"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
niedziela, 17 października 2010

Najpierw o tym, że się wściec można, obłędu dostać i na wszystko zwomitować, a żeby konkretniej coś, to od tradycyjnego womitowania się to wszystko zaczęło, ale tym razem nie skończyło, chlusty poszły też w nocy, a rano gorączka i piszę tu o wyczekiwanym przez NMG i Hanutę wyjeździe do babci na wschód. Fantastyczny weekend - z nurofenem i innymi przeciwgorączkowymi dziadostwami. Przedłużony o jedną noc, żeby nie katować dziecka powrotem.

Usranie skaranie boskie.

A ja wten czas sam z ikonką młodszą, pospacerowalim, odebralim klucze od nowej chałupy, powygłupialim się, pizzę zjedlim i na koniec wekendu chłopaka siostry poderwalim. Majtek poszła z Milanem na spacer, za ręce, na plac zabaw, tam było ganianie, a wracając zabawa w chodzenie tyłem, rzucanie kamieniami, uciekanie i wyznania "Kocham Cię Milan" przy zachodzacym słońcu i spadającej temperaturze. Istna sielanka, tylko mózg pracuje inaczej, zastanawiając się ile tam kresek jedzie niestety na odwrót - w górę - i czy czop pomoże.

Lato będzie ciężkie. Kij szykować trza.

PS: A zdjęcie jutro bo technika zawodzi...

czwartek, 14 października 2010

Od dawna nie siedzieliśmy w wannie razem, ale teraz po dłuższym czasie ojciec się postanowił zrelaksować z dzieciakami, co dotkliwością się najpierw objawiło, bo młodsza się zainteresowała interesem, a potem zdumieniem pewnym, bo starsza zademnstrowała co ma tu i tam i oznajmiła:

- Tata, wiesz co to jest? Ci..a!

Ponieważ od urodzenia i u obu dziewczyn nie używaliśmy tegoż określenia, nazywając i jedno i drugie po prostu swojską "dupką", zapytałem, skąd wie, że to tak się nazywa.

- Milan mi powiedział, i to, że on ma siusiaka też.

Pretensji nie mam do narzeczonego, jeno prosiłbym o uświadamianie ojca kiedy uświadamia jego córkę, żeby ojciec się zdążył psychicznie rzygotować.
Natomiast ja uświadamiać już nie mam czego, bo dziecko doskonale zrozumiało, na czym polega komunikat ucieszonego dziś od ucha do ucha rodziciela, który podał dziecku informację, że kupił dom, ten dom, co jej się podobał (i mu też) i że już zaklepane, amen, a żeby skonkretyzować, to powiedział, że dostał od banku pieniądze na ten dom.
I Hanuta zobaczyła mianowicie 10 groszy pod fotelem samochodu, podniosła i powiedziała:

- Proszę tato, na dom.

I po co tu się ratami zamartwiać.

niedziela, 10 października 2010

W piątek się wściekłem i mordować chciałem. Znowu woreczek w szatni przybytku edukacyjnego z zaszczanymi gaciami i spodniami. Karać, karać! - wrzeszczałem. W sobotę w bezsilności otumaniony jak kogut na wietrze zgodziłem się na marchewkę. A to było tak.

W czwartek się zdziwiłem. Co najmniej w czwartek. Ojciec się dziecku chciał pochwalić i mówi: "A wiesz, że kupilim ten domek, co ci się tak podobał?" A dziecko z nadzieją rzekło: "Ten z konikami?". I się okazało, że teraz ma dwa marzenia sklepowe, jedno to jest domek z konikami, a drugie to klocki lego z ludzikami, "Takie jak w przedszkolu". I kiedy mnie jeszcze furia trzymała, NMG kupiła te Lego (to Lego?) i zarządziła, że jak się dziecko nie zleje, to klocki dostanie, czego efektem...

W sobotę Hanuta o nic nie pytała, tylko czy dostanie klocki jak Majtek pójdzie spać, bo tam są małe elementy i nie można przy Majce, a ona jest już grzeczna i nie sika w majtki  i wie jaka jest umowa i jest grzeczna.
I była. I klocki dostała. I się nie zesikała, i ze trzy razy poszła sama bez przypominania, raz z przypominaniem, a raz normalnie jak zwykle kłamała, że jej się nie chce i nie pójdzie na nocnik przed sklepem, a w sklepie wiła się, ale wytrzymała do powrotu, wciąż zapewniając, że nie chce jej się.

W poniedziałek przedszkole. Ciekawe, choć wielkich nadziei sobie nie robię.

środa, 06 października 2010

Moja siostra nie mówiła "R". Gdy w końcu załapała, spytała mamę, czy może pobawić się "RaRką".

Anegdota to, któla pewnie z każdym miesiącem oblasta w nowe dopowiedzenia, nawet nie wiem już, czy tak było rzeczywiście i w jakim jej wieku, ale powtarzam, bo moja cólka większa też nie mówi tej litelki, jest więc Hanią Jaj, bądź Laj w zależności od słów nazwisko poprzedzających.

A tu nagle, wtem i laptem w przedszkolu pojawił się logopeda.

Hania

I dostaliśmy kalteczkę, że cólka ma jakiś plobjem, choć ten plobjem nazwany był jakoś, to jednak dziś już nie pamiętam jak, natomiast pewien jestem, że nie chodziło o wymawianie litelki, któlą tludno napisać, celowo pomijając pewien klawisz klawiatuly.

Zignolowałem, ale Najwspanialsza Matka Globu, zignolować nie dała i zapisała na lekcje w przybytku edukacyjnym. Dziś odbyła się pielwsza.

I do domu zadane jest mnóstwo ćwiczeń. I patyki dane, żeby w paszczy nimi manewlować i wymowę plawidlową szkolić. Jak nagle zacznie mówić tę literkę, to się zdziwię, ale też wtedy nalegać będę, aby przedszkole zatludniło specjalistę od sikania w majtki, bo z tym sobie lady nie dam i szlag mnie tlafi, a laczej samo nie minie.

Hania

Pozdlawiam, Baltosz Jaj

poniedziałek, 04 października 2010

A myślałem, że tematyka się wyczerpała doszczętnie, no bo ileż można donosić, że jedna nie je (nie jadła - czas przeszły już ewidentnie), a druga je (czas teraźniejszy)? Ale w niedzielę wyrwalim się przez miasto caluteńkie wzdłuż rzeki do znajomych i się reminescencje pewne z tego powodu pojawiły, bo oto na parkingu podziemnym ikonka mniejsza Majtkiem też zwana nie znając "wujka" wcale, a przynajmniej nie pamiętając go nic a nic, bo widziany jej gałami był jak gały te miały nie tak wiele ponad siedem miesięcy, rzuciła mu się na szyję prosto z samochodu wysiadając.

Co prawda potem walnęła wstydliwego foszka, ale ani ryku, ani szlochu, ani chlipnięcia, ani śladu strachu nie było.

A po godzinie, dwóch, trzech, doprowadziła się do stanu euforycznego, rzucając się wszystkim na szyję, całując i ściskając, oczywiście także gadając, i mając głęboko gdzieś konwenanse wywołane nowym miejscem, byciem w gościach i poznaniem nowych osobników przyjaznych.
No i oczywiście wiecie, co teraz nastąpi - ikonka starsza, Hanutkiem i Hantkiem też zwana, taka nie była, wcale a wcale. Dzikusem bym jej nie nazwał, choć stroniła od obcych i wylewności dawkowała, a jak była mniejsza to i potrafiła się przestraszyć do łez, nie tylko obcego, ale i dziadka na ten przykład.

A zresztą, zerknijcie na wyraz ich twarzy - łobuz i anioł, prawda?

Hania i Maja

Przyczyn nie ma co szukać w uczęszczaniu bądź nie do żłobków i innych przybytków edukacyjnych dla najmłodszych, bo obie mniej więcej idą tym samym traktem. Na łatwiznę nie ma tez co iść i zwalić wszystko na to, że młodsza w otoczeniu starszej pewniejsza jest i śmielsza.
Odpowiedź zatem tkwi w charakterach. Hanuta spokojniejsza, wrażliwsza, bardziej skryta, ale też gdy pozna już dobrze - otwarta i pełna zaufania, aż do wariactwa. Majtek bezpośrednia, bez zahamowań, jeśli już krygowanie się to najczęściej krótkotrwałe i w formie przekomarzania się, a nie strachu.

A najciekawsze w tym wszystkim, że po chwili znowu nie tak długiej zastanowienia się, dochodzić mi wypada do wniosku, że oba style zachowań mógłbym zrzucić winą, czy też zasługą, na siebie, bo obie nie były w dzieciństwie i nie są do teraz mi obce. Tylko czy ktoś potrafi tę selekcję wytłumaczyć i rozdział cech tak intensywny zrozumieć?

sobota, 02 października 2010

Luźna konstatacja nie wiedzieć czemu teraz, a nie jutro, czy pojutrze, czy nawet za tydzień, albo przy jakiejś rocznicy.
Ale jak się ma pół sekundy czasu to nie ma co się opierniczać, trzeba pisać. Przypomnialo mi się mianowicie, jak dowiedziałem się, że będę tatą x 2. Może dlatego, że ranna kawa była dziś u znajomych, z którymi rodziliśmy niemal jednocześnie dziecko nr. 1, a teraz oni mają wciąż jedno i czasem im zazdroszczę, bo logistycznie maja łatwiej i luźniej w chałupie etc, it, itd wymieniać można latami.
A może dlatego, że jutro jedziemy do znajomych zwieźć Majtkowe łoże, bo mają w drodze dziecię nr 2. I też będą mieli dwa razy więcej radochy i roboty, a pamiętam też, jak do nich jeździliśmy, kiedy mieli małe dziecię, a my jeszcze nawet nie wiedzielismy, czy się nadajemy na rodziców.

Hanka, ojciec, Raj

I przypomniało mi się, spłynęło, jak Najwspanialsza Matka Globu co nieco już przeczuwając, jako doświadczona matka i rodzicielka, udała się wpierw do apteki, a potem do łazienki i wyszła stamtąd obwieszczając nic a nic zdenerwowanemu (no może mikroskopijnie) ojcu, że jest:

- Jesteś mistrzem!

Kreska jak wół, Antek lub dziewczyna w drodze. Jest Majtek. Jest dobrze. Ale jest też na tyle dobrze, że psuć tej harmonii nie odważę się i Antka nie będzie. Chyba. A w ciężkich chwilach sobie nucić zamierzam: jestem mistrzem, jestem mistrzem, jestem mistrzem... Aż uwierzę.

środa, 29 września 2010

Czasami za wiele pozwalam, czasami absurdalnie się na coś nie zgadzam i wprowadzam zasady później nawet dla mnie ocierające sie o totalny absurd. Ale dziś nie o tym (choć zdaniem tym udowadniam, że sprawę sobie zdaję).

Bez dyskusji - już 19.30 - trzeba do wanny. Znaki na paszczy są ewidentne: zmęczenie skrajne, mętny wzrok, kiepska koordynacja ruchowa, tzw. ocieranie, tudzież przytulanie ścian i skręty szyjne ze stawaniem na głowie w pobliżu kanapy. Piszę o starszej Hantku, która długo już bardzo nie śpi w ciągu dnia i jednak po 13 godzinach gonitwy wymaga zjazdu do zajezdni.
Mała Majtek po 1-2 godzinach kimania w przybytku edukacyjnym żłobkiem zwanym - w skowronkach cała.

W wannie nagle zryw, nagle zastrzy energii, nagle głos podniesiony. Sylwetka prostuje się, włos dumnie do tyłu odrzucony, podbródek wysunięty. Oczy nabierają blasku, zapada cisza, nawet Najtek nieruchomieje z piana na pysku. Rozlega się: "Jeszcze Polska..."

Z toalety spadłem, za krzyż chciałem łapać podejrzewając, że wróg u bram i bronić rodziny trzeba. Ale to była tylkmo próba generalna. Pasowanie na przedszkolaka - ci pasowani w zeszłym roku na galowo śpiewają, nowe sztuki słuchają i dyplomy odbierają.

I w tym całym uniesieniu, dobrze jest na koniec skontastować, że jednak się ma normalne dziecko, a nie martyrologiczno kopniętego dziwolaga. Gdyż Hantek improwizuje. Raz śpiewa jak Dąbrowski przykazał, raz p oswojemu: "Jeszcze Polska nie przeżyła..." i "Marsz marsz do Polski". Cudowne.

sobota, 25 września 2010

Podziwiam, naprawdę podziwiam ogromnie, takich ludzi, rodziny, jednostki społeczne, które potrafią lat kilka wstecz zakupić coś dla dziecka (już pomijam ubrania...) i po tych latach kilku sprzedać, zachowując godną cenę i dopisując w ogłoszeniu: "jak nowe", "mało używane", "stan bdb" - etc.

Ja tak nie potrafię, litościwie się we własnym imieniu tu będę wyspowiadać. Dziś na ten przykład, żeby słów bez pokrycia nie rzucać, wyrzuciliśmy łóżko Hanuty wersja przed "piętrusowa", bo było coś tam wyłamane i sprzedawanie tego za 20-30 zł nie mogłoby pokryć kosztów czyszczenia i doprowadzania do ładu, o wystawieniu aukcji nie wspominając. Trzy dywany/-niki los podzieliły, bo zawiezienie do prania zaschniętych soków marchwiowych i dopłata za plamy trudne do usunięcia (po-ospowa gencjana chociażby...) zamknęłyby się budżetem wystarczającym na zakup nowego pledu afgańskiego najwyższej jakości i gigantycznych rozmiarów.

Los "mebli" a mały włos nie podzieliłby wózki, które swego czasu NMG kupowała jak na moją ocenę zbyt gorliwie, a teraz taki jeden czerwony to nawet nie wiem, czy kiedykolwiek używałem (i nie dlatego, że jestem nie-używającym wózków ojcem). Ostały się jednak i gondola i spacerówka. I są obie do opchnięcia.

łóżeczko

Podobnie jak łóżeczko po-Majtkowe. A raczej po-Hantkowo-Majtkowe (u góry), zakup 2006, które jest jedynym, naprawdę jedynym wyjątkiem od powyżej opisanej reguły, bo choć swego czasu pozbawione sztachet celem wyswobodzenia ikonki, tak teraz wygląda nawet w mojej zazwyczaj krytycznej ocenie nieźle. Ale jakiś taki dylemat był i tak, żeby sprzedawać pojedynczo, więc NMG zapowiedziała sprzedaż hurtową - w pakiecie. I tak w tymże jest łóżko, materac, owijka, obijka, i dwa komplety powłok pościelowych.

Rozglądam się tak teraz lekko zatrwożony i sam w sumieniu swoim dociekam - czego za trzy lata sprzedać się nie da, a czego nawet wywalić nie będzie szkoda. Komputerek, z którego stukam niechybnie czeka los dywanu.

wtorek, 21 września 2010

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle jest kwitowane z paszczy najmłodszej równie kategorycznym "nieeeeeeeeeeee!". Zazwyczaj na krzyku się kończyło, bo wzięta pod pachy nogi podkurczała, okiem smoka szukała i zasypiała wtarabaniona do łóżeczka natychmiast. Teraz jest inaczej...

Maja, łóżko

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle jest kwitowane z paszczy najmłodszej równie kategorycznym "nieeeeeeeeeeee!"... po czym następuje ułamek sekundy tzw. zastanowienia się... a potem sprint, bardzo często okraszony wypadnięciem na bandę w postaci słupa drewnianego tudzież ściany przedpokojowej, co jednak nie spowalnia zawodnika, który dąży do spektakularnego rzutu na łóżko. Następuje obowiązkowe zaciągnięcie kołdry na nos i gromkie "pa-pa!".
Pierwszej nocy wstała raz, uśmiana na całej gębie, drugiej pod moją nieobecność ponoć trzy radosne podrygi były. A dziś?

Maja, łóżko

Maja, łóżko

Idziemy spać! - kategoryczne zawołanie ojca jak zwykle... Nawet nie wstała. Śpi. Sama w swoim dorosłym łóżku. Bosko. Teraz pieluchy i mamy dwie dziewczyny zamiast dziewczyny i malucha ;-)

Maja, łóżko, Hania

niedziela, 19 września 2010

Jedno zdanie na koniec tego pokręconego i masakrycznego jeśli chodzi o wypoczynek (czyli absolutny jego brak) weekendu.

Maja nie śpi już w łóżeczku. Łóżeczko jest na sprzedaż, razem z materacem i duperelami akcesoriami. Maja śpi pod Hanią, w normalnym łóżku. Ubaw miały po pachy, mimo stanu mocno już niedomagającego wieczorem tej starszej.

Maja wstała tylko raz - powiedzieć 'pa-pa" po raz setny-piędziesiąty-ósmy. Śpi. Cisza. Ale rano będą jaja. Oj będą... Zdjęcia wkrótce.

czwartek, 16 września 2010

Przytuptała Hanuta do mnie wieczorową porą prawie przed-senną i zadała trudne pytanie. Nie, nie skąd sie biorą dzieci, bo to wie doskonale, ale mianowicie, gdyż, ponieważ zagadnęła ojca lekko już rozleniwionego, czy będzie mogła zatrzymać ubranka po Majtku.

Hanka, ojciec, Raj

(dla niezorientowanych to to mniejsze ladaco żeńskie, które aktualnie rozsadza dom od wewnątrz)

Lekko mnie wcięło, w sensie zadziwiło, przez moment gotów byłem lekcję zacząć, że taka dorosła dziewczynka powinna wiedzieć, że Majek jest mniejsza, i że na nic jej te ubranka, kiedy zostałem po raz drugi nokautem walnięty o ziemię - Ubranka mają być dla mojego dzidziusia, tato - uzmysłowiła mnie córka.
Hmmm... uśmiechnąłem się absolutnie nie ironicznie, ani nie litościwie i zapewniłem, że jak Hantek będzie już taka duża, żeby mieć dzieci, to na pewno będą łądniejsze i fajniejsze ubranka dla nich. Doszliśmy do pewnego konsensusu, mianowicie zgodziłem się na zostawienie wózka po Majce i jednego ubranka. Ale to nie był koniec.

Mianowicie dziecko poprosiło mnie o narysowanie jej dziecka na brzuchu. Zapamiętała jak dla jaj taką mordencję narysowalim kiedyś Najwspanialszej Matce Globu na jej wielorybiej wyspie 9 miesiąca. Ponieważ ojciec był już coraz bardziej pytaniami rozlepiony obiecał, ale rano, później, idź spać kochanie.

dziecko

Pierwsza rzecz rano, o którą dziecko zapytało? Oczywiście o mleko. Ale druga sprawa to już było to, co powyżej. Poinformowany również zostałem, że jej się dziecko mianowicie śniło. Broniłem się godzinę, w porywach do godziny i pięciu minut, w końcu tuż przed wyjściem do komórki arcyważnej edukacji przedszkolnej złamałem się, chwyciłem mazaka i wymalowałem dziecię w pozycji jak umiem najlepiej embrionalnej (na zdjęciu dwa dni później policznych próbach zmycia).

Bo albo się nie spodobało, albo rubaszność wykonania czynności nie podeszła ikonce najukochańszej, gdyż byliśmy świadkami prawdziwego wstydu i cierpienia, kiedy dziecko obciągając bluzkę żałosny głosem prosiła o zmazanie. Wstyd, że ktoś zobaczy? Że ktoś w przedszkolu będzie się nabijać i śmiać? Że to za poważna sprawa, aby rysować karykaturę? Nie potrafię droga komisjo rozstrzygnąć. Podejrzewam jeno, że na emocje córki wpływa fakt, że jej kolega najbliższy spodziewa się siostrzyczki. Może o tym rozmawiają nader często. Niemniej dziecięce przeżycie na ojcu zrobiło piorunujące wrażenie. Pierwsza, prawdziwie wstydliwa sytuacja.

wtorek, 14 września 2010

Majtek zeżre wszystko więc poza tym zdaniem, więcej nad jej dietą, w tym słodyczami, nie będę się pochylał. Za to Hanuta - kto tu wpadł częściej niż podmiejski do stacji Jeziorki ten wie - wybredna od urodzenia, przepraszam za porównanie, ale nawet cyckiem pluła. Skaranie boskie ile my się namierzyliśmy i liczyliśmy ile to mleka wypiła, zapiski z gatunku: "25 ml butelka + 4,5 minuty cycka" - były normą.

Córka moja starsza ma np. wstręt do groszku. Również do jajecznicy - pojedyncze przypadki skonsumowania - i generalnie jaj w ich czystej postaci. Miała też wstręt do czekolady - nie lubiła. Lizaki, ssaki, pastylki, mentosy, tik-taki - wszystko tak w każdej ilości, i niestety bez konsekwencji ze strony rodziców przed-po-i w trakcie obiadów też. Ale czekolady nie i już, pluła.

W zasadzie to nie wiem czy będzie jak z jajecznicą, ale zdarzył się nie tak dawno wyjątek, który mnie zdumiał, więc piszę. Hanuta zjadła pół jajka niespodzianki. I jak Njawspanialsza Matka Globu wróciła do domu, to z krzykiem ją o tym poinfoirmowała z dumą. Jednakże w domu nadal czekolady nie ma i na razie tak zostanie. Nie dopytuje się, więc nie je.

18:04, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 września 2010

Wczoraj przyszła koleżanka od urodzenia. I przy koleżance poziom zaobsorbowania graniczący z utratą kontaktu z rzeczywistością był porównywalny do tej widzianej w telewizji u niektórych polityków. Efektem całego ambarasu było, że zwijającą się w precel Hanutę wysłałem do kibla, to odpysknęła i zamiast siąść na nocnik zboczyła do pokoju z zabawkami, a po kolejnym znuszeniu do wizyty na toalecie okazało się, że gacie mokre, co odbyło się w hałasie oskarżycielskich ryków "Przecież mi się nie chce! Próbowałam!"

Nie wytrzymałem. Za kłamstwo bezczelne.

Hanka, Majka, ojciec Raj

Niech mi cholera ręka uschnie, jeśli nie czuję się z tym fatalnie nanosekundę po ustąpieniu złości. Ta wzbiera tym większa, że bezskuteczność szantaży, kar, nagród widzę. Jedyne co działa, to w sytuacji nie tak ekstremalnego pochłonięcia emocjami jak wczoraj (bo koleżanka, bo zabawa, bo coś tam układały) to ciągłe przypominanie i wysyłanie, narażając się na pyskowanie w stylu: "Nie dyskutuj! Nie chce mi się!". To dawało rezultaty - od 20 lipca nie zesikała się do wczoraj ani razu.

A rano dziś na dowód, żem bezsilny, taki tekst oto mi bowiem walnęła przed przedszkolem, zapytana czy pamięta co z sikaniem.

- Tak, nie będę sikać w majtki, a jak będę to wcale mnie nie będzie bolało w dupę i nie będę płakać.

Zatem ręce mi opadły. Niech się dzieje co się chce. Majtek mamy sporo, niech sika, niech nie sika, obojętne mi. Najlepsza nauką (albo ostatnią, która mi do łba przypływa, jest, że sama musi latać do łazienki i sama pojąć, że im wcześniej, tym lepiej i mniej strat.

Odpuszczam.

16:17, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 września 2010

Wróciliśmy. I jest jak jest. Morza nie ma, zimno jak cholera, to jednak niewiarygodne jak ktoś może tak lampę wyłączyć nagle i z 40 stopni w cieniu robi się ledwie 8 w nocy. Kaloryfer niedługo będzie grany (na razie u dziewczyn 18 kresek), więc się wstrzymuję.

Ogrzewamy się zatem w wannie gorącej i toczymy dyskusje. Już w trójkę, bo - tu cytat ze żłobka - "rozgadała się i rozbrykała ta Majka". Hanuta opowiadała jak to było pierwszy dzień w prawdziwym przedszkolu, no bo we wrześniu była dziś, w poniedziałek, dzień pierwszy, nazwa grupy jej się zmieniła, sala, miejsce w szatni i generalnie nowy rok szkolny... Ustawia te butelki, te olejki, te szampony i wylicza: to Jagusia wróciła, to Mikołaj, ciocia Ewelinka...

- A Baśka wróciła? - pytam, znając odpowiedź, bo widziałem wypis w kartotetece grupy "Pszczółki". - Tak, wróciła też, ale tato wiesz... - tu dziecko zamarło, a oczy jej się wielkie zrobiły i dzikie, i kolor zmieniły, i cała aż się zaczęła trząść z ekscytacji, aż Majtek nie wiedząc co się dzieje, a korzystając z okazji, fiolkę z bańkami mydlanymi jej wyrwała. - Baśka ugryzła Kleofasa!!! - wykrzyknęła moja starsza (imię zmienione, bo chyba żadnego Kleofasa w przedszkolu nie ma).

Hanka, ojciec, Raj

Grubsza historia. Kleofas dzieci bił. Wszystkie jak leci i gryzł. W zasadzie czas przeszły jest tu zastosowany niezgodnie z zasadami gramatycznymi języka polskiego, bo gryzie i leje wciąż. Ciocie poza informacjami dla rodziców próbowały uzyskać efekt poprzez integrację - był ów delikwent wysyłany więc do recytacji wierszyka z Hanką na ten przykład, choć wcześniej ją poturbował. I tak to jakoś się odbywało bez szwanku na zdrowiu na szczęście, ale jeszcze jakoś przed wakacjami przedszkole nawiedziła "kumpela z podwórka", zaprzyjaźniona od 55 centymetrowego bobasa Baśka (blog 'Mała B' - znajdziecie na boku w linkach). Żartowaliśmy z ojcem tamtym, że teraz we dwie jak się za niego nie wezma, to ho-ho!

Dopiero teraz po wakacjach efekty nauczania naszego "nie daj się", "oddaj", "kopnij go" poskutkowały. Baśka według relacji mojej córki z wanny miała karę, ale małą, bo tylko siedziała przy stoliku na rysowanie, Kleofas się poryczał, a ja od razu zakręciłem do ojca tamtego składając gratulacje, ten mnie uświadomił, że Kleofas miał zabawę powalanie dzieci na ziemię i nakładł Baśce do głowy, żeby się broniła...

I tak oto zwyczajna satysfakcja z wyrównania rachunków stłumiła inteligenckie parcie do dobrego wychowania i chrześcijańskiego nadstawienia drugiego policzka. A morza nadal nie ma.

czwartek, 02 września 2010

Co prawda dziś wyraziła zainteresowanie sportem mówiąc, że "zamiast tenisa prosi o włączenie bajek", ale też w knajpie na rybce chwilę później rozpoczęła trudne negocjacje mające na celu wyłudzenie od taty 2 złotych na karuzelę, tym trudniejsze, że monety wyszły na trzy poprzednie sesje karuzelowe i zostały jeno "papierki", które w wyobrażeniu ojca stanowiły dostateczny i ostateczny argument, że z karuzelą koniec.

"TO IDŹ WYKOSZTUJ TROCHĘ PIENIĘDZY I WTEDY DOSTANIESZ WIĘCEJ".

Hanka

Napisałem wielkimi i jeszcze pogrubioną czcionką, bo dopiero po chwili dotarło do mnie, że wyraziła najgenialniejszą myśl świata biznesu, ekonomii, szeroko pojętych finansów. Można ją "po dorosłemu" wyrazić "jak nie zainwestujesz, to nie zarobisz", choć zastanawiam się jeszcze, czy nie chodziło mojej córce o "jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz". W każdym razie nie dała rady i papierka nie "wykosztowałem".

Hanka