Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ
czwartek, 28 stycznia 2010

Kochająca Rodzicielska Rada od Temperatury i Womitów (KRRiTW) ogłasza 3 stopień zagrożenia chorobowego w pięciostopniowej skali. Wystąpiły bowiem objawy pojedyncze, za to stany alarmowe zostały przekroczone znacznie, nie pamiętają bowiem członkowie Rady, aby którekolwiek z objętych opieką dzieci miało w tyłku 39,8 st. Celsjusza.

Niniejszym zawiadamia się, że wszelkie imprezy towarzyszące zostały odwołane, z najważniejszych wymienić należy odłożoną o miesiąc już cały koronację 1 roku dziecięcego, która to uroczystość nie odbyła się 1.1.10 z racji eksploracji mazurskich krain, a zaplanowana była na 31.01.10 (prezenty juz zakupione przyjmiemy w każdej formie i każdym innym terminie).

Nie odbędzie się także eksploracja żłobka, zaplanowana na brzydko pisząc dzień jutrzejszy, gdyż z dniem dzisiejszym wszystko szlag trafiło. Z faktów dodatkowych dziecko mniejsze Majtkiem zwane zachowuje pogodę ducha - o czym miło donieść Radzie - żeby nie rzec humor iście karnawałowy, czopka przeciwgorączkowego wydaliła, w łóżku - gdzie miała gorączkę przespać zgodnie z zaleceniem Rady - tańcuje od godziny, łeb jednak się już trochę ostudził, łapy zaś ciągle w gębie co dwie teorie szanownej Radzie nasuwają: infekcja porotawirusowa (normalna zdaniem ekspertów przy tak wielkim osłabieniu organizmu) i ząbkowanie (normalna w wieku lat 1 i 1 miesiąc).

Podsumowując zatem już powoli jednego członka rady urlop miesięczny zwany potocznie tacierzyńskim można spuentować: katar-rotawirus-katar z gorączką. Zarządzamy zatem przerwę w obradach Rady i oczekujemy na zjawienie się Komisji Śledczej od spraw dobrego wychowywania i opieki nad dziećmi, która po wyłonieniu przewodniczącego zacznie przesłuchiwać ojca, aby móc z pełną stanowczością zakomunikować światu, że mamy:

AFERĘ GORĄCZKOWĄ.

wtorek, 26 stycznia 2010

Rany Julek jaka to była upojnie piękna noc! Wrócilim nie w końcu z tak dalekiej wyprawy, do nie tak w końcu obcych osób, i nie tak w końcu skrajnie wyczerpani, a jednak młodsze dziecko Majtkiem zwane, dało mową ciała do zrozumienia, że jest skonana, co na karb przebytej (z drżeniem to piszę w czasie przeszłym) choroby zwalić trzeba.

Majka

Poszła spać o 20, a ja spodziewając się jak co wieczór punktu programu stałego, zrezygnowałem z Australian Open i walnąłem się do wyra, wiedząc, co mnie czeka - gdy tylko jedna oko się zamknie, do pierwszego ucha dotrze jęk, wywołany nie wiemy czym i nie wiemy po co, jęk nieustający i prawie nigdy nie będący jękiem pojedynczym, za to - do jasnej cholery! - będący jękiem powtarzalnym.
Rano z Najwspanialszą Matką Globy zerknelim na siebie zapuchniętymi twarzami i padło niemal jednocześnie te same pytanie:

"Ile razy do niej wstawałaś/łeś?"

Gdy wybrzmiała odpowiedź (ANI RAZU) poderwalim się ze szczęścia, skacząc po łóżku obudziliśmy śpiącą obok starszą córę Hantkiem zwaną, która z racji zaraźliwego zaraza mniejszej spała z nami w pokoju w łóżku turystycznym. Od 20 do 8, dwanaście godzin non-stop, bez przerw, bez jęków, bez karmienia, bez pojenia, bez womitowania!

Ale to był tylko raz. Tylko błysk, tylko iskra, tylko jedna strzelona bramka w przegranym 1:4 meczu, tylko jeden łyk wybornego wina, kiedy organizm pragnie flaszkę całą + jeszcze pół. Następnej nocy wszystko wróciło do straszliwej normy. Spanie jak zwykle rozpoczęte bezproblemowo, bo zęby już na mój móżdżek nie doskwierają tak mocno, katar - pozostałość porotawirusowa - też nie, trwa dwie bite godziny, a od ok. 23 zaczynają się cyrki w mało rozrywkowym tego słowa znaczeniu. Co kwadrans, pół godziny, 45 minut to już jak zbawienie, rozlega się jęk. Jęk artykułowany niemal przez sen, z zamkniętymi gałami, czasem nawet bez odpuszczenia smoczka, za to nie do zignorowania.

Wytłumaczenia są dwa, przy czym to drugie - niestety - bardziej przekonywujące. Pierwsze: głodna jest, bo ciągle, mimo że womity zostały już tylko (mam nadzieję) nędznym wspomnieniem, nie je normalnie, dietę jej trzymamy, mleko na noc pije rozwodnione i nie napycha się jak wcześniej, co też jęczącymi awanturami za dnia nawet owocuje.
A druga teoria jest taka, że piekielna, ordynarna i nieapetyczna choroba zostawia ślad także w charakterze, kiedy każdy jęk dla rodzica oznacza "może zwymiotować", albo "może znowu wystrzelił jej z tyłka gejzer", więc niech spróbuje któryś nie polecieć w te pędy do jęczącego dziecka. Tyle, że choroba poszła w cholerę, a jęk - jako świetny pomysł na komunikowanie się - pozostał. Komunikatora owego Majka używa namiętnie, chętniej do NMG, mniej chętnie do mnie, za dnia i za nocy, kiedy jedyną potrzebą może być przewrót na bok.

Hanka

Co gorsza do jęków doszlusowałą starsza pociecha Hantkiem zwana, która też przez rotawirusową chorobę siostry jak mniemam się odmieniła lekko i próbuje zaangażowanych mocniej w uciszanie Majtka rodziców do pionu przywołać i swoją osobą zaciekawić. Na szczęście wyrosła już z totalnego buntu, rzucania się na podłogę, okaleczania i darcia "nie", za to ćwiczy... jęczenie. Mazgaji się, pochlipuje, jak aktorka wybucha łzami, najczęściej przetykanymi "Ale ja wam chcę coś powiedzieć". Szloch mija w trzy sekundy po ustaniu powodu, lub po - tak, niestety - szantażu w postaci straszenia, że nie pójdzie do przedszkola.

Skaranie boskie, następny tacierzyński (nadal twierdzę, że mógłbym to robić zawsze i wcale mnie do roboty - co wyrokowali niektórzy - nie ciągnie) zaplanuję sobie jednak, kiedy obie już będą przesypiały 10 godzin ciurkiem w nocy. Wtedy to będzie tacierzyński urlop wypoczynkowy, anie bezsenny.

Dobra, lecę, bo jęczą. Jedna pewnie znó głodna, a druga na wszelki wypadek krzyczy, że nie chce.

niedziela, 24 stycznia 2010

Niemal dokładnie równo tydzień temu o tej porze dziecko po szaleńczych podskokach zaczęło womitować rotawirusem. Życie to jednak pudełko czekoladek z nadzieniem - dziś to smaczniejsze. O godz. 20.07 Majka zdjęła kapcie i ruszyła.

Normalnie ta dieta antyrotawirusowa czyni cuda. Tym samym Majka oficjalnie wyprzedziła w umiejętności chodzenia Hankę o 2 miesiące. Co oczywiście guzik oznacza, a dla mnie - co wiecie doskonale - nie ma kompletnie wartości oceniającej. I tak obie będą świetnie grały w tenisa. :-)

piątek, 22 stycznia 2010

Dylemat jest podwójny, bo z jednej mańki ojciec uchachany po pachy, że normalna zima jest i mróz jest, i zaraza wije się i kona w spazmach, a z drugiej chciałby, żeby ta wirusowa zagłada trwała jednak przy zachowaniu minimum humanitarnych warunków, czyli odpowiednich dla dobrego samopoczucia ludzi. W nocy to niech i minus 20 sieknie, ale w dzień ma się dać wyjść z dzieckiem. I dziś było takie pod stolicą zjawisko, że nie wiadomo było jak rozsądzić, czy granica przekroczona jest, czy nie.

Hania Raj

Na termometrze od strony północnej, czyli zacienionej, od rana jak wół minus 11. Ale to i oszustwo, bo aparatura pomiarowa na oknie zawieszona, więc jakąś tam ciepłotę mieszkania wychwytuje niechybnie. Najwspanialsza Matka Globu została więc poleceniem obarczona sprawdzeniem wskazania na niemieckim temperaturometrze w samochodzie. Minus 13. No jasna niebieska, jak mówią klasycy! A potem wyszło od mańki południowej słońce i przez szybę bił gorąc i sople zaczęły kapać. I zdurnieliśmy z Majką doszczętnie. Opieka została cofnięta i tak koło południa ojciec dotarł bowiem w jaźni swej do decyzji, że wyjdzie z młodszą po starszą do przedszkola, chyba że o 15, kiedy termin nadejdzie, kapać z sopli przestanie. Nie przestało.

Ile? Ile ma być tak naprawdę, żeby z dzieckiem nie wyjść? I jakie ma to przełożenie na wiek? Jest jakaś krzywa, jakaś funkcja, która pokaże na osi "x" liczbę lat co do miesiąca, na osi "y" Celsjusze co do stopnia, a na osi "z" czas spędzony na mrozie?
W przedszkolu granica to minus 5. Poniżej dzieci nie wychodzą (wiek 3-5). Ale jak jest słońce i minus 6 to też nie? Czy jeden stopień robi różnicę, a jeśli nie to czy dwa robią? No bo cztery już tak, w końcu minus 9 to już nie przelewki. Ale jakim cudem topnieje lód przy minus 13? Czy mam w takim razie chodzić tylko nasłonecznionymi ścieżkami?

Maja i Hania Raj

Ponieważ ma być poniżej (w dzień) minus 10 do piątku następnego co najmniej, stworzyłem na swój użytek tabelkę, kiedy mogę wychodzić, ale z racji dziwnych zjawisk pogodowych po obu stronach mieszkania naszego różnych, zastrzegam sobie zmiany:

Temperatura

Wiatr

Słońce

Zdrowie

Na ile?

0 do - 5

słaby

bez znaczenia

tylko katar

1 godz.

- 5 do - 8

brak

bez znaczenia

nic nie dolega

0,5 godz.

- 8 do - 10

brak

jest

nic nie dolega

0,5 godz.

-10 do - 12

brak

jest

nic nie dolega

max 15 minut

czwartek, 21 stycznia 2010

Wyszła ostatnia, ale mówiła pierwsza. Kicnęła prezentując błękitną spódniczkę i chustę a'la skaut. Dziarsko chwyciła mikrofon i wyrecytowała głosem nie znoszącym załamania:

"Witam miłych gości, na lewo i na prawo,
jesli wam się spodobało to bijcie mi brawo"

Tylko tyle ojciec gotów była zapamiętać, potem były liczne pieśni okolicznościowe, babcia się poryczała, a na grande finale odtańcowana została makarena. Było wspaniale. Podobno, bo nie widziałem.

Hania Raj

W tym czasie bowiem dziecko młodsze swój spektakl miało. Mianowicie zakrzyknę w tym miejscu - nigdy nie piszcie po dobie bez womitowania, żeście pokonali wirusa, bo ten czai się w jelitach i potrafi na słuch o tym wypełznąć i zaatakować ponownie. Tak było. Wieczorem, po półtorej doby spokoju zaczęły się amoniakowe beknięcia, potem dwa hafty przy wybitnym humorze, ciężka noc z kupami i rano szok - dziecko było zgaszone, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie miała siły, nie miała ochoty, jęczała na rękach i po godzinie poszła znów spać. Tak źle nie czuła się w rocznym życiu jeszcze nigdy, nawet gdy z zapaleniem płuc jako trzytygodniowy bobas jechała do szpitala. Nigdy. Dlatego wezwaliśmy lekarza.

Choć ogłosiłem się samozwańczo lat kilka temu ekspertem i wszech-wiedzę posiadającym specjalistą od walki z rotawirusami, to jednak i tym razem czegoś się nauczyłem. Po pierwsze - nim ogłosisz zwycięstwo i mlekiem nawet rozcieńczonym je uczcisz, to puknij się w głowę trzy razy co trzy godziny przez trzy dni. Po drugie - ten lek co powstrzymuje i zatyka kranik dolny zwalcza się z tym lekiem, który zapobiega wylewom górnym. Dawanie ich po sobie jest bez sensu. Po trzecie - Majka pierwszy raz w swoim życiu je ze słoików gotowe żarcie dla niemowląt. I po ostatnie. Pierwszy raz w swoim 33 letnim żywocie marnym widziałem dziecko płaczące z głodu i wpadające w histerię śmiechu na widok płatków ryżowych z marchwią.

Losowi dzięki, że je i chce jeść i pije. Bo z Hanią było tak, że zwracała każdą płaską łyżeczkę picia. Przed Majką trzeba chowac żarcie. I wszystko co żarcie może przypominać.
Diagnoza: brak oznak odwodnienia, rotawirus, bo to sezon nań podobno, dieta ścisła i leki przez tydzień z okładem. To będzie ciężki czas dla takiego obżartucha.

wtorek, 19 stycznia 2010

Właśnie tak: nie płacze, tylko ryczy. Wyje - ostatnio jeden z moich ulubionych wyrazów - jęczy i męczy. Sytuacja jest niewygodna, przykra, co tu dużo gadać niezręczna. Najwspanialsza Matka Globu wróciła do pracy, raptem dwa tygodnie i już jej dziecko nie poznaje?

Niestety nie w tym tkwi problem, kłopot i zagadka cała. Mianowicie teoria moja, niekoniecznie słuszna, bo w chorym i przemęczonym mózgu zrodzona, jest taka, że dziecko mimo całej do mnie swej miłości, nie ma ze mną lekko i na matce próbuje sobie pewne rzeczy odbić w niej upatrując ostatniej deski ratunku i przyzwolenia do głupot robienia. Ja na ten przykład dzieciaka nie noszę bez powodu na rękach, choć ściskami i całuję przy byle okazji, nie zajmuję się nia non-stop, pozwalam, a nawet wymagam, żeby zajęła się w swoim rocznym dostojnym wieku sama sobą, co na okoliczność tej pisaniny właśnie robi (klocki wpadają do wiadra na dywanie od 15 minut, a potem łup - i już kilkadziesiąt płyt cd do nich dołącza - i mam spokój!). Potrafię też powiedzieć nie, kiedy jęczy, że czegoś chce, a jest to np. wleźć do kosza na śmieci.

Oczywiście, nie piszę, że NMG na to pozwala, kto tak zrozumiał, ten debila miano może przybrać. To przejaskrawienie blogowe. Ale generalnością jest, że na więcej NMG pozwala i dała się trochę małej terrorystce owinąć wokół palca. Tym bardziej teraz trudno jej samej odmowić, kiedy jest całodzienna rozłąka i choroba. Albo to minie, albo się nasili do takiego stanu, że wieku lat trzech nas ukatrupi, bo zupa będzie za słona.

PS: A na poważniej - choroba za to mija chyba już (z wielką nieśmiałością trzeba takie rzeczy pisać). Niemniej ostatni womit dobę temu (jest 13.20). Apetyt super, humor wyborny, gorączki wciąż brak, sen... no właśnie. Wczoraj w ciągu dnia odespała zarazę - 6 godzin bez ani jednego kwęknięcia! A w nocy co godzinę jęk i wycie. Może dlatego, że wiedziała, że w pokoju obok czuwa NMG? :-)

UPDATE 21. NMG wróciła, a najmłodsza przywitała ją dwoma womitami - kolacją z papki ryzowo-marchwiowej (tej samej co na wideo) + mlekiem. Ot, urlop.

13:48, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010

Katar niestraszny, ból ucha też nie, ani kaszel - phi, gorączka nie powstrzyma nawet. Jedzenia. Ale jakieś wirusowe badziewie, które zamienia brzuch rocznego dziecka w gar śmierdzących wywarów a'la z kuchni Gargamela - niestety tak.

rotawirus, Majka

Majtka dopadła choroba dla niej najgorsza, bo związana z brakiem możliwości konsumowania. W sobotę o 22 wyhaftowała przez sen, potem dorzuciła dwa womity już na pusto niemal. Przez chwilę, mieliśmy głupią nadzieję, że skradła gdzieś chipsy z ostrą papryką i ją wreszcie coś z jadłospisu pogoniło, ale w miarę rozwoju docierało nieuchronne - cholerna zaraza.
A już gdy nam się wydawało w niedzielę, że po serii lekarstw brzuch mających uspokoić i strumień dolny wyhamować, jest lepiej, po kąpieli zrobiła powtórkę z mało radosnej rozrywki.

Najśmieszniejsze i jednak kojące, że w przerwach dość długich między womitowaniem Majtka gęba nie przestaje rozszerzać się w spazmatycznym uśmiechu, co wygląda miejscami drastycznie, gdy z brody kapie jeszcze żółć a szęść zębów staje na baczność. Teraz też - po kleiku marchwiowo-ryżowym humor wyborny, a ja czekam na ewentualne objawy fermentacji z pieluchami i chustkami w pogotowiu.

Zaczynają się one od beknięcia, które zapełnia mieszkanie fetorem amoniaku czy innej siary tak silnym, że skręca zdrowych do mdłości. Potem leci z dziur obu przez godzinę-dwie. A potem jest dylemat - dać coś na bolące, wydzierające się wciąż z dziąseł zęby, czy nie ryzykować dodatkową eksplozją brzucha? W nocy nie daliśmy i co godzina była pobudka, na szczęście bez womitu. Ot, wybory życiowe.

14:03, bartosz.raj , Poważnie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010

Szczeście wielkie naszej rodziny udziałem jest takie, że starsza córka Hantkiem zwana nie dostała na razie focha permanentnego, trwającego dłużej niż w skali życia i historii jeno chwilę. Miewa jak każde dziecię humory, miała też bunt trzylatka, który się sinusoidalnie nałożył z falą uczuć względem młodszego brzdąca Majtkiem zwanego, ale te fanaberie mijają, miast się utrwalać i pogłębiać i chorobowych znamion zyskiwać. I to w miarę szybko.

Kilka przeszło, teraz mamy zatem kolejne.

1) foch "nie chcę jeść" - minął
2) foch "jestem zła, zwróćcie na mnie uwagę" - minął
3) foch "to moje" - minął
4) foch "nie, nie, nie" - minął
5) foch "ale ja chcę" - trwa
6) foch "płaczę, przytulcie mnie" - trwa.

Generalnie to historia jest taka, że ojciec raz nie wytrzymał i powiedział "w tym domu nie mówi się nie". Potem dziecko rozpowiedziało w rodzinie i się zaczęły podśmiewajki, że ojciec terror w domu wprowadza. No to teraz bedą podejrzenia o eksterminację, bo na ostatniej nasiadówie z babcią takie oto dialogi się rozeszły, że nieświadoma opiekunka powiedziała coś a'la "ale ja zaraz...". I usłyszała:

"Babciu, ale w tym domu nie mówi się "ale"".

Święta prawda. Wiedząc, że z "nie" poskutkowało, któregoś razu powiedziałem, że w tym domu nie mówi się też "ale", w kontekście "ale ja chcę". Stało się to ostatnio zmorą, fochem, humorem. Tym gorszym, jeśli jest w połączeniu z fochem "biorę was na litość" np. "Ale ja chcę się jeszcze do ciebie przytulić" - w odpowiedzi na nakaz pójścia do wanny.
Czy dziecko zakaz respektuje? Aby zobrazować o co mnie chodzi film zapodałem (kto nie ma aktorskich talentów widać od razu...), a żeby udowodnić, że do końca nie zwariowaliśmy cytuję wypowiedź mojej córki prosto z wanny:

"A jutro pojadę do babci i babcia mi pozwoliła mówić w tym domu "ale" a jutro mi pozwoli też mówić w tym domu "nie"".

I weź tu się bierz za wychowanie.

PS: Majtek drugi dzień z żłobku. Było jak za pierwszym razem + dwa razy dłużej, spanie i dwa pulpety rybne na odchodne. Jak tak dalej pójdzie to ja się na tacierzyńskim zanudzę, a żłobek pójdzie z torbami niedoszacowując kosztów żarła. A kupa była taka, że pielucha nie dała rady...

środa, 13 stycznia 2010

Zapowiadany wielki dzień nastąpił. Przeżycie niewątpliwe. Tylko większe emocje targają starymi i głupimi niż dzieckiem samym, tak sądzę. I nawet ja, który luźno do takich spraw - wydawało mi się - podchodzę, jestem lekko zdziwiony. Ale nie niezapokojony, zdumiony.

Majka, żłobek

Majtek poszła do żłobka. Na nauki przedżłobkowe, bo regularny sezon zaczyna 1 marca. Poszła i została. Nie tak miało być. Planowo to miał być wypad z tatą dla urozmaicenia jego urlopu. Zamiast spaceru hop-siup na godzinkę i do domu na obiad. A zamiast tego hop-siup zrobiło się wielkie SIUP, bo po pierwsze dziecko w progu poszło na ręce już nie do całkiem obcej ciotki, ryknęło raz ostrzegawczo, a potem zamilkło. Już w "pomieszczeniach edukacyjnych" przestała mnie dostrzegać, jeno ze zdziwieniem patrzyła na czwórkę współkamratów, którzy się na mnie gapili, a ja sobie kawkę strzeliłem. A co!

A potem poszedłem. Znaczy się wyszedłem. Opuściłem przybytek. Nawet mnie specjalnie namawiać nie musieli, ale dali do zrozumienia, że nie mają gdzie mnie umieścić, żebym dziecku w zabawie nie przeszkadzał. I nie wiedziałem co ze sobą zrobić, Najwspanialsza Matka Globu przez słuchawkę brzmiała lekko nietęgo usłyszawszy nowinę, babka, do której dla zabicia czasu postanowiłem nalot zrobić celem drugiej kawy spożycia spytała czy dziecko śpi w samochodzie, a słysząc odpowiedź, że nie - że je obiad w żłobku - zerknęła na mnie trochę jakby miała powiedzieć "synek, nie tak cię wychowywałam, żebyś ty własne dzieci porzucał".

Wróciłem, dziecko rozpłakało się, jak mnie zobaczyło, myślałem, że się skarży, ale teraz wiem, że znienawidziła mnie, że tak szybko wróciłem. Dostała buzi, skradła biszkopta (zdj. nr 1) i z ryjem uśmiechniętym od ucha do ucha pojechała do domu. "Odpoczniesz" - ćwierkałem - "zaśniesz" - uspokajałem, "już jedziemy lulu" - mamrotałem (zaklinanie snu - zdj. nr 2).

Majka, żłobek

Byłem na 100 proc pewien, że zgaśnie w aucie. Na 200 proc. przekonany, że po lekkim deserku padnie w łóżku. Na 300 proc. obiecywałem sobie, że co jak co, ale na lekkim mrozie, na spacerze padnie w 5 minut. Dupa, dupa, dupa. Jeszcze nigdy dziecko nie było tak odporne na sen jak dziś po powrocie ze żłobka. Zresztą zobaczcie na poniższym filmie - godzina 13.30, normalnie to już jest godzinę lub nawet dwie po pobudce, a jeśli wciąż przed snem, to chodzi na rzęsach zębami się podpierając. A teraz...:

Zasnęła wreszcie po godzinie dworu, kiedy na sposób się wziąłem i zmusiłem ją do zamknięcia gał kierując wózek w stronę słońca (zdj. nr 3).
Ot, tak po prostu właśnie żłobek rozwalił mi schemat dnia. A w piątek idziemy tam znów, nie ma taryfy ulgowej (dla ojca). Zatem niech sobie już sami tam usypiają, ja pojadę na kawkę. W końcu urlop mam, nie?

majka, hanka, żłobek

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Napiszę coś tak oczywistego, że się sam od tego zawstydzę. Od 4 stycznia do 11 stycznia, czyli jak nie liczyć tydzień jeden, siedzę z dzieckiem moim młodszym i dopiero przez te siedem dni dotarło do tej durnej łepetyny i piętnem się wyryło na wyprostowanych zwojach mózgowych, że to dziecko naprawdę mam, i że to więcej szczęścia niż zachodu, i nawet po tym czasie nocne wstawanie smakuje nieco inaczej.

Majka Raj

Jednak jak się przez rok cały łaziło do roboty wiedząc, że tyły - w postaci Najwspanialszej Matki Globu - zostały zabezpieczone, to inaczej się do tego dziecka podchodziło. A jak się je ma na wyłączność, niemal na 24 godziny na dobę (bo małżonka teraz jak zaśnie to ho-ho-ho...), to się je zupełnie inaczej zaczyna widzieć. No dobra - chcę po prostu napisać, że po tygodniu dziecko zaczęło mnie kochać i nie jest już tylko "mama, mama", ale dzika radość na widok ojca też jest. I to po pięciu minutach rozłąki.

A przykład jest choćby z wczoraj. Zasypało nas. NMG żeby do pracy wysłać to trzeba było łopatą trochę wieczorem popracować. Wyszedłem z domu o 21, kiedy obie dzieci już spały. Gdy wróciłem o 22 w drzwiach przywitała mnie młodsza, skandująca "tata, tata" - uśmiechnięta od ucha do ucha, z balonem w dłoniach, po chwili zapchana ogórkami też w paszczy. Impreza z podskokami, kilkoma krokami, śpiewami i tańcami trwała do 23. Nie mam wątpliwości, że nie chciała spać, bez czułego (jak robi też w wannie), przytulenia się do kochanego ojca.

Maja Raj

Więcej - po tygodniu doskonale się też rozumiemy. Idziemy po gazetę do sklepu. Ona nie wytrzymuje i zasypia. Potem w domu śpi trzy godziny przy otwartym oknie, płacąc cenę za nocne balangi. A ojciec w tym czasie czyta gazetę, pije kawę i bloga pisze. Kochane dziecko, prawda?

PS: Na zdjęciach: Właśnie wstała.

piątek, 08 stycznia 2010

W piątej klasie podstawówki zdążyłem przyswoić szarikowajaawtarućka i wyjechać z Polski na przełomie systemów, tak więc jak wróciłem w ósmej klasie nauczycielstwo na szczęście (?) nie kazało mi repetować trzech lat języka rosyjskiego. Do dziś poza tradycyjnym spasiba umiem jeno kanikuły, cwiety i wspomnianego szarika, tylko dlatego, że przyswoiłem, że to pies o imieniu Kulka.

W tzw. międzyczasie do perfekcji opanowałem język, który na światowej liście popularności nigdy nie był w Top 10, za to słynie z hokeistów z godłem trzech koron i hymn zaczyna się od słów Du gamla, du fria, dy fjaelhega nord - za pisownię po 20 latach nie odpowiadam niestety.

W liceum nastąpiła zemsta nieistniejącego już Kraju Rad. Przekwalifikowana pani Wiera zaczęła uczyć ze słownikiem języka angielskiego przyszły kwiat narodu polskiego, demokratycznego. Po roku wspólnej edukacji odstąpiła ciężko chora a zastąpił ją pan a'la Radek Sikorski, który więcej opowiadał po polsku o Empire Stade Building ("byłem, widziałem, Ameryka, zazdroście mi") niż uczył angielskiego. Zapamiętałem lekcję, na której tłumaczył, dlaczego raz się idzie do cinema na movie, a raz na film. Oczywiście jego zdaniem szło się na film. A potem znikł.

Ja w tym czasie języka, którego oni nie potrafili nauczyłem się poza szkołą, a przy okazji zapałałem miłością do jednego z klubów z Manchesteru i tamtejszej muzyki, olewając ten drugi i jego wyniki.

Na nieszczęście szkoła ta moja miała ambicje bycia w jakiś rankingach i uczyła też w ramach programu, co wtedy oczywiste nie było, języka niemieckiego. Pierwszym nauczycielem była wspomniana pani Wiera, po pół roku zastąpiła ją pani dojeżdżająca każdego dnia z Łodzi i zapewne z racji wczesnej pory wstawania oszalała, czego dowodem było wyproszenie uczniów z klasy z okrzykiem "nie wszystko złoto co się świeci" - po polsku - kiedy uznaliśmy, że piątek godz. 21 to na wigilię z panią od niemieckiego pora zbyt obcesowa.
Zastąpił ja pan też z Łodzi i jego szaleństwo objawiło się w postaci obklejenia dziennika różnymi cyferkami i samoprzylepami, co inni nauczyciele zauważyli i chyba uczniów w diagnozie "obłąkanie" poparli. Trzeci nauczyciel przyszedł, trzecią klasę zamknął wstawiając wszystkim dostateczne, co autora załamało, bo średnią zawaliło, więc poszedł na skargę. To mu dali landy do wymienienia i dostał 4.

Niemiecki przyswoiłem z trudem w stopniu ledwo miernym, matura i studia z angielskim już kłopotów podobnych do opisanych wyżej nie nastręczyły, za to pod ich koniec udało się Rajowi wysunąć do kraju, którego język w TOP 20 popularności nawet nigdy nie był, za to słynie z piłkarzy, których nazwiska zaczynają się na Van, a pieniądze ze ściany wychodzą po naciśnięciu geld opname.

I po co ja to wszystko naskrobałem, po co te żale wylewałem i liczyłem sryliardy pieniędzy wydane poza szkołą na języków doszkalanie, ewentualnie chwaląc własną umiejętność zapamiętywania tych spoza kanonu obowiązkowych? Przez maila, który dziś znalazłem w skrzynce. To program JĘZYKA ANGIELSKIEGO W PRZEDSZKOLU DLA MOJEJ HANKI. PROGRAM NA STYCZEŃ...

I tak się zastanawiam, nie rozsądzając, czy to nie jest przegięcie w drugą stronę. Ona ma 3,5 roku!!! Oceńcie sami:

Schedule for January

THEME:

Clothes and weather

AIMS:

To learn words related to clothes and weather

To sing songs for grandparents and understand their meaning

RECYCLED LANGUAGE:

Numbers, Colors, Densel, Lulu, Cookie, Hello, Bye-bye, Toys, Family, Body parts, Face

NEW:

T-shirt, trousers, socks, shoes, jacket, hat, swimsuit

Hot, cold, wind(y), sun(ny), rain(y), umbrella

PASSIVE:

What colour is/are the…?

Put on you shoes/jacket, take off your shoes/jacket,

Green spots,

What is it?

Fashion show,

It’s hot, it’s cold,

SONGS:

Clothes song

Your t-shirt over your tummy

Your t-shirt over your tummy

Ee-ai-adio

Your t-shirt over your tummy

Your trousers on your legs

Your trousers on your legs

Ee-ai-adio

Your trousers on your legs

Your socks on your feet

Your socks on your feet

Ee-ai-adio

Your socks on your feet

Your shoes on your feet

Your shoes on your feet

Ee-ai-adio

Your shoes on your feet

Your jacket over your tummy

Your jacket over your tummy

Ee-ai-adio

Your jacket over your tummy

Your hat on your head

Your hat on your head

Ee-ai-adio

Your hat on your head

Weather song

What do we do when the weather is rainy?

What do we do when the weather is rainy?

What do we do when the weather is rainy?

Put up your umbrella.

What do we do when the weather is cold? (x3)

Put on your hat.

What do we do when the weather is windy? (x3)

Put on your jacket.

What do we do when the weather is sunny? (x3)

Put on your t-shirt.

What do we do when the weather is hot? (x3)

Put on your swimsuit.

...

czwartek, 07 stycznia 2010

Nie jest to dla nikogo, a przynajmniej nie powinien być, dowód, że ojciec jak w domu siedzi i dzieckiem ma się zajmować, to się nie opieprza i dziecko głodne nie chodzi, bo wiedzą dość powszechną jest, że Majka je wszystko co tylko jej nie ucieknie i nie kwiczy straszliwie przy spożywaniu. To tylko wizualizacja wideo najfajniejszego czasu w opiece dziennej nad dzieckiem młodszym, który trwa ok. 35-50 sekund w zależności od ilości żarcia.

Na pierwszym wideo konsumpcję przerwał telefon, bo Najwspanialsza Matka Globu dociekała, czy upichcone przez ojca warzywa na kurze z dodatkiem ziemniaków, kaszy i wody można nazwać krupnikiem i czy zupa dziecku smakowała. Odpowiedziałem nieco ironicznie - a jaka to wszak różnica, czy smakuje? Liczy się efekt końcowy i okrzyk, że mało było.

Z Hanką tak łatwo nie było. Pamiętam jak dziś, jak wytargałem na ogródek krzesełko, na brzozie powywieszałem zabawki i serwowałem ulubioną (i jedyną spożywalną) zupkę/krem risotto brokułowe na króliku ze słoika. Jadła, jadła, po pół godzinie jedno ziarenko było wieksze niż 1/3 milimetra i dziecko wypluło, a potem zwomitowało całą resztę.

Ot, takie tam niewielkie różnice.

środa, 06 stycznia 2010

I żeby nie udawać, że to rubaszno-żartobliwy, żeby nie napisać kpiarski wpis jest, od razu nakręślam dramatyczne tło. A to tło zaczęło się ujawniać tuż po powrocie z przybytku edukacyjnego w postaci huśtawki emocji. Nakręcona panna Hanna latała po domu jak wariatka, co i raz wpadając w skrajne charakteru cechy, jak umiłowanie bliźniego i rodziny swej ponadprzeciętne, po rzucanie się bezładnie na podłogę z powodu ruszenia przez ojca nogą lewą, a nie prawą. Tak dotrwaliśmy (z trudem) do powrotu z roboty Najwspanialszej Matki Globu i starsza nasza uznała, że to doskonały moment, żeby jeszcze raz ustawić mir domowy po swojemu.

duch, Hanka

Znacie takie chwile, więc opisywać nie muszę, skończyło się zatem skrajną histerią i przeciwstawianiem jednego rodzica drugiemu przy udziale ostatnio modnych przed snem sloganów, mianowicie - "Chcę się jeszcze mocno przytulić", "Opowiedz mi coś proszę, ty, nie tata" i "Nie mogę zasnąć" - o tyle trudne przez starszyznę w odbiorze, że tak naprawdę nie dające się zignorować.

W końcu, gdy histeria ustała choć trochę, zasnęła o 21.

Duchy przyszły o 23.41, kiedy kończyła się relacja z 3 etapu Rajdu Dakar w Eurosporcie. Prąd się skończył w lampkach choinkowych, okapie i w telewizorze, zapadła PRL-owska ciemność. Nigdzie się nic nie świeciło, a ci co dwójki dzieci jeszcze nie mają wzięli się do tworzenia życia nowego.
Po północy pstryknęło, światło wróciło, zaraz zgaszone z memłanymi w ustach słowami "teraz, to sobie możesz świecić...". Chwilę potem rozległ się płacz, ale nie mały, picia chcący, ale duży. Wparowałem, a ta rzucała się jak na egzorcyzmach, nogami bijąc w pościel w jakimś pseudonurkowym ruchu. Uspokoiłem, przewaliłem na bok, pogłaskałem dumając, że to wciąż owa histeria się odbija. Pół godziny później przerażone dziecko starsze weszło do nas do pokoju mówiąc:

"NIE MOGĘ ZASNĄĆ. PRZYSZEDŁ DO MNIE DUCH"

NMG zbladła, bo na tego rodzaju horrory niezbyt odporna, ja nie wiedziałem za bardzo czy wykpić, czy zbagatelizować, czy w żart obrócić i między bajki włożyć, zatem postąpiłem wzorcowo, wręcz książkowo - położyliśmy się wszyscy na łóżku twierdząc, że duchów nie ma i że pewnie ci się coś przyśniło. Uspokoiła się na kwadrans. Potem mówi:

"WCIĄŻ SIĘ BOJĘ TEGO DUCHA"

No więc ojciec wziął na ręce i do okna poprowadził, żeby dziecko zobaczyło, że choinki się palą i żadnego ducha nie ma. I tylko zastanawiające, jak wraz ze zbliżaniem się do szyby dziecko sztywniało i zaciskało pętlę na mojej szyi. Wtedy przestałem żartować, że duchy tylko w bajkach, bo strach był mocno odczuwalny.

Rano już, kiedyśmy wszyscy niewyspani zbierali zwłoki, żeby nadać im kształt istot żyjących, dziecko powiedziało o swoim śnie:

"STWÓR PRZYSZEDŁ NA CZERWONYM NIEBIE I TAM BYŁ KWIATEK I TEŻ DUCH".

Jak dla mnie dostatecznie straszne, żeby się zesikać w majtki. Mam nadzieję, że nie jest to koszmar trwały, lecz jednorazowy, bo naprawdę trudno dziecku wytłumaczyć, co to jest duch i dlaczego go nie ma, a przynajmniej być w naszym domu nie powinno. I w brodę sobie pluję, że raz, czy dwa zobaczyła scooby doo, który uciekał przerażony przed duchami. Coś musiało w główce zostać i robi tam teraz niezły bajzel.

16:10, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 stycznia 2010

... czyli najprawdopodobniej najdłuższy tytuł na Ojca Raj w historii. Postaram się zatem, żeby choć treść rekordów nie biła długości, bo i o nudę zahaczy niechybnie. Do meritum zatem.
Śpi a raczej spała jak zabita. Dzień drugi mojego tacierzyńskiego zaczął się bowiem od gorącego postanowienia, że tak dalej być nie może. Że to nie do pomyślenia, żebym się denerwował patrząc na zegarek. Że trzeba zmienić, że trzeba ustawić, że trzeba wprowadzić rytm i spokój. Że tak się nią zajmę, że urośnie ze 20 procent.

Majka spacer

I jak to w reklamie nie wszystko jest tak jak mówią, ale dziś na pewno był dzień zmian. Dziecko wyszło na dwór przed obiadem. O 10.30 w wózku, o 10.45 patrzyła jak ojciec ręką śnieg z auta zgarnia, o 11 już nie patrzyła na nic. O 11.45 po chodnika odśnieżaniu wróciłem do domu uprzednio przygotowanego na tę okoliczność - okno rozwalone na szeroko, kaloryfer skręcony, w pokoju chłodnia. Spała do 13.30. Obiad zjadła zatem półtorej godziny później niż zwykle. Ale... nie zasnęła już (nie zaśnie) przed wyjściem do przedszkola po Hanutę pi razy oko ok. 15.30-16. Zatem są korzyści. Już wyłuszczam.

[Ale wcześniej przypomniało mi się, więc nawias otwieram, jak na nie tak dawnym wyjeździe Najwspanialsza Matka Globu przerażona odliczała minuty snu dziecka, w który to sen popadło pod jej nieobecność. Prawie cztery godziny kimania na orzeźwiającej zamkniętej werandzie mazurskiej. I niepokój - "czemu ona tak długo śpi" i drugi "o której ona zupę zje?". Bo tak jest zawsze - jak nie chce spać, to jest nerw, że coś dolega, boli, albo zaśnie akurat wtedy, kiedy rodzicom pasować to wcale nie będzie. A jak śpi, to albo za długo, albo może chora?]

Nawias zamykam. Tak dalej być nie może, żebym ja się denerował, że dziecko po zupie o 13 kima i czy zdążę do przedszkola, czy budzić będę musiał. To nie na moje nerwy. Zatem dziecko drogie najmłodsze śpisz przed zupą. Potem witasz popołudniowy dzień tradycyjną kupą, i z suchą dupą bawisz się ile chcesz a potem znów wychodzimy. Bez nerw i bez gał tarcia. Taka zmiana.

Zmiany, jak to w reklamie, i jak już tu napisałem, nie zawsze wychodzą. Bo dziwić was może na ten przykład, że z taką dumą obwieszczam wyjście na dwór z dzieckiem o 10.30, kiedy dookoła przeróżne nianie od 8.30 zapierniczają z wózkami. Tak - u nas to jednak wyczyn. Starsza dziś została wyrwana siłą z łóżka po 9-tej i to tylko dlatego, że NMG nie chciała się spóźnić drugiego dnia do pracy. Mała wstała raptem pół godziny wcześniej...
Jak się przez pół roku nie zdąża ANI RAZU na przedszkolne śniadanie o 9, to mogą być kłopoty z wyjściem z domu z młodszą przed 11, prawda?

Hanka i Majka

PS: Dziś o rozciętych wargach nie będzie. Hanka ma wciąż bilans 2 - od ławki i od Majki, Majka ma dziurę w poliku od kota. A ojciec jedną szklankę mniej. Jak na dwa dni - bilans do zniesienia.

poniedziałek, 04 stycznia 2010

Jest i trwa to na co czekałem od wielu, wielu tygodni. Po upojnym Sylwestrze kilkudniowym w mazurskiej głuszy - o pierwszym potrójnym wyjeździe na wakacje z czwórką dzieci napiszę osobno kiedyś - nastał czas NIE na powrót do roboty (tej od zarabiania pieniądzy), ale do roboty domowej (tej od opiekowania się dziećmi). Tak, mam miesiąc urlopu i mam się zająć Majtkiem w czasie, kiedy Najwspanialsza Matka Globu postara się nie zwariować w pracy po roku niebytności.

mazury, ojciec, sam

W sumie nic nowego, bo podobne scenario żeśmy z Hanutkiem rozprawili już raz w 2007 r. Najpierw miesiąc z ojcem, potem z babką, potem żłobek. Ale inaczej, bo trwa zimą 2010. A zimą, jakąkolwiek, są utrudnienia pewne.

Po pierwsze Majka nie jest sama, bo jest już Hanka, która choć dorosła, że ho-ho, to jednak do przedszkola trzeba zaprowadzić i zeń odebrać. Ale są też katary, fluki, gluty i kozy co misterną układankę "o tej tą tu, o tej tamtą tam" psują. Po trzecie - spacery. Wtedy od rana do nocy z przerwą na obiad na ogródku. Teraz co prawda obiad jest jedzony z apetytem (wtedy pluło dziecię starsze), a także dwie butle mleka, biszkopty, deser, krupnik i kotlety z ziemniakami i burakami, ale w zamknięciu. A jedna krótka - po czwarte - drzemka, potrafi plan wyjścia na dwór rozbić. Dziś zamiast 11 zrobiła się 15 i jednoczesna wyprawa do przedszkola. Akurat jak słońce zachodziło, cholera!

mazury, ojciec, sam

Do powyższych mam zamar się przyzwyczaić i usprawnić postępowanie, do jednego nie - kupa. Tylko NMG wyszła, już zaśmierdziało. Potem sen ten popołudniowy przerwał smrodek numer 2. I za każdym razem jak to zimą jest zdejmowania, rozpinania, rozsuwania i podciągania tyle, że potrafi zając dwa dni.

Zdolny zatem jestem, bo z dwójką dzieci obecnie w domu i bez NMG jeszcze napisałem tę notkę (co prawda w tempie ekspresowym). I życzę sobie jeszcze 13 sekund na podpięcie zdjęcia. Zaraz... śmierdzi coś... A nie - to Majka walnęła Hankę domkiem świnki Peppy. To już drgie rozcięcie wargi u starszej pociechy w dniu tzw. dzisiejszym - po zwaleniu się z krzesła w przedszkolu. Jej fizjonomia wygląda jak gęba Gołoty po 30 sekundach.
A ostrzegałem, że Majka wygląda na łobuza i jak tylko wstanie na nogi to wszystkim dowali.

PS: Uprzedzając pytania. Zgodnie z ustawą przynależne jest mi 5 godz. i 9 minut tacierzyńskiego, bo tyle po 1.1.09 urodziła się Majka. Dlatego ten miesiąc jest zwyczajnym, płatnym na szczęście, urlopem wypoczynkowym.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Rok powoli strzela, a ja uzmysłowiłem to sobie, kiedy siostra rodzona sms-em w nocy 27 grudnia powiadomiła, że urodziła syna. I wtedy dotarło, że chłopak jest z rocznika naszej Majtka, różnica między nimi to 360 dni i najpewniej w klasie M. będzie najstarsza, a P. najmłodszy. Tak, już minął rok.

majka, maja,ojciec, raj, dziecko

Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, dziś wracam do tematyki pojawiającej się w okolicach stycznia-lutego 2009, ale zaniechanej z braku celowości. O różnicach między córkami. Wielokrotnie powtarzałem, że nie chodzi o wartościowanie tym porównaniem (gorsza-lepsza), ale pokazanie różnic (ta robi tak, a ta inaczej). I dziś, po świętach, na koniec roku, do owego szukania różnic wracam.

majka, maja,ojciec, raj, dziecko

Szukania to za dużo powiedziane, bo prawda w oczy kole. Hanuta zjadła na wigilii rybę. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, choć nie monitoruję przedszkola. I tak jestem zadowolony, bo je już dużo i różnie i jak jest głodna to się domaga, a kiedyś to karmienie wyglądało bardziej jak tucz gęsi w niehumanitarnych absolutnie niedopuszczalnych warunkach. Ale Hanuta trzyma się zasad. Chleb bez skórki. Ogórek - nie. Sałatki - ble.
Przed Majtkiem trzeba chować. Od zawsze. Je wszystko co nie spieprza i nie piszczy (choć tego drugiego nie próbowała jeszcze). Jadła i sałatkę owocową i sałatkę curry, ryby wszelkiego rodzaju, barszcz też. Naprawdę jest dziwnym uczuciem nie zastanawianie się i potem długie wypełnianie "okna" pt. "zwyczaje żywieniowe" w kwestionariuszu do żłobka. Wpisaliśmy: "je wszystko".

majka, maja,ojciec, raj, dziecko

Druga różnica, która w okolicach świąt się uwidoczniła i jest to pewnego rodzaju nowość, to stosunek rzeczonej Majtek do ludzi obcych, bądź prawie obcych, znaczy mało znanych. Nie ryczy. Nie krzywi się nawet. Z lekka ignoruje lub obdarza uśmiechami spod zagilonego nosa puszczanymi. Jeśli nawet do mojego ojca nie zawyła z przerażenia, to znaczy, że odporność ma wielką, a że ze strachu w majtki nie zrobiła słysząc jazgot tradycyjnie towarzyszący spotkaniom familijnym - to już dowód wielkiej odwagi.
Hanuta w jej wieku z trudem znosiła wycieczkę do sklepu i pamiętam jak zapisałem w ramach terapii częste do ludzi wychodzenie, żeby córki dzikusa nie wychować. Dziś bryluje na salonach, ale nie zawdzięcza tego rodzicielskiej presji, ale samej sobie. Przyszło z czasem i git.

Z czasem i te różnice stracą ważność, poza kronikarską, ale istotne jest i cieszy mnie, że tak się dzieje dziś, że się dziewczyny różnią, bo i ciekawiej, i inaczej, i "niespodziewaniej" jest. Nawet gluty lecą i leczą dziewczyny w odmiennym tempie i sposobie. I to też dobrze.

sobota, 26 grudnia 2009

Nie mam siły pisać. Nie mam siły wstać. Więc siedzę i klepię.
Kocham Majtka. Żre wszystko i wszędzie. A o tym jaki jestem z niej dumny napiszę, jak mi zgaga minie.
Kocham Hantka - też je już normalnie a do tego czaruje wszystkich. Jaki jestem z niej dumny napiszę, jak zgaga minie.
Kocham Najwspanialszą Matkę Globu. Od dzieci nie odstaje, też je wszystko co jej podstawią a do tego gotuje, że ja p... A jaki dumny jestem, że tak dzieci wychowała napiszę, jak zgaga minie.

A teraz zamiast pisania trzy zdjęcia, które pozwoliłem sobie nazwać takimi oto tytułami: 1) Obżeramy się u Rajów, 2) Obżeramy się u Rajów, 3) Obżeramy się u Rajów. Jeszcze tylko jutro się wprosimy do Rajów i będziemy mieli przedłużony weekend świątecznego tuczenia z głowy.

święta

święta

święta

Wierzcie lub nie, ale z tej kabaretowej przypowiastki płynie głęboka prawda - mimo żarcia była fajnie. I o to chodzi.

22:34, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

De ja vu. Albo może lepiej nie. Nie do końca. Raczej taka trzecia droga. Majtek została zapisana do żłobka, jak zwykle w przypadku Rajów w sposób dla mnie osobiście umiłowany i do perfekcji doprowadzony: nagle, znienacka, bez zbytniego, a już na pewno bez długiego, namysłu. Niestety tak samo mam w sklepie, co przed świętami może przynieść zgubę.

majka, hanka, żłobek

Do meritum jednak - tak się już jakoś nam układa, nie poradzę i przepraszać nie mam zamiaru, że jak jest czegoś potrzeba, to to się zjawia i jest. Trzy zdania wymienione z sąsiadami z klatki obok zaowocowały wizytą w domu przeobrażonym na żłobek dla maluchów, godziną rozmów z właścicielką, całusami, zaproszeniem na Wigilię, podpisaną i wypełnioną na kolanie wręcz i w pośpiechu umową. Bo wszystko jest tam na miejscu, dzieci widziałem, polecenie jest, nawet Majtek nie płakała w debiutanckim przemarszowaniu czworakiem przez salę. Mówi się, że ma ręce i nogi. No ma.

Do meritum! (ponownie się przywołuję). To trzecia droga i zarazem zmiana ustalenia wcześniejszego. Majtek miała pójść ścieżką Hanuty - do jej żłobka, do jej cioci, za identyczne co jej czesne (przyznaję, że wysokie nawet jak na okolice W-wy). I to też był jeden z argumentów, bez wstydu przyznam, że ważny. 400 zł w kieszeni, kto pogardzi 10-cioma butelkami w miarę niezłego wina chilijskiego (albo żeby poprawnym politycznie być - 10 paczkami jumbo pieluch). Po drugie -przybytek jest jeszcze bardziej po drodze. Po trzecie - co tu się zastanawiać i wyliczać... Jest normalnie i tyle - małe grupy, dużo kadry i fajny ogród za oknem.

A pamiętacie, że pierwsza droga taka wcale fajna nie była? To znaczy była dopóki się nie skończyła mrożącymi krew w żyłach opowieściami o przyjeżdżających karetkach, oszczędnościach kadrowych i posiłkowych, nie potrafiących biznes-planu porządnie sklecić właścicielami i w efekcie sprzedażą przybytku wraz z dziećmi bez powiadomienia rodziców. Zabraliśmy stamtąd Hanutę i trafiła do żłobka numer 2 - strzał w "10". Tam dostała skrzydeł i języka w gębie.

Tego błędu unikniemy i to jest wiadomość najistotniejsza. Właściciel nie jest debiutantem-eksperymentatorem. Pieniądze ma (posiadłość i pobliskie domostwo o tym świadczą), ma też własne dzieci, a placówkę edukacyjną zaplanował może bez zbytniego rozmachu i przepychu za to z głową i rozumem. Wiem, że to zabrzmi patetycznie, ale tam rodzinnie i swojsko.

majka, hanka, żłobek

Dziś Majtek została formalnie zapisana. Jeszcze o tym cholera nie wie, ale jak mi jeszcze raz przerwie sen w nocy, to jej uzmysłowię, że koniec labyjest bliski - szkoła się zaczyna.
I na tym mej twardości pewnie ojcowskiej styknie, bo zaraz przypomniał żem sobie, jak ciężko było się z Hanką rozstać w 2007 r., kiedy po miesięcznym "tacierzyńskim" oddałem ją w babki panowanie, a potem już wspomnianego żłobka. A w przypadku Majtka ten akurat scenariusz, ta droga, będzie identyczna - najpierw laba z ojcem (miesiąc), potem laba z babką (miesiąc), potem żłobek i tatusiowa chandra.

De ja vu jednak.

sobota, 19 grudnia 2009

Mistrzu złoty - zacznę patetycznie - Ty już drugi rok narzekasz na blogu na święta w mieście i powtarzasz farmazony o ich brzydocie, galeriach handlowych, pędzie i jodłach za pierdziliard złotych. A od kiedy Cię znam, to świąt w W-wie i okolicach nie spędziłeś. Może dlatego pamiętasz tylko PRZEDświąteczne mordowanie?

A ganiać nie trzeba, jak się ma z góry upatrzone pozycje. Takie miejsce na przykład, gdzie nikt siekierą choinek nie traktuje (do cholery!), ale co najwyżej raz na rok do większej donicy wkłada. I pewnie, że wielkomiejsko traktuję obowiązek ściągnięcia kolejnego drzewa na święta, skoro sześć starszych jego braci rośnie (i aktualnie też świeci) po obu stronach domostwa, ale jak tradycja, to tradycja - poza tym lubię, nawet w Warszawie i okolicach. I kropka. [a najbardziej wiodące do nich kocie tropy - na zdj.]

choiny, lampki

Więc po mleku i miodzie i kilku gramach rannych fochów, opatuleni jak przystało na mieszczuchów przy minus 15 Celsjusza pojechaliśmy z córą starszą zgazowanym autem kombi w to miejsce, gdzie rok wstecz pamiętam doskonale choiny kładły się przed mymi oczami aż po horyzont. I dopiero będąc u celu, trochę Cię mistrzu złoty zaczałem zacytować (kur...) z innego wpisu.

Na środku wyziębionego placu wkitrane jedna w drugą stało kilkanaście choin wyglądających, że pożal się Boże. No może to określenie - "wyglądających" - padło dopiero po chwili, bo na pierwszy rzut gał mych to nie było widać drzew wcale. Przykryte były metrem zamarzniętego śniegu. Załamałem ręce, spuściłem nos i rzekłem: - Hanka, wybieraj. Obojętnie którą. Która ci się podoba?

Hanuta, Majtek, raj

Dziecko przy minus 15 zachowało sprawniejszy nurt krwi przepływającej przez mózg, bo z dezaprobatą odparło: - Tato, przecież nic nie widać. Trzeba potrzepać.
Po czym zaczęła kozakami kopać i rękawicami drapać. Załamałem ręce po raz drugi i rad, czy też nie rad podszedłem do pierwszego kikuta, chwyciłem za lód i chciałem przechylić, żeby strącić śnieg. Ale donica przywarła do ziemi całymi 20 kilogramami zmarzniętej gleby i lodu i ani, ani rusz.
Walczyłem pół godziny, w tym czasie odkopałem pięć choin. Jedna brzydsza od drugiej - gruba, sucha, badyl, bezzapachowa i potargana.  - Wybieraj - powtórzyłem rozpaczliwie zniechęcony do końca widokiem "obsługi" klepiącej się "na misia" z dala od nas, żeby mi czasem nie przyszło do głowy o pomoc prosić.

Ku mej rozpaczy dziecko odmówiło współpracy i włażąc w największą zaspę pokazała na czubek czegoś, co równie dobrze mogło skrywać Pałac Kultury i Nauki. - Może ta? Tak, ta będzie dobra, tata!
Mijała pierwsza godzina pobytu na targu choin, a ja w bezrękawniku, żeby wygodniej było wielkomiejsko dupę autem wozić... Wtedy wreszcie mi się udało iglaka wskazanego spod śniegu wykaraskać.
I znów mistrzu cię zacytowałem (kur...). Drapak pokiereszowany, ciężki jak cholera. Wyzbyty uczuć zawołałem "pomocy", patrzyłem z zamarzającymi łzami jak pakowana w siatę choina pęka na mrozie niczym sucha trzcina, zniechęcony otworzyłem bagażnik licząc jednak na wspólne w niedoli z owym facetem "na misia" wtarganie jej do auta, ale pan już zmarzł, więc pierdyknął drzewem o ziemię, doniczka pękła z hukiem i rzuciwszy "wesołych..." polazł do ciepłej budy.

Mordowałem się kwadrans, ledwo, ledwo weszła. Dziecko też ledwo się zmieściło do samochodu, a że suchy czubek wystawał przez okno, to jeszcze Hanka wyła mi z zimna całą drogę do domu. Przeklinałem, zupełnie jak Ty mistrzu miastowe zwyczaje, nieżyczliwośc ludzką, mróz, brud w samochodzie, to ganianie przed pracą (w sobotę!) za choinką, i to że drapak kosztował pierdyliard złotych, choć nawet jodłą przez Cię wspominaną nie był. Jakbym miał siekierę...

choinka

A tu nagle i z nienacka w domu zaczęło tak ładnie pachnieć. Choinka stanęła pierwszy raz w historii Rajgrodu na podłodze, bo była najwyższa na całym placu i suchy kikut zaatakował sufit (tośmy go ciachnęli licząc, że na wiosnę odbije z boku). Swe ułomności i braki skryła w rogu od strony kąta ściany, na froncie kusząco się rozłożyła, rodzina oniemiała, Hance stopy się wreszcie rozpuściły, z igieł pociekła żywica.

I wiesz co mistrzu złoty - Twoimi saneczkami to byś jej za Chiny Ludowe nie przyciągnął, a jej pień oparłby się Twej siekierce i urokowi. I kiedy Ty będziesz się wigilijnie gościł, ja se pod nią zalegnę i pomyślę - ależ fajoskie są te święta od kiedy warto dla dzieciaków pewne poświęcenia przeżywać! :-) :-) :-)

Świętego spokoju na święta gdziekolwiek je zamierzacie spędzać.

Tagi: ojciec
22:22, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 grudnia 2009

Gromkie "We wish you a merry xmas" w wykonaniu trzech grup na raz, czyli na oko 40-50 małych łobuziaków zakończyło ten spektakl. Jasełka. Przeżyłem je mocniej od dziecka.

Hanka brawurowo wydeklamowała swoją kwestię, potem skupiając się na bacznej obserwacji pi razy oko 70 potworów błyskających flaszami, kręcących kamerami, łkających w mankiety. Gestykulowała i śpiewała co drugie zdanie, a weszła na plac z ustami dziwnie czymś wypchanymi, niechybnie mam podejrzenie, że dostała przykaz milczenia, bo z emocji trajkotała w korytarzu. Jej emocjom nie dziwię się wcale, skoro moje uwidoczniły się łzą niekoniecznie w jednym tylko oku i trzesawką rąk, co spowodowało nieudolność zdjęć robionych. Tylko Majtek wyluzowała całkowicie i biła brawo najgoręcej.

Hania, Jasełka

Emocje szarpały dziecko skrycie i mniej skrycie od kilku dni co najmniej, wieczorem po przedstawieniu uzewnętrzniły się lekkim mazgajstwem i fochami. Widać było, że pękło, widać było, że zeszło, choć adrenalina wciąż jeszcze buzowała. Piękne i straszne zarazem ile ją to jednak napięcia kosztowało.

A w połowie stycznia spektakl numer 2 - na babcię i dziadka. Ja pewnie będę spokojniejszy, ale też zadbam o spokój córy mej kochanej, bo jednak dotarło dopiero do mnie z czasem, że wyjąc śpiewy godzinami w domu ciężko trenowała i z trudem maskowała zdenerwowanie.

22:04, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »