"Co należy zrobić po upadku? To co robią dzieci: PODNIEŚĆ SIĘ"
sobota, 10 lipca 2010

... niespodziewanie nie po śliwkach, brzoskwiniach, czy nawet kapuście mlekiem zalanej, ale po jajecznicy z szynką + parówce z ketchupem na kolację. Made by Ojciec!
Przy okazji sukces kulinarny, jajecznica wchłonięta przez starszyznę dziecięcą, która niespodziewanie oznajmiła, że jajecznica smakuje równie dobrze co parówka, i że ona chce śniadania na wakacjach.

Majka

Dostanie!

czwartek, 08 lipca 2010

Dzień dobry. Dziś temat bliski nam wszystkim. Jakże uwielbiamy o tym dyskutować w gronie nie tylko rodzicielskim. Zawsze po wstępnych uprzejmościach ("jaki on ładny", "jaki rezolutny", "a jak je?", "a daje wam spać?") pada fundamentalne: "A jaką ma kupę?". I o tym dziś będzie!

O kupie gadać nie lubię. Kupa to fajna rzecz, ale intymna i dziecko starsze moje Hanutą zwane rozumie to już doskonale, więc jak jej narzeczony wparował z podwórka prosto do łazienki w trakcie posiedzenia, to się zawstydziła i go pogoniła.
Ja natomiast się aż wzdrygnąłem, kiedy przy okazji niedzielnej uroczystości rodzinnej seniorka widząc Majtka wcinającego chleb ciemny z pieca grubo maźnięty smalcem rzekła: "Czy jej to aby nie pokręci?", bo już-już spodziewałem się kilkugodzinnej dysputy o rozwolnieniach, kolorach (od jasno zielonego po stalowo szary i czarny) i konsystencjach.
Ale nawet nie.
Majtek chwyciła potem za marchewkę, zapiła czerwonym barszczem i frytkami, później zadowolona odeszła od stołu nie przejawiając żadnych niekorzystnych rewolucji jelitowych.

Do dnia następnego, albo i na-następnego, kiedy się wykrzywiła, nadęła, zaczerwieniła (do dziś jak się napręża to pojawiają się jej na czole ślady po ospie, ciekawe prawda?) i po godzinnej walce z dolnym fragmentem przewodu pokarmowego wydaliła z siebie z okrzykiem grozy czarny groszek. Od dni już paru czarne kamienne groszki pojawiają się nieregularnie, czasem są wielkości zajęczych bobków, czasem młodych (malutkich) ziemniaków, zawsze jednak rzut tym czymś powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni i mógłby zabić, gdyby ktoś chciał rzucać tym czymś, oczywiście.

Te stęki dziecka, które ono wykorzystuje też na zwrócenie na siebie należytej uwagi, doprowadziły nas do działań znanych nie od dziś wielu rodzicom, zwłaszcza tym wielokrotnym. Śliweczki. Mniam. Śliweczki to od zawsze była metoda 100 proc. skuteczna, po chwili Niagara występowała kupy.
Inna naukowa wiedza mówi mi, że podczas rozwolnień rotawirusowych nie daje się witaminy c, bo ta jeszcze rozwalnia, więc zapodajemy dziś Majtkowi vit. c w ilościach wiekszych.
I brzoskwinia dziś z rana była też. I ostrzeżenie w żłobku, żeby bananami i ryżami nie zapychać, na wszelki.

Efekt na razie jest do dupy... Ale wraz z upływem kolejnych godzin już strach się też pojawia, co się stanie potem. Zdjęcia z oczywistych względów na razie nie będzie.

poniedziałek, 05 lipca 2010

Tak wyszło, że jak się chce trochę zaoszczędzić i na wakacje odłożyć, to trzeba dziecka wizyty w przedszkolu ograniczyć. Oczywiście to żart - nie ma takiej ceny, która warta byłaby kwaśnego ryja Hanuty z powodu nie-pójścia do przedszkola, nawet teraz, kiedy przedszkole wzięło i na wakacyjne miesiące się przeniosło - po połączeniu dwóch jego filii. A może własnie dlatego - większa yrampolina, większa piaskownica, większa altana...
Hanka przedszkole nadal ubóstwia i nawet chwilowy w nim brak urlopującego się Milana jej nie przeszkadza.

Hanka, ZOO

Niemniej okazało się, że dokładając do zaplanowanych wakacji ekstra dwa dni możemy zapłacić za przedszkole w lipcu jeno połowę należności. Więc żeśmy postanowili, że w piątki nie chodzi i zostaje z ojcem. Tak się jakoś udało. Pierwszy piątek wspólny wypadł w ostatni piątek, Majtka do żłoba odstawiliśmy i sami się do ZOO udaliśmy. Drugi raz już, a za pierwszym pamiętam, że nie tak wiele Hanutę rzeczy w nim zainteresowało, poza goframi może. Teraz inaczej. Jednak świadomość rosnąca z dnia na dzień pod czaszką dziecka mego to rzecz piękna.

Hanka, ZOO

Przede wszystkim to żółwie. Tam gdzie się wygrzewały na wybiegu lam. Hanka zrozumiała, że to żółwie, które wcale nie mają git, bo są wyrzucane przez ludzi, co je kupują małe i zieloniutkie a jak brunatnieją, rosną i gryzą to już fajne nie są. Tzw. element edukacyjny nastąpił.

Po drugie nowe hipopotarium. Rewelacja. Trafiliśmy na karmienie akurat, zeszliśmy też do pawilonu z wodą dookoła i Hankę zamurowało na widok ciemnego pokoju z wielkim rekinem za szybą. I płaszczką. Co to płaszczka to wie z Ceebeebies, gdzie tańczą w rytm jej ruchów. Skąd wie, że nemo to nemo nie wiem, bo jak mnie pamięć nie myli, filmu tego u nas nie puszczali w domu. Za to piosenkę o czterech słoniach (nie wiem, czy jest inna wersja, ale słoni rzeczywiście było cztery) znam naddobrze.

Hanka, ZOO

Ale najfajniejsza w ZOO jest konsekwencja. Konsekwencja z jaką dziecko od bramy dopytuje, czy rozmawiałem z panią na temat pozostawienia balona i konsekwencja, z jaką taszczy swój plecak przez cały teren ogrodu zoologicznego co i raz się o ten balon dopytując i upewniając, że będzie miał ten sam motyw co na plecaku i nie przestając o tym mysleć nawet podczas 18 zjazdów na zjeżdżalni dmuchanej.  Bo wyprawa do ZOO jest jak na razie wyprawą, "żeby sobie tata pooglądał zwierzątka", najważniejsze w ZOO jest to, co przed ZOO.

Hanka, ZOO

21:12, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 lipca 2010

Wystarczyła chwila nieuwagi. Chwilunia. I masz ojciec placek:

Od tygodnia próbuję nauczyć "Czarna eLka w kołeczku się mieni". Odśpiewuje, że się w kółeczku "mieści" i dalej śpiewac nie chce. Skaranie boskie z tymi dziećmi. :-)

PS: Kolejorz gol już za dwa tygodnie, eliminacje Ligi Mistrzów!

12:35, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 czerwca 2010

To musiał być dla niej dzień wyjątkowo szczęśliwy, skoro kończyła go zapewnieniami i dociekaniami, że była dzisiaj grzeczna (- Prawda?) i jutro też będzie taka sama grzeczna.
Ten przypływ wielkich uczuć, dobroci i w ogóle, nie bez przyczyny został wywleczony na wierzch i choć charakterologicznie dziecko me starsze jest aniołem, to jednak gadżety ten stan potęgują do rozmiarów niebotycznej łagodności wręcz.

Zaczęło się od pobudki i oznajmienia dziecku starszemu Hanutą zwanego, że jest niespodzianka. Gdy zobaczyła jaka, oniemiała, gębę rozdziawiła i oczy jej rozbłysły, jak nigdy przy jakiejkolwiek zabawce. Spytała drżącym głosem: - Czy jest delikatna?
A potem... (zobaczcie na minę):

sukienka, Hanka

I poszła w niej oczywiście do przedszkola. A po południu NMG wymyśliła, że kupi jej rower. Tak nie mylicie się - drugi. Bo ten, co go ojciec kupił najwyraźniej jest za nowy, za ładny, za różowy i zbyt princessowaty, bo się wywraca (przewińcie w dół na masakrę na twarzy) i jest ciężki, generalnie na te chude nogi jeszcze za duży.
I znalazł się na Allegro dezel rometa za 80 pln. Wsiadła i pojechała. I to jak pojechała! Aż furczy, śmiga, wywija na zakrętach, pierwsze zdanie jakie powiedziała do mnie dziś rano? - Pokażę ci mój nowy rower i wyszliśmy w gaciach jeszcze na klatkę podziwiać.

Odprowadziłem ją do przedszkola, jechała na rowerze. Biegłem szybko machając rękami próbując się wyzwolić z kurzu, który zostawiła za sobą. Wygrała, zdeklasowała.

Zdjęć na razie nie ma - jest za szybka lub ginie w tumanach. Księżniczka w bieli na dezelu. Ona jest już starsznie duża. Za 20 dni czwarte urodziny. Rany!

niedziela, 27 czerwca 2010

Niektórzy zaczynają weekend po 16 w piątek. Mój się zaczął po 18 w sobotę i skończył przed 17 w niedzielę. Ta prawie doba była super, bo zaiwaniało wakacjami na całej szerokości. W sobotę co robiłem nie do końca pamiętam, poza meczem - a jakże. Więc te wakacje to poczułem w niedzielę dopiero.

A nawet w niedzielę po godz. 10, bo przed tą porą na niebie nieba nie było. Potem za to była istna karuzela. Pojechaliśmy na działkę. Dwie godziny koszenia trawy to dla Majtka zbyt dużo. Za to rozrzucanie skoszonej i zagrabionej - bynajmniej nie nudzi się nigdy. Hanuta odkryła wiadro z wodą, więc obie były mokre. Potem odkryła porzeczki. Nie wiedziałem, że moje dziecko lubi porzeczki, to pierwsze, bo to drugie nadal nie wiem co nie lubi jeść.
Dobrze, że były porzeczki, bo z braku wody, kibla i na koniec też prądu prapolskie rwanie dóbr z krzaczka zajęło pociechy bez reszty.

Hania, Maja

Brudni i niekoniecznie nawet pokąszeni wrócilim, Majtka prosto do łóżka (3 godziny snu prawie), a Hanuta prosto do basenu, gdzie już na nią czekał Milan półnagi. Kolejne godziny zeszły na chalapaniu, ganianiu, jeżdżeniu na rowerze z mokrą dupą na bosaka i jedzeniem resztek zerwanych porzeczek. Obiady (Milan kotlet, Hanuta pomidorówa) też w plenerze.

Jak Majtek wstała to... wstała, a Hanuta pojechała z NMG na festyn gminny (a śmiejcie się), gdzie i lody były i motyle. A jak wróciła to już w towarzystwie - z Baśką i Milanem, przeleciały tylko przez mieszkania na druga stronę na plener i do piaskownicy. Wtedy wybiła 17 i ja wyszedłem do pracy.

Hania, Maja

Hanuta była w domu ok. 15 minut od wyjścia z niego rano do przyjścia spać o 20. Tak jak na wakacjach. I tak jak na wakacjach rodzice wakacji nie mieli, bo cały czas coś trzeba z dziećmi było robić w plenerze. Ja chociaż uciekłem sobie do nie wcale spokojnej i nie wcale cichej pracy na mecz, dzięki czemu wyborne doznania wakacyjne w pełni wciąż przede mną.

środa, 23 czerwca 2010

... podobno dzisiaj jest dzień ojca, podobno w domu czekają na mnie laurki od dzieci.

Na pewno nie był to dzień ojca, na pewno nie zobaczę się z dziećmi do rana.

wtorek, 22 czerwca 2010

... przynajmniej do czasu, kiedy jest szansa, że w tym łbie coś pozytywnego kiełkuje, bo akurat w moim przypadku już wsio ryba, czy czerep chronię czy nie i tak jakby coś z niego miało wypłynąć, to byłaby to ciecz nijaka i bezwartościowa.

Hanuta, kask rowerowy

Niemniej mamy oto na załączonym obrazku dowód jakże istotne jest łba chronienie dla estetyki i bezpieczeństwa. I nie ma żadnego znaczenia, że rower jest czterokołowy, że chodnik równy i pod samym domem, wręcz jakby w przedpokoju, i pod opieką, i przy małej prędkości i wiele innych. Była kraksa na zakręcie i twarz zdarta, ryk kontrolowany, podobno krótki, rano oko opuchnięte jakby się całą noc z Pudzianowskim się napieprzała. Wstrząsu mózgu ani tym bardziej wycieku wartościowej zawartości ze łba nie stwierdzono, na szczęście.

A więc na zdjęciach zrobionych dzień po tragedii nowoiwiczańskiej już czerep w kasku widnieje i tak będzie do czasu, kiedy sama będzie już sobie decydować, czy to co nosi na czubku szyjki warte jest ochrony, czy też nie. Bo nie mamy żadnej wątpliwości, że w kasku nie byłoby śladu, bo odepchnąłby kantem nacierający na twarz chodnik.

Hanuta, kask rowerowy

To co przy okazji mi się nasunęło, a co jest dowodem na niespecjalnie skomplikowane wypełnienie głowy mojej, to taka oto "myśl", że eksponowanie i ran nie zmienia się przez całe życie. Hanuta wparadowała dziś do przedszkola dumna niesamowicie od progu wrzeszcząc, że miała wypadek na rowerze i pokazując wszystkim obrażenia, co przynajmniej miało tę zaletę, że nie musiałem śie tłumaczyć z przemocy domowej.
Dokładnie tak samo robią starsze dzieci, które dumnie wnoszą do szkoły gips - dowód, że się spadło z naprawdę wysokiego drzewa, tak samo jak dorośli w pracy opowiadają koleżankom i kolegom, że ta śliwa na oku to jedynie odprysk ciężkiej walki samców, w której to tamten poległ sromotnie i broczy krwią dobę już całą.

Tak na marginesie - nigdy nie miałem nic złamanego, ale ostatnio kokietowałem się sam ze sobą bolącym kolankiem. Strasznie mnie bolało. O tu, i tu...

Tagi: ojciec raj
21:43, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 czerwca 2010

Szmat czasu temu, kiedy dziecię moje numer 1 było mniejsze sporawo, tak mniejsze nawet od dziecia numer dwa w aktualnych jego rozmiarach, siedziałem ja z nim na naszym 10x10 raju i karmiłem. Były to długie chwile absolutnego skupienia i potem przeolbrzymiej dumy, kiedy słoik brokułowego risotto z królikiem znikał w paszczy dziecka Hanutą zwanego, w specjalnym krześle unieruchomionego. Trwało to godzinę, czasem dwie, czasem dwie jedzienia i jedna sprzątania. Ale trwało - to był sukces górnolotnie zwanej natury, że swoją obecnością dziecko zajmowała na tyle, że nie pamiętała o dzioba zaciskaniu i z obrzydzenia pluciu.

Majka

Przypomniało mi się to rozkoszne lunchowanie nie dalej jak wczoraj, a może przedwczoraj, kiedy wykorzystując aurę wybitnie nie powodziową udałem się na obiad z dzieckiem numer 2 do 10x10 raju. Ziemniaki (niestety słodkawe), co różnicy negatywnej nie robiło dziecięciu Majtkiem zwanemu, bitki pierwsza klasa, ekstraklasa nawet i do tego pomidor sztuk raz bez skórki.

Majka

Talerz wyszedł cały, pokaźnych rozmiarów, jego wyczyszczenie poprzerywane 17-oma okrzykami "aaaaaaaammmmmmmmmmmmmm" zajęło 4 i pół minuty. Tak mi się przypomniało przy okazji to risotto, bo o ile pamiętam, a jeszcze nie narzekam na pamięć, to pamiętliwe dziecko numer 1 było i zapamiętało, że mięsa jeść nie lubi. Więc jadło przecierki. A ten odkurzacz nawet ślimaka chciał zjeść.

Majka

Jedno i drugie karmienie było fanomenalne, fantastyczne i jak się okazuje niezapomniane.

PS: W poniedziałek Majtek idzie jeść do przybytku edukacyjnego

wtorek, 15 czerwca 2010

O 2.30 zasnąć przed głupawym odcinkiem Brainiac (chłodzenie piwa paliwem rakietowym). O 4.30 nie otwierając oczu karmić butelką istotę o charakterze potwora, która także nie rozchylając gałkowych powiek zassała 180 ml, o 8.30 wstać, bo inni wstali. I zostać w domu.

Mamy z Majtkiem taką umowę, niepisaną, że jak zostajemy sami w domu, to sobie życia niekomplikujemy. Zatem ja sobie kawę piję, a ona grzebie w spinkach nieobecnej Hanki, ja sobię do komputera siadam, a ona sokiem zalewa książki, ja idę się załatwić z gazetą, a ona siada naprzeciwko na nocniku i co 5 sekund krzyczy "juuuuuuuuuuż!!!".

A potem, ok. 10, zaczynamy się przytulać. Tak się zaczyna niuchronny proces zmierzający do wspólnego zadowolenia z robienia co się chce. Wygląda to mniej więcej tak, że najpierw wrzeszczę: - O matko, jaka kupa, śmierdzi, kładź się! Potem oboje intonujemy: A fe, a bleeee... Później jeszcze dziecko zanosi towar do kosza na śmieci i zaczyna trzeć oczy. Na to ja lecę do lodówki. Serek, jogurt, udziec bydlęcy - co tam w łapę wpadnie. Je i zaczyna się pokładać. Wyciąga sama poduszkę i wali się na środku pokoju. Jej stan sprawdzam gilgotając w brzuch. Jeśli chichot przypomina taki "do posikania się" - odstępuję. Jeśli jest to pełne wyważenia "hehe-hihi-hoho" strzelamy misia i zanoszę ją spać.

I to co lubię najbardziej - od 11 do 14.40 spała. Ani kwęku. Umowa między nami obowiązuje. W tym czasie obejrzałem sobie prawie cały mecz Nowej Zelandii, napisałem dwa blogi, ugotowałem pomidorówkę, podlałem kwiaty, odkurzyłem, wykąpałem się, poczytałem w wannie, zasnąłem w wannie i potem dorzuciłem drzemę na kanapie. Bo człowiek musi mieć coś z życia nawet podczas obowiązkowego dyżuru ospowego, a przed pójściem do pracy na II zmianę, też obowiązkowo.

I dziecko to doskonale rozumie.

niedziela, 13 czerwca 2010

... zastanawiam się jak napisać, że dziecię jest perfidne z określeniem jego wieku. Z dwulatką i trzylatką problemu nie ma, z "czterdziestką" też nie będzie, ale jeśli pociecha ma 1 rok, 5 miesięcy i 13 dni? Mniejsza z tym... perfidna jest. Już opisuję.

O biciu było. Teraz jest przed nim też knucie. A po nim ściema. Podchodzi i robi np. na plecach swojej siostry prawie-czterolatki "misiu, miziu". Owe zaczyna przybierać formę masażu, potem ostrego ugniatania, co niechybnie prowadzi po ok. 10 sekundach do wystąpienia gwałtownego "jeb, bam, trach" - przepraszam za wyrażenie - po czym rozlega się nie bynajmniej udawany jęk i płacz ofiary, tym głośniejszy, jeśli druga łapa niepostrzeżenie powędrowała do włosów.

MAJKA

Tępimy oczywiście. Trzeba tępić jednak inteligentnie. To akurat dla mnie zbyt trudne, zatem idę na "nos". Strofwanie czasem, pytające "A co ty zrobiłaś?!?". Czasem jednak kara opuszczenia lokalu i zastanowienia się nad sobą, czyli "Wyjdź i wróć jak się uspokoisz!", co też płaczem jest sygnalizowane, lecz po chwili rzeczywiście wraca aniołek, uśmiechnięty od ucha do ucha.

Teraz doszła też do tego aktu perfidia, mianowicie po reprymendzie i/lub karze jest przytulanie. Podchodzi do ofiary i strzela klasycznego misia z ugniataniem a czasem jeszcze całowaniem. Po chwili jednak brwi się ściągają, następuje mina a'la laleczka Chuckie (pamiętacie, co to była za kinowa głupota?) i po kilku sekundach "bum, jeb, trach...".

Jakoś nie mam obawy i wątpliwości, że dziecko z tego lada dzień wyrośnie, tak jak każde moje dziecko (nieźle zabrzmiało...) wyrastało z rzeczy złych szybko i bez zbytniej ingerencji. Na szczęście w przetrwaniu okresu łobuzerskiego pomoże żłobek, do którego dziecię niedługo się wybierze, gdyż po ospie ślady zostały jeno takie, że strupków trochę i wszedobylska fioletowa zmaza, z którą przez następnych kilka dób powalczymy, żeby personelu przybytku edukacyjnego nie wystraszyć.

czwartek, 10 czerwca 2010

Zamiast słów trochę kolorków, bo co tu opisywać, jak wszystko widać.

Majka ospa

Znajdźcie 713 różnic na tej gębie z gębą zaprezentowaną na ostatnim wpisie na tym blogu i 745 różnic z gębą Hanuty sprzed tygodni dwóch z hakiem. Tak, tamto to było ospiątko karłowate.

Majka ospa

Wychodzenie z domu... Logistyka straszliwa związana z rodzicielskimi obowiązkami, ale dziecku cóż, chyba zakaz nie przeszkadza. Bo jak jest na dworze 34 st. C a w domu jednak trzy kreski mniej, to jednak lepiej posiedzieć na "chłodnej" podłodze w progu.

Majka ospa

Dowód, że na twarzy jest epicentrum. Pod pieluchą drugie. Reszta ujdzie. Kropkowanie gencjanom tych co wykwitają trwa pół godziny, a takie dziecko jak Majka pół godziny bez ruchu nie wytrzymuje.

Majka ospa

Ojca oswajanie się z fioletem trwa. Fioletowy są ściany i boki wanny, dywan zielony jest fioletowy, ten szary uniknął skazy zwinięciem, fioletowy wykwit pojawił się na kanapie i zaznacza obecność na wszystkich kontaktach.

Pocieszające: brak gorączki, jest apetyt, raczej nie swędzi. Przynajmniej w dzień. Noc zarwana całkowicie jednak. Jeszcze z tydzień...

Majka ospa
Tagi: Majka
17:08, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (12) »
wtorek, 08 czerwca 2010

Oczko w głowie. Martwiliśmy się, że pochlały ją straszliwie komarzyska, tak mocno i tak dotkliwie, że rozdrapane użądlenie wylało się opuchlizną na całe przedramię aż do niemożności zgięcia ręki. Poszła we wtorek do żłobka z trzema butlami - od pryskadła przeciw-owadowego, od mazidła przeciw-słonecznego i od żelu anty-swedzącego. Wróciła Majtek za to przedwcześnie, po pobudce, z trzydziestoma krostami.

Majka ospa

Ospa. Zdziwienia brak, bo wszak siostra starsza Hanutą zwana dopiero od dwóch dni do przedszkola łazi po zaospowaniu. Ale też cholera złośliwością się wybitną wykazała. Miała dwa tygodnie na chorowanie, całe dwa modlenia się o krosty. To nie, musiała się wysypać akurat wtedy, kiedy logistyczne isensowne podejście do tematu "opieka nad dzieckiem" jest awykonalne. Ojciec zaczyna mundial, który oznacza niemal miesiąc z życia wyjęty (i nie chodzi o rozrywkę, bynajmniej), matka dopiero co ze zwolnienia wróciła.

Majka ospa

Możliwe, że zmuszeni będziemy pierwszy raz w życiu zaprosić do domu w sumie "obcą" osobę, żłobek ma ofertę "ciocia do domu", za dodatkową opłatą, za to ze żłobkowym wyżywieniem. Zastanawiamy się gencjanując, procha antywirusowego dając, patrząc czy się nie drapie i z ulgą rozpatrując fakt, że nie ma gorączki, a ma apetyt. Bo bez tego ostatniego byłaby trwoga :-)

Majka ospa

Tylko czy po takim eksperymencie dziecko nie uzna, że chodzenie do żłobka jest bez sensu, skoro żłobek przyszedł do niej?

17:36, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

Niby moim zdaniem to powinna do tego ukochanego przedszkola wrócić już w środę, ale z racji uzyskanego zwolnienia i długiego weekendu, potrzymaliśmy Hanutę w domu do całkowitego zmycia śladów gencjany poospowej z ciała. Niemniej doczekała się, od piątku mówiła co zabierze w poniedziałek ze sobą, co będzie robić i kto ją może łaskawie zaprowadzić. Rano wybiegła z domu gubiąc buty.

Hanka

Wspominałem już, że największą traumą siedzenia w domu z ospą nie była sama ospa czy samo siedzenie, ale fakt, że omija ją akademia na rzecz ojca i matki, wielkie wydarzenie, rola i scena nie w przedszkolu, ale na wyjeździe. Moment, w którym dowiedziała się, że w konsekwencji krost ją to ominie był najdramatyczniejszym nie tylko w historii tej choroby. Szloch potworny.
Chciałem pocieszać, że jak tylko wróci do przedszkola to od razu we wtorek jest wycieczka na piknik kolejką po lasach i ognisko, ale tu wszedł głos rozsądku w postaci NMG i rzekł, żeby nie opowiadać, bo jeszcze coś nie wyjdzie, szkarlatyny dostanie, kokluszu, zapalenia płuc i znów nie choroba, ale opuszczenie wielkiego wydarzenia będzie najbardziej tarumatyczne.

Zatem siedzieliśmy i nic nie mówiliśmy, sycąc się radością dziecka, które gębę cieszyło na sam fakt powrotu do przedszkola, bez dodatkowych atrakcji. I była to decyzja z każdego powodu słuszna, gdyż po wejściu pierwszy raz od dwóch tygodni do przybytku edukacyjnego dostałem dwa komunikaty od razu w twarz: ile do zapłacenia, i że wycieczka kolejką odwołana z powodu podmycia przez powódź torów.

[fot. nasza ulica...]

powódź

Ładnie byśmy wyglądali.

PS: Ta sama kolejka w mniej więcej tym samym czasie została odwołana równo rok temu z powodu brzydkiej (zwykły deszcz) pogody. No nie dane najwyraźniej.

sobota, 05 czerwca 2010

Nie mam wątpliwości, że Majtek w swoim ciekawskim życiu weszła właśnie w fazę, którą wszystkie mądre i głupie książki o tzw. wychowywaniu i rozwoju dzieci opisują jako "najpiękniejszy okres w waszych wspólnych relacjach". To oczywiście jest jedną wielką bzdurą, sam fakt istnienia jakiegos jednego wydzielonego okresu wybitnych relacji, ale nie mam wątpliwości, że to jest ten moment, kiedy Majtek z bobasa staje się dziewczynką. Skrótem, bo weekendu szkoda na pisaninę...

Śpiewa. Motyw z teletubisiów, motyw z dinozaura fioletowego, kawałki mio i mao - czy jakoś tak (o dwóch kotach), śpiewa też pewien hit sprzed urodzin ojca jeszcze, ze wstydu nie zapodam, a jak zapodam, to jedynie dla wartości poznawczej.

By the way - musiała to usłyszeć w jakiejś reklamie (???), albo właśnie wyszło na jaw co robi z dziećmi NMG pod moją liczną przyznaję nieobecność.

Stroi się. Np. zaczynają się kłótnie o buty i to są kłótnie absolutnie nie na żarty. A dziś jak założyła czerwoną sukienkę w grochy z Hello Kitty to dostała spazmów śmiechu z radości.

Majka sukienka

Gada. Byle jak, ale gada. Trochę po swojemu, trochę po naszemu. I oczywiście nie nasza to zasługa. Bo nie nauczyliśmy jej liczyć ("yhy, ehe, aha, uhy, pięć, yhy...") i krzyczeć za uciekająca Hantką "Kukam!" - co niechybnie oznacza poszukiwania.

Włazi. Na wielką zjeżdżalnię, sama, i sama zjeżdża. Lepiej wchodzi niż ojciec na niewiele wyższą drabinę, co mu wytknięto dosadnie.

Obraża się. Nie ma potrzeby rozwijać wątku tegoż... Obraża się jak cholera.

Ale te wszystkie umiejętności, de facto trudne do opisania, nie są najważniejsze dla oceny - to jest ten moment. To są emocje i myślenie, miny, zachowanie takie całościowe, które np. zasłuzyło w żłobku na określenie "porządniś". Kanalia - w edukacyjnym przybytku sprząta, a w domu bałagani.
Rośnie nam spryciarz. Uroczy w dodatku. Kolejny...

Majka zjeżdżalnia

PS: Ospy nie ma. Jeszcze?