MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
sobota, 10 października 2009

Ponoć za przewlekłe zmęczenie odpowiedzialny jest wirus. Ponoć już go naukowcy namierzyli, ale jeszcze nie wiedzą, jak go zwalczyć. Tutaj o tym napisali, jakby ktoś był ciekawy. Niemniej mogę z czystym sumieniem oznajmić, że to co mnie gnębi od czasu jakiegoś jest jednostką chrobową, skatalogowaną.

Dziś ów syndrom został właśnie spotęgowany poczynaniem dziecięcia starszego. Diabeł istny w nią wstąpił po ostatnim lekkim wyciszeniu z powodu również wirusowego, ale jak najbardziej zwyczajnego, teraz zaś ekplodowała skumulowaną w dni cztery energią. W ramach marnowania tejże energii wziąłem ją na działkę, gdzie może latać i wariować bez konsekwencji. Oj, w złą godzinę to powiedziałem.

Hania

Palenie liści było fajne i odstresowujące. Istna sielanka. Dziecko też było zadowolone, tata wziął komputer, bo musiał coś zdalnie via internet w pracy porobić i było OK, póki tata nie skończył i zaproponował oglądanie krecika...
Hanuta sobie oglądała, aż się znudziła i schodząc o kabel zahaczyła a laptop pierdut o podłogę i zdechł. Zdechł i nie dycha. Nic a nic.
I nawet bym się tym faktem zbytnio nie przejął, bo maszyna pokiereszowana i generalnie już nadająca się na zsyp, gdyby nie fakt, że w jej bebechach są programy, które umożliwiają ojcu pracę z domu. Nagle dotarła do mnie przerażająca wiedza, że w związku z meczem Czechy - Polska muszę opuścić dom w sobotni wieczór i udać się do fabryki.

Hanuta była w całej tej sytuacji narastających objawów Chronic Fatigue Syndrom bardzo grzeczna. Uspokoiła mnie, że "nic się nie stało". Jak odpowiedziałem, że się stało, bo komputer się zepsuł i będę musiał pojechać wieczorem do pracy, odparła: "Kupimy nowy, jak lizaka, mogę pojechać do pracy z tobą?".

Śpi teraz, albo z mamą mecz ogląda w TV. A ja w pracy go sobie obsługuję. Komputer u kolegi-specjalisty. Powiedział: "Nic się nie stało... Kup sobie nowy".

20:48, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2009

Miało być prawie jak zwykle blogowanie o czymś innym, ale dziś z rana do wyra mego zamiast córy wsunął się piekarnik. Ledwom ślipia rozwarł już chiałem smażyć jaja i tosty zapiekać na tym rozżarzonym obiekcie, kiedy dotarło do jaźni mej wciąż w śnie tkwiącej, że to dziecko me się pali.

[wieczór, gorączka spadła]

39,3 w tyłku, czyli podręcznikowe 38,8 i cholera wzięła święty spokój i treść zaplanowaną wpisu tego. Ale ponieważ obiecałem sobie i wam choróbskami nie epatować podsumuję króciusieńko: walczy pięknie, u lekarza standardzik (H1N1 nie wykryto i H5 też nie), lista leków od wymarcia dinozaurów niezmienna, diagnoza też.
A do poprzedniej notki dodpisać jednakowoż należy, że nie tylko smarkulców i chrychalców przedszkole przyjmować w drzwiach nie powinno, ale też wychowawców, co to z anginą się pałętają, o czym mi życzliwie doniesiono, wnerwienie potęgując.

Wpis miał być o reklamach w radiu zasłyszanych, że gminy mogą się starać o dofinansowanie z UE przedszkoli i że to jest jakaś akcja, że przedszkola zapobiegają pojawieniu się bezrobocia. Generalnie takie akcje popieram i generalnie uważam się za jednego z bardziej radykalnych zwolenników oddawania dzieci do żłobków i przedszkoli (mimo piekarników częstych). Ale nic na siłę.
A już wmawianie urzędnikom, rodzicom komukolwiek, że nie posłanie dziecka do przedszkola oznacza jego słabszy start i mniejsze szanse (bo tak trzeba rozumieć tą reklamę) uważam za nonsensowne i o palenie czarownic zahaczające. Bzdura.
Moja Hanuta (wypija flachę z czosnkiem i miodem właśnie) w domu by się uwsteczniła, w przedszkolu żyje pełną gębą i wszystko co najlepsze (edukacyjnie, o wirusach nie mówię) przynosi.

Ja sam w przedszkolu - o czym może wspominałem już - spędziłem najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Gehenna skończyła się dnia pięknego - nie pomnę czy to był jeden i ten sam, czy się nawarstwiały, kiedy ojciec nie trafił żołędziem w pobliski przedszkola trawnik i zamiast oszukać, że na studzience też wyrośnie drzewo powiedział, że nie ma szans.
Pani - niech ją komary zeżrą, zakleiła mi ryja plastrem bez opatrunku (co prawda ostrzegała), bom gadał na leżakowaniu w parszywych, ze stalowymi ramami, łóżkach. I nie chciałem w ziemniakach skwarek.

Chyba uciekłem - opowieści z pamięcią się zamazują. Dziurą w płocie, albo kładką nad Czerniakowską. Niemniej był to ostatni dzień mój w przedszkolu.

A nieskromnie uważam się za człowieka, który i zawodowo i życiowo sobie cholera poradził i znowu taka ostatnia noga, to ja raczej nie jestem. Bardziej humanista niż matematyk, ale przecież przedszkole w tamtych czasach profili nie miało. Tylko skwarki.

20:49, bartosz.raj
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 października 2009

Zainspirował mnie tekst bodajże z oddziału "Gazety Wyborczej" (znalazłem - to tutaj), który to opisywał zalecenie, czy też apel tamtejszego sanepidu o niepuszczanie chorych dzieci do przedszkoli, bo ryzyko grypy - tej H ileś tam bardzo groźne 5. W artykule żaliła się matka, no że jakże tak nie posyłać do przedszkola, przecież to byle katar, ile to trzeba by urlopu zmarnować.

Otóż nie pierwszy raz na tym blogu powyższą matkę, jako reprezentantkę wielotysięcznego ogólu, nazwę idiotką.

hania, maja, ojciec, raj, mama

Rozumiem, że przedszkole prywatne, w którym rodzic płaci za edukację dziecka, nie może nie wpuścić dziecka, które podejrzewa o chorobę. Ale przecież przedszkolanki - zlitujcie się i w głupocie nie brnijcie - każde przedszkole, każdy jego dyrektor i wychowawca, może zadzwonić w ciągu dnia do rodzica i powiedzieć, że jego syn/córka zachowuje się jak chora i jest izolowana od dzieci i żeby je zabrał. Gwarantuję, że po takim komunikacie przerażona mamuśka/tatusiek wyrwą się z roboty, żeby skarbek nie siedział/-a sama. Zrozumieją, że to gorsza sytuacja, niż jakby któreś z rodziców z tym zasmarkanym dzieckiem zostało w domu od razu.
I nie przekonujcie mnie, że nie da się odróżnić kataru, od choroby. Nie macie dzieci?

Ale już kompletnie nie rozumiem jak przedszkole tzw, państwowe, publiczne, może być bezradne przed tabunem rodziców, którym się nie chce zwalniać z fabryki i dlatego posyłają chore dziecko, żeby inne pozarażało, bo przecież "co za różnica kaszle w domu, czy w przedszkolu, bardziej chore już nie będzie, a przynajmniej się pobawi". Najbardziej wkurzają mnie debile, którzy wyskakują z argumentem "lekarz powiedział, że nie zaraża".

Mam to gdzieś. Jak widzę dziecko, które całym sobą krzyczy, że ledwo zipie, a gdyby je zawieźć do szpitala to prawdopodobnie nie zostałoby przyjęte ze strachu przed epidemią, to mam prawo nie uwierzyć w słowo "lekarza", że nie zaraża, i nie muszę sam być lekarzem, żeby ocenić, że nie chcę tego dziecka w pobliżu mojego. Koniec. Mam prawo chronić swoje dzieci chodzące do przedszkola. I wymagam od tego przedszkola - prywatnego, czy publicznego, żeby takich rodziców (bo co tu dzieci winne) eliminowały z zajęć.

Człowiek w sanepidzie, który ten apel wymyślił, też jest niezłego kalibru imbecylem. Zamiast wystosować apel do przedszkoli, żeby zrobiły wszystko, żeby dzieci z objawami nie przyjmować, to straszy rodziców grypą H1 coś tam 5 prosząc o nie posyłanie. Ktoś pomylił kota z ogonem.

NINIEJSZYM OŚWIADCZAM, ŻE MAM GŁEBOKO GDZIEŚ KONWENANSE I ZAMIERZAM Z CAŁĄ STANOWCZOŚCIĄ TĘPIĆ PRZEJAWY KRETYNIZMU W POSTACI PRZYPROWADZANIA CHORYCH DZIECI DO PRZEDSZKOLA.

Będę też zwracał uwagę opiekunom - bo to oni zajmują się moim dzieckiem wtedy kiedy jest ono w przedszkolu i oni odpowiadają za to, żeby nie przebywało w towarzystwie zasmarkanych i kaszlących, że ściany drżą milusińskich.

Skoro ja mogłem brać wolne i zostawać z Hanią w domu przy byle okazji (a było ich trochę właśnie przez tych debilnych rodziców), to niech inni też się do tego zwyczaju przyzwyczają. Bunt rodziców, którzy szanują zdrowie swoich dzieci proponuję, zupełnie serio - każdy u siebie. Będzie prawdziwa rewolucja. Nie ma "że nie mogą". Muszą!

PS: W przybytku edukacyjnym Hanuty pomór. Hania trzyma się dzielnie.

20:35, bartosz.raj
Link Komentarze (9) »
piątek, 02 października 2009

Otóż dziecko celująco się pasowało na przedszkolaka, dostało dyplom i czapkę amerykańskiego studenta, jak napisano w certyfikacie specjalnym "w obecności świadków". Przyszło dziecko dumne z przedszkola, a ojciec durny jak tylko przyleciał z fabryki jął zadawać dorosłemu przedszkolakowi pytania i zadawać zadania.

I dziecko udowodniło, że nie jest robotem i swój rozum ma. Brawo, to dla mnie radość, że wszystko z nią (i ze mną) w porządku i nie grozi mi "tatuśkowatość" i chore ambicji na dziecię przelewania. Oto wspomniany dowód:

A nawet dwa dowody (z moim ulubionym "kto jest beksą i mazgajem, ten sie do nas nie nadaje"):

A na koniec już sama z siebie - dała ojcu prztyczka w nos - i tylko cudem sie nagrało, "nie bedzie mi mówił, kiedy mam spiewać, a kiedy nie". Bestia nie dziecko.

19:21, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2009

Sytuacja jest mianowicie taka, że ojciec styrany lekko wraca po ciemku już do chałupy, gdzie jest znienacka zupełnie zapędzony przez NMG do prac około-dziecięcych i nie chce protestować, bo a) powinien to robić, b) pragnie to robić, c) jak nie zrobi będzie miał wyrzuty sumienia, d) jak nie zrobi to dostanie.
Więc kąpie jedno, kąpie drugie, ubiera jedno, ubiera drugie, a żona w tym czasie orzechy łupie.

I dobrze, stwierdzicie, i ma tak być.

I pewnie się z wami bym zgodził, gdyby nie kontynuując prace wokół już jednego, tego  starszego potomstwa, bo młodsze łaskawie padło na ryj bez zbędnych protestów, spotkałem się z potwarzą bolesną. Ja mianowicie sterczę nad rondlem i błagam niebiosa, żeby za 149 razem mleko nie wykipiało na 152 próby, studzę potem własną wiedzę fizyczną wykorzystując i przewodnictwo cieplne (nauka taka) przypominając sobie, kiedy wołany przez dziecię rzucam wszystko i pędzę do kanapy, niechybnie domyślając się, że o bajki chodzi, albo o wyznanie miłości, kiedy to słyszę:

"Ciociu..."

Hania Raj

Zagryzłem wargi, udałem, że to fajne i lecę do tej orzechy łupiącej, i nabijam się: "Mama, a ona do mnie powiedziała "ciociu"!!!" A NMG jak mnie nie strofuje, że dziecku starszemu przykro będzie za to moje zachowanie.
Przez sekundę i trzy dziesiąte nie kumam o co jej ma być przykro, ale blask spływa nagle kiedy slajd się przewija z widoczkiem takim, jak Hanuta podbiegła latem do baby obcej i przywarła do nogi, bo nie zerknęła do góry i podobieństwa łba do facjaty maminej nie oceniła. Wtedy się popłakała ze wstydu chyba.

Zaglądam więc po chwili do pokoju, a Hanuta leży twarzą do kanapy. Przeżywa znaczy się. No to ja znów lecę i wszystko w żart, że to fajne, że powiedziałaś do mnie "ciociu", hihihihi! Oglądamy książkę, bo tam są żaby, kiedy dziecko w afekcie znów zaczyna "cio..." i już sama w rechot, łapie się za usta i nawija, że znów się pomyliła i że to śmieszne.

Bardzo...

Tak to przedszkole do domu przyszło. Jeszcze przed oficjalnym pasowaniem (dziś w łapy me trafiło kolejne tajne nagranie, które mam zamiar wkrótce ujawnić...).
Wracając do tematu notki tej oddać dziecku starszemu, Hanutą zwanemu, muszę, że kilkadziesiąt razy przez ostatnie 11 minut trzeźwości przed snem wieczoru tego powiedziało do mnie "tata".

Hania Raj

PS: Jak wygram dziś te 40 milionów to przestanę pisać bloga (miałem napisać, że nie zechcę przestać pisać i że się nie zmienię, ale i tak byście nie uwierzyli)

PS2: Jak wygram 10 to też przestanę.

PS3: Przy 5 się zastanowię.

PS4: Mała Majka, która na razie do mnie jeno tata mówi, była dziś sieknięta na pneumokoki za 260 PLN pożyczonych z tych 40 milionów co to je wygram za chwilę. Nie piszę nic więcej, bo mój strach przed chorobą po zastrzyku pneumokokowym jest powszechnie znany i krakać "ciocia" nie ma już więcej zamiaru.

21:00, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2009

W środę dziecko ma pasowanie na przedszkolaka. Jak dotrwa, bo w edukacyjnej placówce na moje ojcowskie oko trwa pomór. Mniejsza z tym - oto tajemnica tajnych nagrań. Dziecko starsze, nasza ikonka trenuje o każdej porze dnia i nocy. Przy akompaniamencie.

PS: Ostatnio coś poszedłem w filmidła. Chyba powstanie kategoria nawet na tę okoliczność. A może powinienem się w łeb palnąć i powrócić do mnogości robaczkowej, pisaniną też zwanej, tudzież słowotokiem zamiast tylko wklejać embedy z youtuba?

12:43, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 września 2009

... ale mamie, Najwspanialszej Mamie Globu, jak wróci ze sklepu powiemy, że to było "mama"...

A teraz zagadka z gatunku policz, wyślij sms-a, a może wygrasz. Odpowiedzcie na te trzy pytania:

1) Ile razy ojciec powiedział "tata" na tym filmie?

2) Ile razy dziecko szyderczo go wyśmiało haniebnym "pfryyyyt"

3) Ile czasu dziecko się zastanawiało, nim wydusiło z siebie...

TATA!

23:08, bartosz.raj
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 września 2009

Wzięliśmy dziś dziecko szalone na kontrolę. Z pewnego rodzaju duszą na ramieniu. Bo niby jeden lekarz mówił, że szynę Koszli trzeba zdjąć, bo już jest git, to jednak nie był ten lekarz, ta guru, o której tyle razy tu pisałem. No i dziś guru zobaczyła zdjęcie RTG i wydała opinię.

szyna koszli, biodra, maja, raj, ojciec

Cofnę się niechybnie do czasów, kiedy się o szynie dowiedzieliśmy. Pamiętacie? 1 lekarz powiedział, że bioderka Majtka są OK. 2 powiedział, że nie wie i że trzeba się skonsultować z guru lekarzy ortopedów nr 3. Lekarz 3 powiedziała, że trzeba dziecko wsadzić w dyby na trzy miesiące, co wywołało u nas lekką konsternację, ale odwagi, żeby werdyktowi się sprzeciwić zabrakło, bo jakże tak...
Sposób oceny dysplazji był w sumie zabawny. Guru spojrzała przez sekundę na zdjęcie, którego kwadransowa analiza innym lekarzom niewiele wyjaśniła, i rzekła: Dysplazja, szyna, 3 miesiące, w czerwcu na kontrolę... Koniec gadania. Amen. Cieszcie się, że nie gips, cieszcie się, że nie operacja.

Dziś było bardzo podobnie, tyle że zakończenie bardziej happy-endowe. Zerknęła na zdjęcie przez dosłownie sekundę (widzieliśta reklamę faceta na kasie, który do czoła podtyka sobie artykuły i wydaje dźwięki "pik"?). No to ona tak zrobiła ze zdjęciem RTG. "Pik" i powiedziała: - Wyleczona.

Wyleczona. Wyleczona. Wyleczona. Kontrola jak zacznie chodzić. Czyli za tydzień, dwa, miesiąc, albo pół roku, bo z dziećmi nie wiadomo. Dusza zeszła z ramienia. Mamy boskie bioderka numer 2, hip-hip hura!
Tylko czy "pik" oznacza ogromne doświadczenie, czy raczej zasiewa wątpliwości co do prawidłowej oceny trzy miesiące temu? Na szczęście nie musi mnie to już dziś wiele obchodzić.

18:11, bartosz.raj
Link Komentarze (1) »
środa, 23 września 2009

Babcia - umownie - czyli moja matka wspaniała, a córek moich wspaniałych babcia. Jedna z dwóch, ta bliższa odległościowo. Ale ta dalsza do tej pory, przyznaję bez bicia, miała więcej razy rękę do wnuczek. Po prostu się nie cykała małej Majtka, co udowodniona na ponad tygodniowym obozie przetrwania.

A ta druga, o której tutaj, to chyba się trochę jednak cyka, bo kontakty z małym wyjcem, tudzież wijcem, były od święta, sporadycznie, na grillu, etc. Nie było kontaktu, że się tak wyrażę, pernamentnego.
I stąd perfidny plan, żeby babcię odstresować. Raz w tygodniu, czy deszcz, czy słońce, NMG nawiedza babcię w jej domowych pieleszach z dzieckiem młodszym oczywiście, bo jakoś rewizyt w drugą stronę wymusić nie potrafimy, choć odległość domostw naszych wstydliwa.
Cel jest jasny - ma przestać ryczeć na widok twarzy (miałem napisać, bo jakoś tak rytmicznie pasowało - gęby - ale o matce nie wypada przecież...) babci, ta ma przestać drżeć na widok geby (tu nie miałem skrupułów) Majtka.

Hania i Maja Raj

A wszystkie te perfidne plany z tego, że w lutym babcia ma się zająć. Praktykowaliśmy to już z Hanutą i wyszło moim skromnym ojca-blogera zdaniem genialnie. Mianowicie scenariusz był taki: Hania rok - matka do pracy. Ojciec urlop - dłuuugi - ponad 1,5 miesięczny, potem babcia jeszcze przez miesiąc. I dopiero na koniec żłobek. Wyszło idealnie, dziecko promieniało, od babci się dużo rzeczy w przeważającej większości pozytywnych nauczyło i mogło potem brylować w żłobku. A nadmienię, co wiecie, albo nie wiecie, że Hanka za czasów akademika u babci, nie chodziła.

Majka ma wszelkie dane, żeby chodzić. Staje już przy wszystkim i ostatnia nauka polega na opuszczaniu się, jak już stoi, więc stać przy niej non-stop nie trzeba będzie. Zatem ojciec sobie wymyślił, że dobry scenariusz trzeba powtórzyć. I tak - NMG do roboty w styczniu, ojciec na dłuuugi urlop, a w lutym babcia, jeszcze miesiąc i dopiero tuż przed wiosną żłobek, co zminimalizuje ryzyko WIECIE-CZEGO.

Dziś przyzwyczajania dzień był pierwszy, z donosów i raportów wynika, że obie strony się akcpetują i pałają do siebie nawet sympatią, więc widzę same dobre strony układu. I nie wierzę, że babcia robi to tylko dlatego, że się mnie boi... :-) i odmówić nie potrafi.

14:10, bartosz.raj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 września 2009

Ostrzegam, oglądasz to na własne ryzyko, wobec ciebie mogą być podjęte kroki prawne, z wtrąceniem do więzienia włącznie, zniszczeniem słuchu, tudzież odszkodowaniem w postaci niezawinionych w sumie naruszeń praw autorskich.

Jest to prawdopodobnie zapis koncertu, który jeszcze się nie odbył, a którego miejscem będzie niewątpliwie sala koncertowa NUTKA, na której to estradzie PICCOLO mogą już wkrótce dziać się rzeczy niewyobrażalne, niepojęte, hitowe.

To nagranie przedostało się do internetu drogą jak najbardziej nielegalną, nakręcono je potajemnie i perfidnie. I będzie tego więcej, bo do światowej premiery, jak podejrzewam, zostało jeszcze kilka co najmniej dni.

Na własne ryzyko, zapraszam.

PS: Na poważnie, ale tylko przez chwilkę. Widzieliśta reklamę "Zawsze wiedział, że lepiej być pierwszym" - czy coś w ten deseń? To chyba jakieś bilety lotnicze, na szczęście reklama nieskuteczna, bo nie pomnę, co zachwalała, durna. Ale jest tam zdanie, że "już w przedszkolu wiedział, że lepiej być pierwszym dlatego nie musiał grać drzewa".
Oświadczam, że moja córka może grać nawet liścia na drzewie, a i tak zrobi to najlepiej na świecie, i do tego będzie miała taką gębę uśmiechniętą, że wszystkie drzewa padną stojąc.

Bo nie trzeba w życiu być zawsze pierwszym, przynajmniej wg Raja.

PS2: Owszem, całość złapana na stole kuchennym, informujemy niniejszym, że żadnemu dziecku krzywda się nie stała podczas owego nagrania. Żyją i śpiewają nadal.

20:53, bartosz.raj , Szkolnie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 września 2009

Poniżej krótki opis, a nawet więcej - recepta - jak doprowadzić siebie samego do wyczerpania nerwowego skrajnego, a dziecko małe do zmęczenia śmiertelnego, objawami różnymi się objawiającego...

Majka Raj

Party było, familia była, żarcie było i picie, hałas jak na seniorów komnaty i ich normy umiarkowany, atmosfera sielska nawet. Fajnie znaczy się. Ale to nie był dzień jak co dzień, bo dziecko z tych mniejszych zaburzyło sobie rytm, mianowicie o godz. 6.30 błagalnym głosem poproszona o jeszcze pójście spać, poszła. I obudziła się o 9.

Stukającym się aktualnie w czoło i recytującym (no i k..., co?) nadmienię, że o 9, to dziecko idzie spać, drugi raz i tak jest zawsze. A tym razem drugiego razu nie było, za to była dopiero kima po obiedzie (no i k..., co?). A no to, że jakoś to tak ten organizm rozstrojony był, że jak wróciliśmy już z party o porze bardzo kulturalnej, to dziecko padło na ryj. Dosłownie. Była tak zmęczona, że się przestała ruszać (co rzekła nawet NMG potęgując stan nerwowy). Była tak zmęczona, że darła się, i temperaturka skoczyła o stopień (potęgując stan nerwowy). Była tak zmęczona, że się "4" smoczkiem zaksztusiła i haftnęła (nerwy sięgnęły zenitu).

Nerwy były wielkie, bo to - o ile dobrze pamiętam - pierwszy womit, bełt, bleblak w życiu Majtka. A u Hanki każde "ble" kończyło się wiecie czym, przemiłym wiruskiem, który nie tylko górnym otworem wyprowadzał płyny z dziecka cielska, ale i dolnym.

Strach ma wielkie oczy. Skrajne wyczerpanie dziecka minęło, dwie butle w nocy wciągnęło, objawów rannych brak. Tylko na łbie ojca szanownego więcej oznak niewątpliwego intelektu w postaci profesorskiej siwizny.

Majka Raj

14:49, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
środa, 16 września 2009

Kto ma ochotę niech już teraz wrzeszczy, żem stary dziad. Proszę bardzo. Już? No jeszcze raz... proszę, chórem STA-RY-DZIAD, dobra! Powrzeszczeliśta, to teraz przeczytajta, jak to familia Raj nie do końca wierząc arsenałowi medykalemu na uzdrowiskowe sposoby się wzięła, żeby gluty w wersji a) zatykającej, b) lepkiej i zgniło-żółtej, zasychającej, c) przezroczystej, ciągnąco-lejącej się pozbyć.

Nieopodal rzeczki, wstyd rzec, że rzut beretem a samochodem to jakieś 10 minut od domostwa naszego mieścina taka jest, co bogaczy ściąga cenami gruntów i historią wielkiego wspaniałego uzdrowiska. Ze świetności moim zdaniem nic nie zostało, ale zostały tężnie, gdzie pryska z grzyba solanka, co ją pod ziemią uchowało i na wierzch wypchnęło, celem uzdrawiania schorowanych cielsk ludzkich. Przyjemność ta osiem PLN kosztuje od łba dorosłego, do lat trzech, emeryci, renciści i wojskowi wjazd gratis. Hanuta drobna, więc choć trzy lata puknęły, to włazi za friko. A poleźliśmy tam, ze względu na te gluty, nawet nie tak pokaźne jak w opisanym pierwszym akapicie tegoż blogaska, ale tak jako wycieczkę bardziej sobie potraktowaliśmy.

tężnie

Efekt potrójnie dobry - a) gluty zniknęły prawie całkowicie po trzech wizytach, co koszt kuracji na dwa łby małe w przeliczeniu razem daje 48 PLN (bo łby stare płaciły), b) w weekendowy czas, nim Złotopolscy mistrzostwo zdobyli, to w tymże uzdrowisku świętowano urodziny szpitala, co samo w sobie dziwne jest jak dla mnie, ale zaowocowało atrakcjami w postaci np. gigantycznej dmuchanej zjeżdżalni. c) było o czym opowiadać, że szaleją dzieciaki wokół i przyjaciele, sasiedzi, rodzina zaczęli nadciągać nad te tężnie.

Obiecywałem wpis o przyjemnej walce z katarem i taka ona właśnie jest kiedy wrzesień ze słońcem ryj trzaskającym i kiedy walka ta jest skuteczna...

Powyższe zdanie jest aż dwukrotnie nieprawdziwe - ciężarna ciotka Anka jak przyszła to się nawdychała i nie dość, że nie pomogło to jeszcze wyciek z glutoschowka zwielokrotniło. I na NMG też się rzuciło, więc bilans tężni jest taki: 2 zdrowe co były chore, jedna chora co była zdrowa i jedna chora co i tak już chora była.

Ale ponoć katar to nie jest choroba, więc luz ludzie, luz.

A na poważnie - koszt leków: 76 PLN, koszt flakoników z sola mineralną - ok. 4 zł, maszyna do rozpylania wody - 100 PLN, a wystarczy tężnia (!) albo zwykła mokra ściera w pokoju i na to samo wyjdzie, ech głupi ci nowocześni ludzie (do siebie też piję).

W FOTOGRAFICZNYM SKRÓCIE  (CO ROBIĄ DZIECI):

1) Już nie uciekamy

tężnie

2) "Uśmiech"?

tężnie

3) Gdzie jest Hanka?

tężnie

4) Tylko jedna korzystała w pełni i oddychała, oddychała, oddychała...

tężnie

5)... Kiedy reszta spiskowała:

tężnie

23:09, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 września 2009

Zamiast słów kilku o jakże przyjemnej walce z katarem (!), która trwa w trakcie wydarzeń wiekopomnych w życiu małego Majtka, ta mała dygresyjka wideowa, na potwierdzenie, że w ciągu kilku dni dziecko z pionizacji jedynie wewnątrz łóżkowej przeszło na etap tyczkowania gdziekolwiek się da, a że nie wszedzie się da, to mamy czasem protesty. Dobra - jeno tyle, popatrzcie i zaczekajcie do jutra na słów kilka więcej, see ya!

21:49, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 września 2009

Obiecane zdjęcia z procesu obciachiwania blond drutów Hanuty. Pierwsza wizyta u fryzjera skronikowana. Zdjęcie, że tak się wyrażę, finalnego efektu ogołocenia kudłów z młodej, trzyletniej głowy wkrótce, bo z racji argumentów wspomnianych notę niżej a) zamiast aparatu trzymamy teraz chustki, b) zamiast włosów falują gluty, c) było to wszak jeno podchlastanie niewielkie, więc poza rozmiłowanym w córce ojcem nikt zmian pewnie nie zauważy...

hania, dziecko, fryzjer

Za jakość kroniki przepraszam - warunki salonu fryzjerskiego i aparat zamknięty w jednej, małej komórce, a i kronikarz się nie popisał :-)

hania, dziecko, fryzjer

hania, dziecko, fryzjer

Gęba jak widać wielce rozradowana. Jak mi doniesiono od agenta wewnątrz zakładu bardziej pelerynką niż new lookiem fryzowym.

hania, dziecko, fryzjer

A TAK NAPRAWDĘ TO NIE JEST WAŻNE CO SIĘ MA NA GŁOWIE, BYLE JEMU, NAJWAŻNIEJSZEMU, SIĘ TO PODOBAŁO. IS THIS LOVE?

hania, dziecko, fryzjer

20:53, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 września 2009

Nie będę udawał, że byłem zwolennikiem tegoż wydarzenia. Że żarliwie namawiałem córkę do pójścia pod nożyce. Że nie krzyczałem "nigdy" i "po moim trupie" oraz "niech rosną długie". Sam do fryzjerów mam stosunek nijaki, tzn. nijak nie chodzę prawie nigdy, docierając do granicy, kiedy sam się tnę przed lustrem a z racji kręconych byle jak kudełków wychodzi zazwyczaj dla niepoznaki poprawnie. Hanucie życzyłem podobnego podejścia, gloryfikując jej włosy zasłaniające plecy.

Ugiąłem się, kiedy w obrazie idealnym długowłosej blondynki zaczęły wariować proporcje między ciałem starającym się dobić do metra, a strugą włosów, które długością zaczęły wprowadzać jakiś nieład w tymże idealnym wizerunku postaci młodej.

Poszły. No wątpliwości było wiele. pierwsza taka, że fryzjer zrobi z Hanki, to co ostatnio z jej matki, ale szczegółów z powodu swojej wielkiej do NMG miłości, a nie strachu przed ścierą, nie ujawnię. Drugie - że Hanka będzie miała gdzieś fryzjera i kręcenie na krześle zniweczy trud rodzicielsko-fryzjerski.

Jak zwykle moje przypuszczenia były nic nie warte. Włosy przycięte, Hanuta wniobowzięta, spinkami się spina, grzywkę zapuszcza i chwali fryzem w przedszkolu. I proporcjonalna znów jest, a nie jak hobbit ze zbyt wielkimi stopami.

PS: Struga włosów niedorównuje tej z nosa Majtka. Ale zgodnie z obietnicą opisywać choroby tutaj nie będę, bo może to katar, a może to ucho, a może to mamy w dupie, żeby tylko szybko minęło i już. Generalnie nic do cholery ciekawego.

PS2: Nic ciekawego, ale cholera na tyle absorbującego, że czas poswięcony na zrzucenie zdjęć poświęcamy na zrzucanie glutów z fridy. Te zatem w only photo notce nastepnym zarazem.

20:43, bartosz.raj , Z pieluchy
Link Komentarze (2) »