"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
poniedziałek, 22 listopada 2010

Zaczyna sie od idiotyzmu, ale przecież nigdy nie ukrywałem, że ojciec piszący bloga tego, mimo niepodważalnych zalet jakie eksponuje na zewnątrz, posiada też wady, z których jedną z największych jest łatwowierność i kretynizm. Tym razem zbyt łatwo uwierzyłem, że odkurzacz może działać na deszczu, a jeśli chodzi o kretynizm to definicja potrzebna wam już chyba nie jest.

No więc odkurzacza nie ma, bo jeszcze nie znalazłem 5 minut, żeby poń pojechać, za to są córki. I one na dłużej niż 5 minut zajmują się ostatnio namiętnie wycinaniem. Wycinaniem i klejeniem. Starsza nazywa to "pracami". Mniejsza nazywa to po swojemu. Obie robią to z pasją największych wirtuozów sztuk plastycznych w historii świata. I jak każdy artysta mają w głębokim poważaniu (lub też w żadnym poważaniu) otoczenie, czytaj świat zewnętrzny. Świat zewnętrzny daje o sobie znać rykiem opadającego z sił ojca, tudzież bezradności jego jękiem. Bezskutecznie.

Wycinanki... szlag by to trafił.

Z jednej kartki A4 wyciąć głowę kota z wąsami o wielkości monety pięciozłotowej - żaden problem. Czy myślicie jednak, że zostaje z tego kartka z dziurą? Nie, zostaje z tego miliard kawałeczków różnych kształtów ścinek kartkowych, poklejonych, umazanych, ubabranych flamastrami, które żeby jeszcze grzecznie leżały pod stołem - to nie, przylepiają się do dziecięcych kapci, ich palców, o ścianę są próby ich zdarcia. Nawet gdyby nie ten klej, nawet gdyby nie fakt, że są wszędzie, usunięcie ich odkurzaczem z braku odkurzacza jest niemożliwe.

Prawdą jest, co psycholodzy wiedzą od dawna, że listopad bywa depresyjnym miesiącem.

środa, 17 listopada 2010

Dwie krótkie anegdoty, zachwyt nad którymi mam nadzieję zrozumieją nie tylko rodzice.

Pierwsza akcja, to powrót z dnia ojciec-córka starszą Hanutką zwaną sam na sam. Grzejemy szosą, potomek rzecze: - Tato siku. Przyzywyczajony, że w temacie wiele się zmieniło, uspokojony tym, że na pewno nie na ostatnią chwilę to zawołanie, wypatruję stacji benzynowej.

Po 15 minutach pytam się, czy córka chce może na trawkę, bo stacji nie ma. Nie chce, bo na stacji są tik-taki i kupimy je tam, zatem wytrzyma. Jade więc dalej, mrucząc pod nosem: - Gdzie ta cholerna stacja???

Po kilku kolejnych kilometrach słyszę z tyłu: - No gdzie ta kabanosowa stacja?! Zaintrygowany na granicy zdumienia dociekam, skąd ten wyraz: - Bo dzieci nie mogą przecież, tato, mówić cholerna.

Hania, kot

Anegdota nr. 2 to wpis w zeszycie wypełnianym co tydzień przez logopedkę, do której jak wiecie, albo nie wiecie Hanuta chodzi w przedszkolu, żeby zamiast 'l' nie mówiła 'j' i zamiast 'r' - 'l'. Wpis ostatni brzmi:

"Niestety poćwiczyliśmy dziś krótko, bo Hania powiedziała, że chce siusiu i że wróci, ale nie wróciła. Proszę zatem w domu popróbować z córką..."

Zapytana Hanka o to w domu stwierdziła wprost i bez ściemy:

Bo ja już wszystko umiem i do jojopedki chodzić już nie muszę, na plawde wszystko lozumiem już.

sobota, 13 listopada 2010

Zwalać tego na swoje konto nie zamierzam, działania co prawda pewne nastąpiły, ale wątpię, by miały aż tak fundamentalne znaczenie. Czuję się trochę dziwnie. Jak pożyczony. Można czuć się tak, kiedy sytuacja dookoła zmienia się diametralnie, a człowiek nagle się orientuje (albo co gorsza nie), że to, do czego przywykł i brał za pewnik niepodważalny, nagle staje się tak samo ulotne, jak wcześniej nie do ruszenia.

Dzieci uczą nas cierpliwości, dzieci uczą nas elastyczności, dzieci uczą nas pokory. Czasem dzieci uczą nas też wierzyć w cuda i aby nigdy nie mówić niemożliwe. Najwyraźniej dziecko moje, dokładnie to starsze, ale niechybnie młodsze pójdzie w jej ślady rychło, wyczytało w wannie z leżącego tam periodyka zdanie:


"Każdy może wszystko osiągnąć i zostać kim chce. Trzeba się tylko uwolnić od ograniczeń i PRZYMUSU".

Hania

Rozwlekły ten wstęp, wyszedł wręcz pompatycznie, a tu błahostka dla wielu następuje. Anioł. Po prostu anioł. Hanuta zwana też Hantkiem przechodzi przemianę, która byłaby życzeniem każdego rodziciela, aby stawała się permanentna, ale ja jak wiecie w przydługiej przedmowy w permanentność zjawisk okołodziecięcych nie wierzę. Trywializm sytuacji z moczeniem majtek wynikał być może (co analizą dogłębną stwierdzam, ale i wrodzonym instynktem) z braku poświęcania należytej uwagi.
Dziś nie dziwię się. Świat zachłysnął się diabłem wcielonym, ksywa Majtek, że tak pięknie je, urzekająco mówi (śpiewa), wspaniale przybiera w edukację i w ogóle jest the best. A prawdziwy geniusz, który musiał te wszystkie adoracje nie od swoim adresem znosić i akceptować, pozostał w cieniu.

Za mało mówiłem, że jest świetna. Za słabo krzyczałem, że niezwykła. Za kiepsko pokazywałem jak ważna. Zwróciła więc uwagę w sposób nie do pominiecia. A my zareagowaliśmy m.in. przymusem: musisz być grzeczna, musisz przestać sikać w majtki, musisz dzielić się z Mają rzeczami, musisz, musisz, musisz!

Cholera, nic nie musi! Wiem, ża zabrzmi to idiotycznie, ale pomiędzy teoretyczną wiedzą, że trzeba obie siostry traktować z należytą wielką uwagą i niemniejszym szacunkiem, a stosowaniem tego w praktyce, jest przepaść tak wielka, jak między Piasecznem a Łomiankami. Wystarczyła jednak niewielka w sumie zmiana, jedno ciepłe słowo więcej, jedna słodycz specjalnie dla niej, jedno sam na sam. To było bardzo trudne.

Chwilo trwaj. A jak się ulotnisz pozostaw wspomnienie i naukę: Nic nie musisz.

wtorek, 09 listopada 2010

Moja córka pisze. Wczoraj wróciłem do domu i dostałem pod oczy kartkę z kocią mordą w środku, ale dookoła były powycinane z pietyzmem widzianym dotąd jedynie w filmie "Piękny umysł" - bohater tam to robił w skrajnie psychopatycznym stanie chorobowym. I Hanuta nakazała mi czytanie. Więc przeczytałem, że "tata bardzo kocha Hanię i cieszy się, że Hania jest taka grzeczna".

napisy, Hania

A to był błąd.

Bo wcześniej tekst pisany na tym dziele został wielokrotnie odtworzony ustami innych i dziecko zdążyło sobie wyrobić zdanie na temat tego co chciało napisać, co napisało i co zostało odczytane. A było tam owszem jedno "tata", a może i dwa, ale było też "Maja, Milan, Mama" i parę innych dużo bardziej skomplikowanych wyrazów, zresztą widzicie sami.

napisy, Hania

A na poważnie - jest to dość niezwykłe, że dziecko, które nie jest pędzone do nauki liter, bo uważam, i chyba reszta rodzicieli ten pogląd podziela, że nie ma co pchać na siłę i robić z dziecka robota, a tu nagle dziecko przychodzi i pisze. A drugie gada. I obie mają swoje dzieci, które zostały podzielone między siostry i są nad nimi dyżury opiekuńcze.

Przynaję bez bicia, że po raz pierwszy w życiu nie nadążam za nimi. Nie dawałem sobie rady, ale teraz zwyczajnie nie nadążam. I wypada mi jedynie zakończyć łzą wzruszenia i cytatem z Gumpa, który tak mocno przeżył pytanie, czy jego dziecko jest mądre.

wózki, Hania, Maja

PS: na FB napisałem niedawno, że dziecko pożegnało dzień mówiąc: "tata - był wspaniały dzień, ale krótki". Czym wywołałem zazdrość i żale, że "jej tak nigdy nie powiedzą". Powiedziała dzień po. Ot, mądre dziecko.

piątek, 05 listopada 2010

Po pierwsze, ale nie pierwszy ani nie ostatni raz spieszę donieść, że doskonale zdaję sobie sprawę, że dzieci moje są wyjątkowe, nie mylić z doskonałe. Jak każdego kochającego rodzica dzieci. I choć łapię niektóre rożnice i z córek obu dumny jestem być może ponadprzeciętnie, to jednak przyrzekłem sobie nie oceniać i nie porównywać i słowa dotrzymuję, aczkolwiek wielce dziękuję.

Hania, dom

Po drugie spieszę donieść, że zapadły wiążące decyzje dotyczące przeprowadzki pociech naszych obu do lokum, które spełnia nareszcie ich aspiracje, czyli daje się rozpędzić bez ryzyka walnięcia w ścianę na pierwszym wirażu, powłazić nie ograniczając niskim sufitem, schować - więcej niż tylko kawałek pięty i poskakać - wyżej niż parter.
Niemniej nie będą miały osobnych pokoi. Bez przesady, kurka! Ale za to będą miały ten największy, imponujący i najładniejszy. Powody prozaiczne. Wzajemne towarzystwo, skupienie zabawek w jednym miejscu, bliżej do łazienki.

W pokoju dzieci - to też decyzja z dziś, zostanie założony lada dzień alarm, który uniemożliwia jego załączenie w obecności kotów. Tym samym realizuję moje wredne marzenie z mieszkania obecnego w NI, mianowicie koty precz z pościeli dzieci. I jeszcze jedno wariactwo Raja - izolacja. Osiwiałem w 80 proc. w ciągu ostatnich lat z powodu róznorakich przypadłości womitowo-gorączkowych, a od kiedy przyjemności te spotykają mnie w podwojonej ilości (nie mylić na szczęście z częstotliwością) wyobrażałem sobie jak to kiedyś da się jedna od drugiej kaszlącej odseparować. Oczywiście zdaję sobie sprawę, tępy aż tak nie jestem, że to głównie profilaktyka dla świętego spokoju ojca, ze skutecznością mająca wspólnego nie tak wiele.

Hania, dom

Tak, w zwolnionym pokoju będzie moja pustelnia tudzież pokój gościnny, więc gości już zapraszam, żebym się w pustelnika-odmieńca nie przeobraził. Ale to naprawdę nie był ten najważniejszy powód ;-)

poniedziałek, 01 listopada 2010

Można mieszkać tak blisko i czuć się obco. Można każdą kolejną decyzją oddalać się. I przy sporadycznych wizytach przekonywać, że powrotu nie ma. Miasto jest generalnie beznadziejne. Poza tym:

tramwaj

Tak to już jest, i skrobie to człowiek, zaręczam, który się w metropolii urodził, wychował, a przez 15 lat mieszkał w jej największej sypialni, by od 10 lat być już co prawda poza miastem, ale wciąż do granicy jego mając rzut beretem, czy czymkolwiek innym słabo latającym. Teraz jeszcze się oddalimy o te 15 km i związek z tzw. city ograniczy się do podróży do roboty, co o tyle jest niekłopotliwe, że owa robota miejscem ulokowania nie zmusza do odwiedzin prawdziwej wielkomiejskiej przestrzeni. A fuj.

Refleksje powyższe naszły mnie po niedzielnej eskapadzie do centrum na spotkanie (miłe) i czekoladę (ja wolałem kawę). Córy moje oniemiały. Raz, że wjechały samochodem do miasta, co jeszcze wielkim zdziwieniem nie było, dwa, że zobaczyły coś, co je poraziło - tramwaje, ruchliwe ulice, światła po zmroku, kibiców Legii w drodze na mecz z Górnikiem. I hałas. Wszędzie pieprzony hałas. Ja się czułem jak w klatce, otoczony nieprzebitym jazgotem, knajpka była prawdziwym ukojeniem. Ale dzieciaki z rozszerzonymi źrenicami chłonęły to miasto, zrobiwszy najpierw bałagan w kąciku dziecięcym knajpy zostały porwane na przejażdżkę tramwajem. Zamarły z zachwytu. Starsza nawet się obraziła, że tak krótko, bo tylko po jednym przystanku w te i nazad. Na gapę. To było w mieście nawet fajne.

Musiałem obiecać, co może być równie przyjemne, że w pierwszy wolny dzień jedziemy do kina autobusem, metrem i tramwajem, powrót w odwrotnej kolejności zaliczając. To będzie dla niej frajda nie z tej ziemi. Dla mnie też, ale tylko z powodów wzajemnych korzyści przebywania ze sobą, a nie z faktu jeżdżenia między blokami.

Wizyta w metropolii zaowocowała jednak zachwytem także po stronie rodziciela. Wyjść z otępienia i wzruszenia nie mogę. Dziecko starsze Hanutą zwane postanowiło narysować i wyciąć co jej się w miescie najbardziej podobało. Jestem prawdziwie poruszony faktem, że widząc owe potwory maszynowe może w sumie minutę-dwie zapamiętała tyle szczegółów - kabina motorniczego, drzwi (drugi wagon - te paski), ilość wagonów, dziura między wagonami (to czarne pomazane), koła "w obudowie", inne niż w samochodzie. I połączenie z trakcją. W moim osobistym rankingu to dzieło najwyższej próby.

I nie trzeba w mieście żyć, żeby dzieło stworzyć. Trzeba żyć od miasta niedaleko, żeby niczym pasożyt z niego ssać co najlepsze.

13:44, bartosz.raj , Poważnie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010

dynia

1) Pojechaliśmy

2) Kupiliśmy

3) Unieśliśmy

4) Pokroiliśmy

dynia

Starsze dziecko na baletach halloweenowych, młodsze pomogło ojcu placki z tego zrobić. Niewiarygodne, da się. Jak starsze wróci, to zęby będziemy wycinać.

dynia

 

 

środa, 27 października 2010

No patrzcie państwo, nie przypuszczałem, a teraz jakoś specjalnie nie widzę nic niezwykłego. Choć zastrzegam sobie prawo do zmiany zeznań, bo w materii tej nie do końca stały jestem, jak śnieg w Egipcie. A do tego polegam na relacji, z co prawda cennej, ale jednak drugiej ręki.

NMG była w przybytku edukacyjnym zwanym przedszkolem na spotkaniu z psychologiem w sprawie Hanuty. Sprawa Hanuty ma podłoże majtkowe, oszczym do jasnej mokrej doskonale wiecie. Ale też wypadło akurat w terminie, kiedy dziecko metodami prób i błędów i jednakowoż monitoringiem ścisłym tak w domu, jak i w przedszkolu, wykazało dwutygodniowe cechy zdecydowanej poprawy.

Hania, Pocahontas

[na zdj. Hanka w stroju Pocahontas. Pocahontas też kiedyś moczyła skórzane majtki. Zwłaszcza jak była w wieku Hanuty na tym zdjęciu - pi razy oko mniej niż 3]

No i się dowiedzieliśmy trochę tego, co żeśmy sami sobie wydedukowali, żeby nie karać, nie wrzeszczeć i szat nie rozdzierać, ale nagradzać za nie-sikanie - wróć - nie tyle za nie-sikanie, ale za samodzielne i bezprzymusowe udanie się na posiedzenie celem załatwienia. Błąd nasz polegał na tym, żeśmy majątek na jaja niespodzianki wydali, a tu trzeba oszczędniej, wszak czasy niepewne, czyli za jedno serduszko na kartce naklejone jeszcze nic, ale za dwa już landrynka, za trzy może lizak, a jajo dopiero za pięć.

Ale najbardziej podoba mi się zdanie, które psycholog rzekł, tzn: - nie przejmować się, co mówią inni. - Tak ma i już - odpowiadać.
A puenty szukać nie muszę - na lodówce serce przyklejone już jedno, a dziecko od dni kilku szepcze mi do ucha, gdy odbieram je z szatni:

- Sprawdź... Widzisz, że znów sucho? Masz niespodziankę?

PS: Chwaląc się lekko - obie do jednego pokoju, czy osobno po 15 metrów zaserwować? Nie będzie im przykro w pojedynkę?

wtorek, 26 października 2010

Trzeba to juz przyznać bez fałszywej skromności - Majtek gada jak nakręcona, powtarza wszystkie wyrazy od "rzeczpospolita" po "kondominium", łączy wyrazy i zaczyna ich świadomie używać. Dzić na przykład, gdy leniwie zwlokła obsikane dupsko z łózka ok. godz. 8.30, podeszła do drugiego łóżka, gdzie się jej starsza siostra przeciągając rozleniwiała i rzekła z całą mocą i stanowczością:

- "Kocham-Cię-Hania-posuń-się-już"

Co było dodatkowym pakietem gestów - po przytuleniu odepchnięcie - podkreślone. Daleki jestem od wychwalania pod niebiosa, daleki jestem od przypisywania sobie zasług (żłobek?), także daleko mi do oceniania, która z moich gwarancji emerytalnych zaczęła szybciej nawijać - stwierdzam jedynie fakt: za gadającą Majtkiem ludzie zaczynają się ze zdziwieniem oglądać, co rodzicielowi się podoba. A jej gadulstwo - fakt drugi - zawłaszcza teren w domu.

Bo już nie jest skazana wyłącznie na gromnie "nie" i ewentualny ryk, nie jest też pomijana w rodzinnych rozmowach, a bierze w nich czynny udział, nie jest też ignorowana, kiedy coś zaczyna "bełkotać" - mówi, więc się liczy, liczy się coraz bardziej, a że mówi dość zaskakująco szybko i składnie skupia uwagę i zachwyt. I to się odbija na Hanucie.

Tak się zastanawiam, czy to całe sikanie, które na szczęście, odpukać, odpluć, odczarować, od dwóch tygodni nie występuje, co się odbija na budżecie domowym w postaci czestych zakupów jaj niespodzianek, to nie była jakaś próba zwrócenia na siebie uwagi. Dociera też do mnie, że coraz trudniej bezgranicznie poświęcić czas starszej. Wchodzi mi do głowy, że w domu się po prostu nie da, bo ciągle trzeba "pozwól siostrze, daj Majce, ustąp jej, podziel się..."

Hania, Raj

Czas znów wyjechać na weekend.

piątek, 22 października 2010

Po pierwsze i najważniejsze kumpeli BZ życzymy rychłego powrotu do pełnego zdrowia a rodzicom do nrmy psychicznej.

Niniejszym ogłaszam, że czasy, gdy dziecko starsze nie potrafiło się skupić przez półtorej godziny na bajce telewizyjnej, minęły bezpowrotnie, co stwierdzam z pewnym żalem, jako twórca teorii, że dziecko mniejsze niż 4 lata, które przez tyle czasu ogląda coś bez komentarza i bez kręcenia się, nie może być do końca normalne, albo jest najwyraźniej chore i energii wcale nie ma. Mnie z jednej strony troche irytowało to w goracej wodzie kapanie, to słomiano zapałowe zachowanie, ale też chwaliłem sobie, że takie jest prawo dziecka.

Hania

Prawo się skończyło. Jakieś tydzień będzie, jak jakaś telewizja puściła o 20 (co za idiotyzm swoją drogą) Epokę Lodowcową part. 2. No i dziecko miało potem koszmar. Wstała w nocy, przyszła do łóżka i mówi: "Zabawki mi się zatonęły..." Dla nie do końca zorientowanych, to jest o tym, że ten cały lód szlag trafił i trzeba zwiewać.
Mimo wszystko dziecko się pochłonęło treścia na tyle, że odrzuciła nierzadko głupawe bajki w telewizjach dziecięcych na rzecz pełnometrażówek animowanych i tak wczoraj zerknęła na Epokę Lodowcowa part. 1, dla nie do końca zorientowanych, to ta część kiedy wszysko się lodem pokrywa i zwiewać trzeba. I jest tam porę scen dla dziecko 4 letniego bardzo poważnych - atak na ludzi, 'śmierć' tygrysa (potem ożył na szczęście), ale też... śmierc już chyba na pewno matki dziecka ludzi, która ostatkiem sił na brzeg wyrzuca zawiniątko z malcem, te chwyta leniwiec Pazura i jego mamut, a podetem leniwiec patrzy na rzekę a tam matki brak.

Dziecko moje opowiedziało NMG tę scenę tak: - Uratowało się tylko dziecko, bo jego mama utknęła w wodzie.

Uff. Bo oprócz teorii, że dziecko może się kręcić na bajkach i jak się nie kręci, to coś z nim nie tak, mam tez inna teorię: Nie musi dziecko 4 letnie od razu wszystkiego rozumieć.

17:16, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
środa, 20 października 2010

Na zdjęciu dokładnie widać, że oboje wielce zadowoleni, rozanieleni wręcz. A w tym czasie, co wy się bujaliście i skakaliście, o zjeżdżaniu nie wspominając, Hanuta w gorączce się przelewała. Wstyd siostra!

Maja i Milan

 

niedziela, 17 października 2010

Najpierw o tym, że się wściec można, obłędu dostać i na wszystko zwomitować, a żeby konkretniej coś, to od tradycyjnego womitowania się to wszystko zaczęło, ale tym razem nie skończyło, chlusty poszły też w nocy, a rano gorączka i piszę tu o wyczekiwanym przez NMG i Hanutę wyjeździe do babci na wschód. Fantastyczny weekend - z nurofenem i innymi przeciwgorączkowymi dziadostwami. Przedłużony o jedną noc, żeby nie katować dziecka powrotem.

Usranie skaranie boskie.

A ja wten czas sam z ikonką młodszą, pospacerowalim, odebralim klucze od nowej chałupy, powygłupialim się, pizzę zjedlim i na koniec wekendu chłopaka siostry poderwalim. Majtek poszła z Milanem na spacer, za ręce, na plac zabaw, tam było ganianie, a wracając zabawa w chodzenie tyłem, rzucanie kamieniami, uciekanie i wyznania "Kocham Cię Milan" przy zachodzacym słońcu i spadającej temperaturze. Istna sielanka, tylko mózg pracuje inaczej, zastanawiając się ile tam kresek jedzie niestety na odwrót - w górę - i czy czop pomoże.

Lato będzie ciężkie. Kij szykować trza.

PS: A zdjęcie jutro bo technika zawodzi...

czwartek, 14 października 2010

Od dawna nie siedzieliśmy w wannie razem, ale teraz po dłuższym czasie ojciec się postanowił zrelaksować z dzieciakami, co dotkliwością się najpierw objawiło, bo młodsza się zainteresowała interesem, a potem zdumieniem pewnym, bo starsza zademnstrowała co ma tu i tam i oznajmiła:

- Tata, wiesz co to jest? Ci..a!

Ponieważ od urodzenia i u obu dziewczyn nie używaliśmy tegoż określenia, nazywając i jedno i drugie po prostu swojską "dupką", zapytałem, skąd wie, że to tak się nazywa.

- Milan mi powiedział, i to, że on ma siusiaka też.

Pretensji nie mam do narzeczonego, jeno prosiłbym o uświadamianie ojca kiedy uświadamia jego córkę, żeby ojciec się zdążył psychicznie rzygotować.
Natomiast ja uświadamiać już nie mam czego, bo dziecko doskonale zrozumiało, na czym polega komunikat ucieszonego dziś od ucha do ucha rodziciela, który podał dziecku informację, że kupił dom, ten dom, co jej się podobał (i mu też) i że już zaklepane, amen, a żeby skonkretyzować, to powiedział, że dostał od banku pieniądze na ten dom.
I Hanuta zobaczyła mianowicie 10 groszy pod fotelem samochodu, podniosła i powiedziała:

- Proszę tato, na dom.

I po co tu się ratami zamartwiać.

niedziela, 10 października 2010

W piątek się wściekłem i mordować chciałem. Znowu woreczek w szatni przybytku edukacyjnego z zaszczanymi gaciami i spodniami. Karać, karać! - wrzeszczałem. W sobotę w bezsilności otumaniony jak kogut na wietrze zgodziłem się na marchewkę. A to było tak.

W czwartek się zdziwiłem. Co najmniej w czwartek. Ojciec się dziecku chciał pochwalić i mówi: "A wiesz, że kupilim ten domek, co ci się tak podobał?" A dziecko z nadzieją rzekło: "Ten z konikami?". I się okazało, że teraz ma dwa marzenia sklepowe, jedno to jest domek z konikami, a drugie to klocki lego z ludzikami, "Takie jak w przedszkolu". I kiedy mnie jeszcze furia trzymała, NMG kupiła te Lego (to Lego?) i zarządziła, że jak się dziecko nie zleje, to klocki dostanie, czego efektem...

W sobotę Hanuta o nic nie pytała, tylko czy dostanie klocki jak Majtek pójdzie spać, bo tam są małe elementy i nie można przy Majce, a ona jest już grzeczna i nie sika w majtki  i wie jaka jest umowa i jest grzeczna.
I była. I klocki dostała. I się nie zesikała, i ze trzy razy poszła sama bez przypominania, raz z przypominaniem, a raz normalnie jak zwykle kłamała, że jej się nie chce i nie pójdzie na nocnik przed sklepem, a w sklepie wiła się, ale wytrzymała do powrotu, wciąż zapewniając, że nie chce jej się.

W poniedziałek przedszkole. Ciekawe, choć wielkich nadziei sobie nie robię.

środa, 06 października 2010

Moja siostra nie mówiła "R". Gdy w końcu załapała, spytała mamę, czy może pobawić się "RaRką".

Anegdota to, któla pewnie z każdym miesiącem oblasta w nowe dopowiedzenia, nawet nie wiem już, czy tak było rzeczywiście i w jakim jej wieku, ale powtarzam, bo moja cólka większa też nie mówi tej litelki, jest więc Hanią Jaj, bądź Laj w zależności od słów nazwisko poprzedzających.

A tu nagle, wtem i laptem w przedszkolu pojawił się logopeda.

Hania

I dostaliśmy kalteczkę, że cólka ma jakiś plobjem, choć ten plobjem nazwany był jakoś, to jednak dziś już nie pamiętam jak, natomiast pewien jestem, że nie chodziło o wymawianie litelki, któlą tludno napisać, celowo pomijając pewien klawisz klawiatuly.

Zignolowałem, ale Najwspanialsza Matka Globu, zignolować nie dała i zapisała na lekcje w przybytku edukacyjnym. Dziś odbyła się pielwsza.

I do domu zadane jest mnóstwo ćwiczeń. I patyki dane, żeby w paszczy nimi manewlować i wymowę plawidlową szkolić. Jak nagle zacznie mówić tę literkę, to się zdziwię, ale też wtedy nalegać będę, aby przedszkole zatludniło specjalistę od sikania w majtki, bo z tym sobie lady nie dam i szlag mnie tlafi, a laczej samo nie minie.

Hania

Pozdlawiam, Baltosz Jaj