanapy ułożone, krzesełko wstawione, koc zaciągnięty, pokrywka od gara przykręcona - samolot zbudowany jak się patrzy.

Niech już będzie, ale pilot zamiast nim lecieć, cały czas gada co robi, generalnie trajkocze, że sie kładzie w tym samolocie spać, yyy*, a że zobacz tata nowa bjaka, yyy*, i będzie spać długo yyy*, i tak jeszcze musi wziąć do samolotu przyjaciela, abo yyy* dwóch, te mśki będą dobre, yyy*, yyy* i tato zobacz yyy* jaki ja mam tu samolot yyy*, mama mi go zrobiła yyy* widzisz? yyyy, mama, a co Majka je? yyy*, kładę się wiesz i, i, i, będę spała!

* yyy (wym: yyy lub iii lub jii, czasem jyyyich!) - łapczywe nabranie powietrza w stanie przyduszania brakiem tlenu spowodowanego jednostajnym i długim, na szczęście sensownym słów potokiem.

Pół żartem, pół serio i nie krzycząc, ale głosem rozdrażnionego (nagiego i mokrego) niedźwiedzia zaryczałem: - A możesz Ty na chwilę chociaż przestać mówić?
Przestała, schowała się do kabiny, odwróciłem głowę, minęło 5 sekund...

Płacz jaki się rozległ był nie do zniesienia, nie tylko rozdzierający serce, ale i duszę, łzy jak grochy, ropacz, łkanie, yyy, yyy, szloch, nieszczęście. Rzuciłem się na kolana, dociekając co się stało, ale lament był nieprzerwany, zaczęło mu towarzyszyć wkładanie rączek do buzi, yyy, myślałem, że zejdę z rozpaczy, takie to było dramatyczne, myślałem, że się w krzesło dziecko walnęło, ale pokrywką zdzieliła, co się stało, co się stało - dopytywałem poruszony dogłębnie.

- Bo, yyyy jak ja, yyy nie mogę, yyy mówić, yyy, to jestem, yyy bardzo, yyy smutna, yyy!

A mów sobie kochane dziecko ile chcesz!

20:19, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 listopada 2009

O czyhającym niebezpieczeństwie wiedziałem od dawna. Jeszcze przed cholernym 1 listopada zmyślne bestyjki planujące kalendarz marketowy ustawiły choinki z czekoladek, żeby nie razić jeszcze prezentami przy zniczach, ale już słodko je zapowiedzieć. Zaraz 2 listopada 1/3 sklepu zajął dział święta. Chleb przytulił się do skarpet, mleko można znaleźć w dziale z alkoholem, akumulatory samochodowe stoją po pieluchami, mięso pogodziło się z chrupkami. Żeby tylko święta pomieścić. Zdziwiło to NMG gdzieś tak w okolicach 8 listopada. Zdumiony jej ignorancją wyjaśniłem: - Wszak do Mikołajek raptem 22 dni, a do Wigilli już tylko 46.

Ponieważ jestem na tego typu uroki zwyczajnie słaby, bożonarodzeniowego cukiercyzmu nienawidzę, ale lubię dawać prezenty, muszę radzić sobie jakimś sposobem. Zaparkowałem dziś zatem przy tym wejściu, od którego dalej jest do świąt. W głowie nie tylko miałem mapę drogową swoich zakupów, ale też wyznaczony punkt skrajny - kajzerki - za który niewychynę, żeby nie wpaść na lalki, miśki, puzzle, traktory, klocki, wózki, rowerki, kosmitów, etc. Choćby nie wiem co - przykłem sobie i dla bezpieczeństwa zrezygnowałem z zapaszku do samochodu, bo wydawało mi się, że jest dalej niż kajzerki. Raz mnie tylko przerażenie chwyciło, bo zapomniałęm cukru, ale tego na szczęście nie przenieśli - wciąż jest między mielonką a burakami.

Zadowolony z koszykiem lekko tylko zapełnionym sunę do kasy numer 1 (święta są na wysokości kas nr 46-99), w nonszalancji i łakomstwie chwyciłem jeszcze kozi serek, z politowaniem spojrzałem na kuszące między regałami kosze z papierem świątecznym (to mnie nie rusza) i już miałem kabanosy wykładać kiedy. O MATKO BOSKO TYLKO NIE TO.

Siedziały takie śliczne, takie małe, takie bezbronne. Miały takie czapeczki, przekrzywione. I były ściśnięte, wygniecione i QRWA MAĆ stały przy każdej kasie. Misie za jedyne 2,90.

miśki

PS: Jadę po baby moje, miśki będą jak znalazł... Tydzień bez nich to wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że na stałe zniszczyły w człowieku możliwość wyspania się. Najbardziej brakuje mi tego - wariactwa w wodzie:

23:35, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009

Sen to jest jedno z tych zjawisk, które wraz z pojawieniem się w okolicy dzieci, przestaje być tym, czym było przez ostatnie 20 czy 30 lat, staje się zdradzieckim sześcianem, który niczym w obrazie "Cube" stale się przemienia, nie dając się ogarnąć, pojąć, zmierzyć, a już na pewno oswoić.

Tym przydługim, być może też przynudnym i na pewno zbyt zawiłym wstępem pozwalam sobie rozpocząć dyskusję na temat przewagi dzieci nad kotami w kontekście snu wspomnianego. I nie idźcie proszę na łatwiznę zakładając (bo i takie skargi tu kiedyś na blogu spisywałem), że dzieci i futrzaki będą jeno rywalizować na częstotliwość budzenia w nocy i nad ranem żywiciela swego jedynego, bo dziecko chce jeść, pić, sikać, a kot wyjść (razy trzy, bo tyle szakali hoduję) i wejść (razy trzy) do domu. Nie, sprawa jest bardziej skomplikowana.

koty, dziecko, maja, ojciec, raj

Jak masz w domu dziecko, bezużytecznym gadżetem staje się mechanizm nazywany budzikiem. Wiadomo, że jeśli masz gdzieś iść na 9 czy 10 to zdążysz swobodnie, choćby nie wiem co, bo dziecko ci jedno wstaje między 7.11 a 7.39, a drugie między 7.27 a 7.42. Akurat opisałem swój przypadek szczęśliwy dość, przyznaję, że do roboty na 8 wstawać częściej nie muszę niż muszę.
Przyczym naistotniejszym elementem tego porównania jest sam moment obudzenia. W przypadku dzieci to jest technika wstrząsowa, nagła i niedopuszczająca wyjątków. Jak się pociechy obudzą, to koniec snu i nawet mi do łba nie strzeli, żeby spróbować wymyśleć jakąś wymówkę przed opuszczeniem kokona z kołdry.

Z kotami - i tu ich perfidia jest uwypuklona w całości - jest gorzej. Otóż te szmatławe pseudo-drapieżniki budzą mnie włażąc na mnie, przy czym najczęściej jest to pozycja tyłkiem i sierścią w nos. Ale nie to jest najgorsze. Wstrętne i złośliwe wszak jest bardziej to, że cholery jedne dopuszczają ponowne zaśnięcie, tulą wręcz do snu, rozleniwiają, mrucząc zaklinają "leż, leż, leż, raju, leż".

No i dzisiaj się spóźniłem: do przedszkola (po zaświadczenie, że dziecko tam chodzi, jak sie u babci nie leni), do mechanika, do pracy. I kawy nie wypiłem. A jak wychodziłem łóżka oczywiście nie pościeliwszy, żegnały mnie zmrużone trzy pary gał wystające zza fałd pierzyny.

17:23, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 listopada 2009

Nie będzie to miły wpis. W sobotę myślałem, ze je pozabijam, pękły i puściły niemal wszystkie hamulce, starsza po całym normalnym dniu zaczęła kasłać położona do łóżka, podczas dawania pić zalała się, obudziła mniejszą, mniejsza zaczęła skakać w łóżeczku o 23 zamiast spać, potem na siłę kładziona zaczęła ryczeć. Kto nigdy nie był w takiej sytuacji pewnie nie zrozumie dlaczego w takiej sytuacji mnie szlag trafił - krzyknąłem co najmniej raz za dużo i co najmniej o ton za głośno.

Hanka

Oczywiście wstyd i poczucie winy, wyrzuty sumienia, że dzieci zasypiały ze smutnymi buziami, nieszczęśliwe mocno. Rano poczucie winy jeszcze większe, bo starsza przyszła do łóżka jakby nic, uśmiechnięta od ucha do ucha, nie kaszlnęła nia razu i na pokaz emanowała postawą "jaka to ja grzeczna jestem". A mi było coraz gorzej, coraz podlej, tym bardziej, że kilka godzin później zostawiłem je wszystkie u babci tej dalszej i wróciłem do pustego domu. I myślałem, że będzie laba, odpoczynek, sen, ale wciąż siedzi we mnie, że przegiąłem.
I jak na złość słyszę co jakiś czas kaszel, tak mi się zdaje, taka klątwa, która mi przypomina ostatni wieczór przed wyjazdem. I wcale się nie wyspałem, choć ponownie powalony choróbskiem w poniedziałek obudziłem się o 16.30. Jak już było ciemno.

Czuję sie wstrętnie, kaszel nie ustępuje (ten mój), i jedno, tylko jedno mnie w tej całej sytuacji krzepi - mianowicie, że dzieci wyjechały, a więc starsza nie chodzi do przedszkola, więc nie złapie nic, i nie zarazi młodszej, od ojca też się nie pozarażają. Coraz mniej bowiem jestem odporny na doniesienia o grypie, choć doskonale zdaję sobie sprawę jak ta informacja jest manipulowana. Jak ma służyć zastrzaszeniu, a więc oglądalności, czytelnictwu, słuchalności. Ale nawet to wiedząc, trudno o tym zapomnieć.

Tak jak wiedząc, że się nakrzyczało na dzieci, trudno o tym szybko zapomnieć.

13:14, bartosz.raj
Link Komentarze (7) »