"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
środa, 09 lutego 2011

Hanutę w przedszkolu sieknęła temperatura powyżej 38 i po powrocie do domu została sieknięta specyfikiem. Wieczorny raport z frontu walki z choróbskiem, które cholera wie dlaczego odejść nie chce, choć też na szczęście nie chce się równiez rozwinąć w cos poważniejszego brzmiał: Nic się nie dzieje, humor dobry.

I komunikat od ikonki mojej najpierwszej: Chce jutro iść na bal.

Bal w przedszkolu jest ważniejsze niż jakaś choroba, więc dziecko wie już od taty, że ma mieć chorobę w d..e. I zrobimy tak, żeby na bal poszła. Nie chrycha, nie prycha, nie glutuje specjalnie, więc jak się przelewać przez ręce nie będzie - pójdzie na imprezę. Bo są w życiu ważniejsze sprawy niż chorowanie.

Mam tylko jedną prośbę - niech wrócą mrozy.

czwartek, 03 lutego 2011

Uprzedzam na początku z determinacją i stanowczością, kto trafił tu przez wyszukiwarkę szukając wytłumaczeń dla niezrozumiałych dla siebie zachowań swojego dziecka i liczy na jakąś receptę, potwierdzenie, tudzież nakreślenie planu działań wywrotowych mających na celu całkowite stłamszenie łobuza w dziecku - to źle trafił. Bo tu będzie opis  historyjki, która z buntem prawdziwym ma tyle wspólnego, co aktualna pora roku z latem, a nie użalanie się nad losem rodzica sponiewieranego przez bezczelne i agresywne dziecko.

Majtek jest bezczelna i agresywna. Agresywność może i zostałaby stłamszona, gdyby ojcu nie spodobała się pewnego razu podczas wycierki powannowej na kibelku. Mianowicie ryje zbliżaliśmy do siebie i kiedy ona chciała cmoknąć, to ja się dosuwałem głośniej niż zwykle krzycząc "a nie!". Tak kurka przez kwadrans - raz w jedną, raz w drugą stronę, aż dziecko posikawszy się ze śmiechu swego dopięło i buziaka zasadziło z mlaskiem.

Dziś role się odwróciły. To Majtek drze się "a nie" i wcale nie o całowanie chodzi, co jeszcze w jej panienkowym wieku byłoby zrozumiałe. Z rana obrazek: siedzę w wannie, wparowują obydwie jak zwykle mając tysiąc ważnych spraw do załatwienia akurat wtedy kiedy chcę się kimnąć w wodzie. I oczywiście tak jak wpadają to pogonione wypadają, ale już cholera drzwi za sobą nie zamkną. A jak nie zamkną to ciągnie i wieje i nieprzyjemnie i choć myślę, że dam radę, to mnie to denerwuje i drę się w rezultacie: "drzwiiiii zamknijcie!". Dziś odpowiedział mi ryk po tysiąckroć donośniejszy:"NIE!"

Po czym emitujący dźwięk na granicy zniesienia potwór wpadł do łazienki z ryjem tak wykrzywionym nienawiścią teatralną, że woda zamarzła w wannie natychmiast. Wycedziła przez zęby: "Nieee..." Nieśmiało próbowałem negocjować: Tak? "NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!" - grzmotnęło z siłą stu błyskawic a woda w wannie wyparowała. Uparty jestem lekko i choć zestrachany do granic możliwości to jeszcze szeptem, cichutko, pisnąłęm: "Tacie zimno, tak?" "Nie" - tym razem strzeliła jak z bicza. Odwróciła się wywracając gałami, kręcąc tyłkiem wyparadowała z łazienki i trzasnęła (:-)) drzwiami cedząc chłodne "do widzenia".

Kto myśli, że to przypadek, nie myśli wcale. Kto myśli, że to bezmyślne zaprzeczanie też nie myśli wcale. Wieczorem nowa pojawiła się moda na zasypianie przy lampce. No i Hanuta spać chciała, a Majtek niekoniecznie. I to mniejsze zło zaczęło zaczepiać, a to większe dobro zaczęło krzyczeć, że chce już spać i żeby Majka była cicho, co oczywiście spotkało się z kategorycznym "nie". Była potrzebna interwencja rodzicielska i niestety forma pwnego szantażu, mianowicie groźba, że światło zostanie wyłączone i że trzeba przestać już gadać tylko spać. Na co Majtek sama sobie zgasiła światło chowając się pod kołdrą i wydudniła z rozbawieniem bynajmniej nie sennym: NIE.

11:30, bartosz.raj
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011

Sieknięcie przeciwgorączkowym i przeciwzapalnym, witamina C i ew. psik-psik tantumem na gardło wraz z obowiązkowymi i częstymi inhalacjami z soli fizjologicznej to był lek na całe zło od wielu, wielu miesięcy czy też nawet rzekłbym lat. Dzieci nie chorują moje wcale i tyle, ku uciesze piszącego, którego największym pragnieniem jest, aby ten blog NIGDY nie zamienił się w litanię żalów i skarg, tudzież relacji z wizyt lekarskich.

Hania i tata

Ale tym razem z jakichś niecodziennych powodów nie działa. A choróbsko nie tyle kwitnie, co pełza - nie atakuje, nie przybiera form monstrualnych, ale tak jątrzy, podgryza, i delikatnie infekuje a poganiane cofa się w kąt, by za chwilę znów wychylić swój śmierdzący gorączką łeb. Nawet nie gorączką, banalne kilka kresek powyżej normy, które gdy pacjent zaczyna marudzić sieka się i osóbka wraca do normy, czyli ponadnormalnej aktywności śmiechowo-ruchowej. Niemniej cztery dni mineły i ciągle nie jest to stan uprawniający (przynajmniej w mojej opinii, bo znam innych rodziców z wrogim mi poglądem) do pójścia do przedszkola.

Lekarz będzie jednak grany dla świętego spokoju, a dziś, po blisko dwóch latach pewnie przerwy, zaniosłem siki do badania. Pamiętacie, a jak nie to i dobrze, że Hanuta z sikaniem miała kłopoty, co i raz badane wykazywały obecność w nich tego, co nie powinno tam być i leczenie antybiotykami się odbywało, aż pewnego razu zaryzykowałem i leczyć przestałem, z dumą obnosząc być może durny pogląd, że każdy posiew coś w sikach wyhoduje, bo nie ma szans, żeby dupę dziecka umyć tak i łapy trzymającego kubeczek, żeby jakieś paskudztwo tam nie wpadło i nie narosło potem. I problemy zniknęły.

Teraz niby kaszle, niby widać, że to nie siki, ale siki zbadane zostaną i znów pewnie wyjdzie bakteria jakaś i znów będzie zastanawianie się siekać antybiotykiem, powtarzać posiew, czy olać, skoro objawy minęły.
I to jest najważniejsze - mają minąć. A chwilowo oddajemy się lenistwu - ojciec i córa z przymusu oczywiście. ;-)

14:47, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011

Wiecie jak się czuje rodzic, kiedy mu dziecko inteligentnie ironizuje? To jakby dostać w twarz, ale jednocześnie być wdzięcznym, że nas okładają. Dumnym wręcz. I o dumie tej tutaj teraz.

Zachłysnąłem się nią i niemal udławiłem. Mam dzikie wrażenie, że kilka dni, które przyszło mi bez dzieci odbywać, spowodowało wyrwę. Mam pewność, że poczyniły obie moje księżniczki skok cywilizacyjny, który dla porównania Polsce może przypaść, jeśli całkowicie tego Euro 2012 nie spieprzymy. Dobra, przydługi ten wstęp. Chodzi o "dobra".

Majtek wraca ze żłobka, tonem przyjazno-nakazującym proszę o położenie się na dywan, celem wymiany mokrego na suche. "Dobra, tata" - słyszę w odpowiedzi, czemu towarzyszy mina nie z tej ziemi, jakby kosmita jakiś zobaczył na swojej planecie psa (odjeżdżam? To przez J. Carrolla niechybnie). I tak niemal do wszystkiego: Maja, nie rozrzucaj wszystkich 1528 zabawek na raz! "Dobra!". Chcesz kanapeczkę?: "Tak, dobra!". Majtek - oddaj Hanii jej miskę ze spagetkami: "No, dobra..." (bardzo niechętnie).
Najbardziej rozbawiło mnie jednak, kiedy stojąc na desce kibelkowej po wziętej kąpieli pianowej zażyczyła sobie sukienki. Zaproponowałem ręcznik po damsku pod pachami przepasany. Może być? "Dobra!"

Dobra jest i Hanuta. Tej słownictwo dawno już przekroczyło normy pojmowane przez ojca, czasem już się nawet nie staram zrozumieć, co do mnie rzecze, z góry zakładając, że zostałem ćwokiem we własnym domu. Rozbawiła mnie wczoraj do łez normalnie, kiedy owe 1528 zabawek postanowiła skumulować na małym, circa 3 metry kwadratowe różowym dywanie w swoim pokoju, co wywołało powstanie góry sięgającej po sufit niemal i totalną bezsilność sprzątania, co dziecko wyraziło gniewem, smutkiem i żalem szczerym.
Polazłem do pokoju i zobaczywszy ogrom przedsięwzięcia nas czekający spytałem grzecznie: No i co ty tutaj najlepszego narobiłaś? "Masakra" - odpowiedziała.

Masakra? No, dobra. Podoba mi się.

wtorek, 18 stycznia 2011

Hania i Maja

O ile dobrze pamiętam, a pamięć - o szydercy - mam na poziomie wybitnego nastolatka, to jeszcze nigdy, nigdy, nigdy, nie byłem bez dzieci przez tak długo. W piątek rano machnąłem je do przybytków edukacyjnych, potem siebie do pracy, a potem tracąc zmysły z szaleństwa wolności wyrwałem się na weekend na Mazury.

Kontakt w tym czasie z dzieciakami miałem utrudniony, bo wstawałem kiedy one spać szły, one pochłonięte zabawą i katarem też nie za bardzo chciały gadać, zatem spotkanie w cztery oczy nastąpiło dopiero w poniedziałek o godz. 17-18, kiedy je z tego przybytku podjąłem.

Majtek spełnił oczekiwania egoistycznie do świata nastawionego ojca, witając się wylewnym "tatusia, tatusia, tatusia mój, tatusia wróciłeś" - robiąc do tego w żłobku scenę niczym z włoskiej komedii mafijnej, mianowicie biorąc me ogorzałe po weekendzie poliki w dłonie i patrząc z miłością, tudzież też z politowaniem i lekko poklepując.

Uradowany udałem się do przybytku dla pociech starszych, gdzie odkryłem mamę narzeczonego córy mojej starszej Hanutą zwanej. I zostałem lekko zamroczony, kiedy moja jedyna wybiegła z sali i mijając mnie jak powietrze wtuliła się w kolana cioci. Nawet nagabywana nie za bardzo chciała się z tatą przywitać, co zniosłem mężnie i nawet pomogłem jej się ubrać.

Wnioski chciałem jakieś tworzyć, teorię wysnuć i puentą wpis ten zakończyć celną i inteligentną, kiedy życie się samo podsumować zechciało. Położyłem dziewczyny spać, odczekałem i wyszedłem pod dom do auta po rzeczy upchnięte jeszcze po-mazursko. Wracam za pięć minut, siedzą obie pod kołdrą w dużym pokoju na kanapie. Pytam: - A wy co tu robicie? Na to Hanka: - Tatuś, kochamy Cię! Jesteś! A Majka swoje: - Tatusia, tatusia, mój tatusia, wróciłeś.

No i weź się stary koniu nie wzrusz.

czwartek, 13 stycznia 2011

Najgorsze w tym wszystkim, w tym ściemnianiu na potęgę, kłamstwach i sprowokowanych chęcią zwrócenia na siebie uwagi ironiach jest to, że nigdy nie wiadomo kiedy przestają być nieprawdziwe, a zaczynają na poważnie doskwierać. Kiedy już nie mamy - proszę państwa - kontaktu z jawną prowokacją i krygowaniem się, lecz pełnoprawną skargą na ból.

Kiedyś matka jedyna powiedziała mi, że skoro już raz skłamałem - bijcie mnie, ale nie pamiętam czym był ten mój pierwszy raz i czy warto było - to już każdy ma podstawy nigdy mi nie wierzyć. Ciągnie się to za mną przez żywot calusieńki, tylko przybrało skomplikowaną wersję negatywu, niestety dla mnie dość krępująco nieprzyjemną - mianowicie to ja z góry zakładam, że ludzie prawdy nie mówią, i wyrzucają z siebie jedynie to co inni usłyszeć chcą lub... no właśnie - kłamią, ściemniają, ironizują, obgadują za tyłkiem. I tak już jest, że w najsympatyczniejszych jednostkach doszukuję się fałszu.

Sprowokowało mnie do tych wyznań w sumie nie tylko dzisiejsze deklamowanie przez ikonkę starszą Hanutkiem zwaną listy dolegliwości mniej lub bardziej domniemanych. Ponieważ jednak dwa dni całe wzięła i trochę się podchorowała, to wyczulonym bardziej na te skargi i baczniej obserwuję, czy symulant jest rzeczywiście tym za kogo się podaje i mi się wydaje. Dziś więc usłyszałem najpierw, że boli kolanko. Co jest możliwe z tysiąca powodów, niech się najbliższemu pochylę - walnęła się w stół w przedszkolu. Z drugiej strony Hankę nogi bolą permanentnie, zwłaszcza w nocy, kiedy nie idzie ocenić czy ściemnia, bo chce do wyra wleźć, czy nie ściemnia, ale np. rośnie. Bo gdzieś wyczytałem czy ktoś mi powiedział, że giry rosnące pobolewają. Nie rosnę to nie wiem, ale i mnie czasem bolą.

Na kolanku objawów choroby nie zdiagnozowałem i od razu niemal za chwilkę usłyszałem, że szczypie język i kanapki spożycie jest absolutnie wykluczone. Podejrzewając kłamstwo nakazałem jęzor wywalić i tu się okazało, że występują na nim jakieś zaczerwienienia, krostki, czy inne małe ranki, które rzeczywiście szczypać mogą. Od razu przypomniał sobie ojciec durny, że i jego jęzor szczypie od dni paru i zacząłem - a jakże - podejrzewać chorobę przenoszoną drogą paszczową, mianowicie, że córkę całując jakimś odgębowym syfem zaraziłem. Psikanie pomogło jednak i na tę dolegliwość, więc jajo czekoladowe już w język nie szczypało i mleko też, a nawet sprytnie i perfidnie podana witamina c.

Na koniec dnia zaś zostałem przez symulujące dziecko ostrzeżony, że za chwilę ją brzuch będzie bolał. I tu już nie ma powodów do uśmiechów politowania, bo informacji tej towarzyszyło zapewnienie, że pewien Michał, czy też Marek, nie spamiętałem imienia, walnął womita na talerz podczas podwieczorku przedszkolnego, bo go bolał brzuch. No ten przynajmniej z symulowaniem nie miał nic wspólnego. A jak znam życie, to akurat co jak co, ale zaraza brzuchowa jest najbardziej prawdopodobna, że kłamstwem nie jest.

 

sobota, 08 stycznia 2011

Wciąż nie mogę się nadziwić, jak szybko mogą minąć 2 lata. Minęły. Majka ma od tygodnia te dwa lata, urodziny jak zwykle przespała, bo kto by czekał do 4 rano w Nowy Rok, tatuś jeszcze wtedy ciągnął Sylwestra więc uczcił, ale generalnie bez hałasu. Majka ma dwa lata.

Majka łobuz

A dla mnie wciąż jakby więcej. To że gada już pełnymi zdaniami i nie dalej jak wczoraj odbyłem z nią rozmowę telefoniczną, z której nie tylko dowiedziałem się co jadła i czy była grzeczna, ale też kto dookoła nie był grzeczny i kogo kocha. Gromkie "tatuś, tatusia" nawet przez komórę brzmi wzruszająco - to jeszcze nic. De facto trudne do uchwycenia są słowami te chwile i momenty, kiedy ojca duma rozpiera. Gest, słowo, cwana mina.Jakbym się nie na starał gimnastykować z tymi tutaj wyrazami to i tak nie oddam.

Nie lubię, wiecie doskonale, porównywać, ale skoro Hanuta jest Aniołem - wrażliwym, delikatnym i czasem nieśmiałym, to Majtek jest łobuzem i koniec. Z Hanką facet pójdzie na romantyczny spacer, z Majką - konie kraść.

Majka łobuz

Wydaje mi się - co oczywiście i pewnie jest przesadą, a może zwyczajnym objawem "drugiego dziecka" - że wszystko robi szybciej. Szybciej jadła sama (zresztą nadal je więcej i łapczywiej od niejadka H.), szybciej gada, szybciej chodzi, szybciej coś tam. Może to złudzenia, a może nie. Ale jednej rzeczy już szybciej nie zrobi i cóż - tu wina i braku samozaparcia ojcowskiego i żłobkowego. Wciąż ma pieluchę. A Hanka w jej wieku poszła na bilans dwulatka w majtkach. Co prawda to było lato i warunki do przyuczania inne, ale jednak. Zatem jeśli mam mieć jakieś postanowienie nie tyle na nowy rok co na jego pierwszą z dwunastu części, to ma przestać sikać w pieluchę. Zresztą uwielbia narobić do nocnika, więc przeszkód nie widzę.

Na zdj. Majka w wersji wigilijnej.

 

środa, 05 stycznia 2011

Jestem świadomy, że 4,5 letnie dziecko interesuje sie nie tylo tym co ma pod pachą, ale też tym co tata pod brzuchem. I doskonale zdaję sobie sprawę, że najgorsze co mogę zrobić, to labo krzyczeć, że nie wolno, albo nadawać temu jakieś gigantyczne znaczenie. Dlatego dość spokojnie - mimo wszystko - reaguję na to, że Hanuta czasem bezwiednie sprawdza co ma, i nie krzyczę jakoś panicznie, że nie mozna. Niemniej nowe zdarzenie wymaga na chwilkę choć przystanku.

Podczas gołej kąpieli dziecko dostało na własne zresztą życzenie wykład co to znaczy części ciała intymne i dlaczego nie pokazuje się ich wszystkim i po co są majtki generalnie. Ponieważ rozmowa była szczera i przyjazna, dziecko się otworzyło i powiedziało, że jeden chłopiec z jej grupy z przedszkola włożył jej tam rękę i poruszał, ale paniom nie powiedziała, bo to miała być tajemnica.

Hania

Zdaję sobie sprawę, ża Hanka po tacie potrafi naściemniać i mieć bujną wyobraźnię, niemniej na pewno coś z tej opowieści prawdziwe być musi. Zatem poza uprzedzeniem, żeby sobie nie pozwalała i że jak następnym razem się zdarzy to poszła do cioci w przedszkolu, nie zrobiłem nic.

Ale widocznie siedziało, bo dziś podjechałem do przedszkola i powiedziałem wszystko pani dyrektor, zastrzegając, że to opowieść dziecka, ale mówię, bo nie chcę, żeby się przerodziło w coś poza głupotką i zabawą.

Dobrze zrobiłem?

wtorek, 04 stycznia 2011

Pierwsza epoka jest fajna i jest wzruszająca i się w sumie dobrze kończy. Druga jest mokra i wystepują w niej dziwne rybo-gady krwiożercze. Trzecia jest odjechana z dinozaurami. Każdy z was rodziców to wie.

Ale pewnie każde z dzieci inaczej na te epoki patrzy. Bo ileż można Mańka z dzieckiem oglądać??? Więc woda robi się ciakwsza i potwory straszniejsze. Doszło do tego że III cześci nie oglądamy, bo nie chcemy, pierwszą z braku laku, za to nałogowo drugą. No i masz ojciec pobudkę...

Gdzieś tak nie wiem - 1 była czy 2, kiedy chlip dobiegł z pokoju i rozległ się odgłos szarpania klamki przez zaspane ręce kierowane zaspanymi oczami i jeszcze bardziej zaspanym mózgiem. Pomogłem się z pokoju wyzwolic i na pytanie co się stało, dziecko starsze Hanutą zwane powiedziało mi, że się jej śniło, że się topiła.

No grubo. Ze swojego dzieciństwa pamiętam dwa porządne koszmarki - jeden, że spadam - i gwarantuję, że jak kiedyś będę to już wiem jakie to okropne uczucie - i drugie, że się gubię, przy czym w tym drugim wypadku nie wiedzieć czemu w tle majaczył wiatrak, co potęgowało strach irracjonalny.
Dzieci drogie - wiatrak to takie coś, co kiedyś się kręciło na wietrze i wyglądało jak chatka ze śmigłem.

Więc wiem mniej więcej co może czuć dziecko, jak się mu śni, że się topi. I zasmucony tym strachem i przeklinający natężenie oglądania epoki z potopem, zacząłem dziecku położonemu do łóżka mojego tłumaczyć, że przecież to tylko sen, i że jak tylko pojedziemy nad jezioro to się Hanuta nauczy pływać i nie będzie mogła sie juz utopić nawet we śnie.

Na co usłyszałem: - Ale ja już umiem tato pływać!

Nie dyskutowałem po nocy tylko uczepiłem się jak tonący brzytwy i rzekłem: - W takim razie możesz spać spokojnie, bo się na pewno nie utopisz. Podziałało.

wtorek, 28 grudnia 2010

Majtek to zło! Łobuz! Ja taki nie byłem!

Po tej inwokacji i chwilce zastanowienia dociera do łba ojcowskiego na szczęście nie do końca pustego, że Majtek jest jaki jest, ale na pewno nie jest ponadprzeciętnie niegrzeczna. Raczej jest ponadprzeciętnie grzeczna z wyskokami, które potrafią celnie uderzyć i zaboleć. I z tym powalczymy, jak Zło pozwoli.
Ostatnia scena i dość spektakularna dodajmy, miała miejsce - wielkie zdziwienie, zdumienie i normalnie zęby układają się w kupce na ziemi - w żłobku, czyli przybytku edukacyjnym, w którym dziecko moje, zresztą jedno i drugie, raczej spektakularnie udowdniało rodzicielowi, że się do wychowywania nie nadaje, i że jedynym słusznym miejscem na nabieranie manier i kulttury osobistej są właśnie przytulankowe ściany. A tym razem było inaczej.
Zaczęła się nakręcać jeszcze w domu. Wszystko było nie, ubieranie nie, nie ubieranie też nie i generalnie "nie" też nie, a nawet "tak" było całkiem nie.
I wyszła z domu trzaskając drzwiami z rykiem należnym słuszniejszej sprawie w mojej skromnej, lecz dobrze zargumentowanej ojcowej opinii.

Stan trwał w samochodzie, było wicie się i preclowanie, szarpanie z pasami i wycie. Na szczęście to raptem 10 minut od mieszkania, więc zapewne dało się przeżyć, piszę zapewne zupełnie świadomie, bo przelewam bynajmniej nie na papier sytuację przekazaną mi relacjami osób trzecich. I zapewne też nastąpiło oczekiwanie, że gdzie jak gdzie, ale w żłobku to na pewno będzie gęba uśmiechnięta i udawanie anioła.

A tu kurka żaden anioł!

Majka łobuz

Jak nie Majtek, rzut na glebę, ryk na cały regulator, kurczowe wpijanie się, padanie jak niektórzy pod krzyżem uprawiali i żale, i płacze, jak tamże były wylewane. Istne szoł.
Dopiero po południu, gdy odbierałem dziecko z przybytku edukacyjnego (wcześniej odbierając telefony od żłobkowanek z zapewnieniem, że z M. jest wszystko już ok i nie do końca rozumiejąc przejęcie), dotarło do mnie, że to nie było pitolenie o nie radzeniu sobie ze wszystkim na świecie, ale w córkę moją młodszą musiał wstąpić demon. Miny żłobkowanek mówiły wszystko. Westchnienia typu: "Takiej jej nigdy nie widzieliśmy". "Nie wiemy co się jej stało". "Majka? Takie coś? Nigdy..." - towarzyszyły mi w drodze powrotnej do domu, gdzie oczywiście, a jakże, dziecko okazało się być istnym dzieckiem anielskim.

Poza jedną malutką sytuacją, która uświadomić powinna, że zło czyha uśpione jedynie i gotowe wykorzystać każdą sytuację, żeby się wywlec na wierzch i pozatruwać życie. Na jęk kłótni między siostrami zareagowałem nawet już nie patrząc typowo znudzonym i nieprzejmującym się tonem: Przestać mi tu jęczeć!

- Tato! (zamarłem)
- Tato, przestań! (świat wokół zgęstniał i pojawiły się grzmoty)
- Tato, przestań krzyczeć, już!!!
(ryknęło Zło robiąc minę demona i grożąc palcem).

Zrozumiałem, że era ojca odchodzi w zapomnienie, królestwo ludzi dorosłych jest zagrożone, a władzę absolutną nad wszechświatem przejmuje Zło. Dałem jajo niespodziankę, żeby na chwilę oddalić widmo zagłady.

piątek, 24 grudnia 2010

Dzieciom moim najukochańszym życzę szczęścia i beztroski. Żeby nigdy nie musiały nawet w żartach wrzeszczeć do mnie (Majka)" Tata nie krzycz już!

Wam - takiej dumy z pociech jaką ja przeżywam codziennie.

Sobie nic nie życzę. Mam.

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Wpis najwybitniej nie w moim stylu. Bo ja chętnie chwalę wszystkich i wszystko dookoła, ale swoich cnót wielbić nie zamierzam. Potraktujcie to zatem jako pewnego rodzaju kronikarskie zadęcie, a nie wyraz megalomanii.

Akurat tak się składa, że pod koniec roku w dwóch magazynach pokazały się kawałki o Ojca Raj i/lub/też z Ojca Raj. Acoto? i gaga.

acoto?

Ojca Raj

gaga

I fajnie!

sobota, 18 grudnia 2010

Karta nazwana szumnie "arkuszem obserwacji dziecka 4-letniego". Wpadła mi w ręce, przeleciałem ją wzrokiem, widząc zwyczajne nagromadzenie plusów olałem, uznając papier za bezużyteczny jako źródło wiedzy o dziecku w końcu moim, ale po chwili sięgnąłem znów, gdyż ze zdziwieniem zaobserwowałem po wnikliwym dociekaniu, że są i dwa minusy, co prawda postawione obok plusów, ale ponieważ tego typu blankiety nigdy nic minusowego nie pokazywały, to się - kurka - wczytałem.

"Respektuje umowy i polecenia-posłuszny" +/-

"Chce rządzić przewodzić grupie" +/-

Ok. Pierwszy minus mnie ucieszył. Po pierwsze - dlaczego dziecko niby ma się w przedszkolu zachowywać inaczej niż w domu? W domu też nie wszystkie umowy respektuje, ma swoje zdanie i jak nie chce to się stawia. Do tego co to za kryterium "posłuszny"? Ameba, która trącona w jedna strone rpzelewa się tam nie reagując czy to dla niej dobre czy nie? Wykonujący wszystkie polecenia robot, bez względu czy chce czy nie? Jedzący kaszankę dzieciak, choć kaszanki i watróbki po ojcu nienawidzi? Niech będzie "minus". Cieszę się.

Drugi minus mnie zastanowił. Bo co to znaczy, że minus przy "rządzeniu w grupie". Że rządzi i sią wymadrza i to źle? Najpierw tak pomyślałem. I się zezłościłem. Bo uważam, że jak rządzi i stawia na swoim to jest świetnie i żaden minus się za to nie należy. Ale jak zwykle najpierw się podnieciłem a dopiero potem przeczytałem do końca czym. No bo zewrknąłem na inne minusy:

Hania, przedszkole

"Popada w konflikty" -

"Przejawia agresję" -

"Trzyma się na uboczu" -

"Niezaradny" -

"Często prosi o pomysł" -

I dopiero wtedy dostrzegłem legendę. Minus oznacza po prostu "nie". A więc czasem chce przewodzić i rządzić w grupie, czasem nie, co jest ewidentnym odbiciem chrakterku ojca i bardzo dumny odkryciem tym i minusowo plusową analizą oddalam się weekendować w pracy... gdzie porządzę się trochę, a co...

czwartek, 16 grudnia 2010

Stało się. Brak mokrych części ubioru przez kolejne dni oznacza wypłatę pierwszej raty. Hanuta poszła na wagary, ojciec też. Ruszyliśmy w miasto.

Opisywać nie będę, bo chwile to zbyt piękne i zbyt radosne, by taki tępy łeb jak mój mógł to wyrazić słowem pisanym na komputerze. Skrobne tylko, że mały klubik dla mam na Ursynowie jest fajny, gdyby jeszcze tam się ojciec nie czuł jak intruz, bo jestem przekonany, że wszystkie kobiety z dziećmi w wieku różnym tam przychodzące opowiadają sobie o jednym: czego jej facet z dzieckiem nie chce robić... ;-). Za to Hanka zachwyciła mnie tam raz pierwszy i nie ostatni tego dnia zamawiając mi herbatę z pomarańczą i cynamonem a sobie loda waniliowego.

Hania, Nowy Świat

Ruszyliśmy też na Nowy Świat, gdzie świąteczne światełka pierwszy (no może drugi...) raz w życiu mnie zachwyciły, a nie rozczarowały. Pewnym zgrzytem była zbyt gorąca czekolada, co zakończyło się piciem wody w samochodzie, jednak czyszczenie świetlistej fontanny ze śniegu na samym środku placu Trzech Krzyży i jazda w te i z powrotem metrem po stacjach ursynowskich wynagradzają wszystko.

Dziecko wróciło do domu z rumieńcami, ojciec też. I w wannie Hanuta przedłużyła wspaniałomyślnie naszą umowę. Za kolejne siedem dni wypłata drugiej raty - konie na śniegu. Obiecać i dotrzymac słowa - bezcenne, naprawdę. A do tego oszczędzać na praniu majtek - mądre!

 

16:18, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010

Dwa razy z rzędu nie wytrzymała. Raz podobno ze spaceru jak wracała i nie zdążyła - w sumie nie dziwię się - ściagnąć spodni zimowych. Drugi raz podobno rajstop nie zdążyła zdjąć już w toalecie. Anyway - dwa razy niosła foliową torebkę moczem pachnącą do domu, a ja zagryzałem wargę i język, żeby jej nie dogadać, bo nie można przecież...

Dumny jestem przeźliwie z siebie, że zamiast rynąć, wypomnieć, albo strzelić nadludzkiego focha, wykazałem się ugodowym charakterkiem i zaproponowałem układ. Układ mianowicie polega z jednej strony na nie-sikaniu, z drugiej już nie na dawaniu czekolady z jaja niespodziewanego, bo to najwyraźniej moc czynienia dobra zatraciło, ale na dawaniu swojego czasu, co jak rozumiecie doskonale ma obustronne korzyści nie do przecenienia. Otóż obiecałem zasikanemu "przez przypadek tato" Hanutkowi, że jak kilka dni z rzędu nie będzie majtek nieść w torebce, to spędzamy czas tylko ona i ja, sam na sam, gdzieś daleko od domu. Dziecko moje ponad czteroletnie wykazało się zrozumieniem i propozycję zaakceptowało, z należytymi jednak jej temperamentowi warunkami.

Hania

Mianowicie dni tych bezsiuśkowych ma być tylko pięć z rzędu, a potem wypłata następuje zawarta układem, dalej kolejne pięć dni i znów wypłata, wreszcie po kolejnych pięciu dniach wypłata trzeciej transzy. Ni mniej ni więcej zapewniła mi weekendową rozrywkę ze sobą w trzy kolejne weekendy.

Opracowała też grafik. Pierwsza wypłata obejmuje wyjazd do miasta. Miasto wymyśliłem ja i miałem na myśli Kraków lub co najmniej Kazimierz, choć najchętniej Poznań, ale wychodzi na to, że ma być to bliższe miasto, byleby tramwaje były. W drugiej części płatności mają się pojawić konie, z silnym wskazaniem na pewną gwiazdę filmową w ciapki. A w trzeciej transzy jezioro. Mam wątpliwości, czy Hanuta nie domaga się jeziora w strojach slipkowych, ale spróbuję wyłuszczyć zagadnienie lodu i temperatury w okolicach zera.

Umowa stoi i się wypełnia. Dziś pierwsze słowo do ojca w przedszkolu brzmiało (moje ulubione): SPÓJRZ! Spojrzałem, majtki suche. Odliczanie rozpoczęte.