MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
Kategorie: Wszystkie | Familia | H&M Sport | Ojciec dumny | Poważnie | Z pieluchy | Żłobkowo
RSS
niedziela, 22 stycznia 2012

Trzy ważne rzeczy w telegraficznym skrócie, choć jak znam siebie co najmniej jedna z nich rozwleczona zostanie grafomańską przypadłością autora.

1) Majtka występ z okazji Dnia B&D był wyjątkowy na dwa co najmniej sposoby, po pierwsze było to pierwsze nie wsparte inną grupą przedszkolakową przedstawienie mej ikonki młodszej, po drugie był to pierwszy występ jakikolwiek w jakimkolwiek przybytku edukacyjnym w roli widza dla K. Oboje przewidzieliśmy - mając na uwadze niedawne Jasełka, że któreś z maluchów się rozryczy, zatem włożyliśmy do płowego łebka wieczór wcześniej informację, by w razie ryku i spazmu jakiegoś dziecka Majtek wstrzymała deklamacje i odczekała do zapadnięcia ponownej ciszy.

Się tak zdarzyło, że jedynym płaczącym był jej partner wierszykowy, zatem gdy został wycofany ze sceny ikonka strzeliła partię solo, po raz drugi, bo po raz pierwszy wyrecytowała wersy nie bacząc na jazgot tuz obok. Zuch, a ja dumny jak paw.

2) Hanuta mówi "R"!!! Jest to wydarzenie niezwykłe i jak wiele niezwykłych wcześniej, ominęło mnie kompletnie, nie tylko z racji nie mieszkania permanentnego z dziećmi. Mianowicie K. znów w debiucie swoim pojechała sama po ikonki do przybytków przedszkolnych, kiedy ojciec musiał harować nieco dłużej akurat w dniu, w którym zaczynał się najdłuższy czas z dziećmi w naszym domu, pomijając wakacje. I w aucie Hanuta zwracając się do K. rzekła śmiesznie i gardłowo zmuszając się do poprawności: "KaRRRolina". Tuskiem już nie będzie, odszczekuję niniejszym też sens angażowania logopedy. Może pomógł, raczej nie zaszkodził, choć "Rrrraj" jeszcze wciąż brzmi bardziej jak "bez jaj".

Hania

3) Przeprowadzamy się. Za tydzień. Do domu, o którym tu czytaliście pewnie ponad rok wstecz. Nagle będziemy mieli blisko 10 razy więcej powierzchni niż teraz, co dziś boleśnie odczuły plecy moje, kiedy zmusiłem je do zamiatania i mopowania oraz dźwigania. Cholernie przyjemne było upichcić dla wszystkich obiad w nowym miejscu, pierwszy raz i - fatalny zwrot dziennikarsko tępiony - spożyć go po raz pierwszy przy nowym stole, pierwszy raz włączyć zmywarkę i pierwszy raz ogrzać dom porządnie kominkiem.

Ale nader przyjemne było zobaczyć jak dzieciaki z racji pewnego uwolnienia w przestrzeni dostają małpiego rozumu. A jeszcze przyjemniejsze odesłanie ich do swojego pokoju, gdzie przez ponad godzinę, nie zawracając głowy sprzątającym, zajęły się budowaniem z klocków.

Nie ma dwóch zdań - ten pierwszy raz smakuje najlepiej.

PS: Zdjęcia z nowego miejsca na ziemi - wkrótce.

wtorek, 10 stycznia 2012

Wiecie, albo nie wiecie, a jak to drugie to się zaraz dowiecie, chyba, że dowiedzieć się nie chcecie i czytać nie będziecie, że przeprowadzamy się do domu. Tego, który grubo już ponad rok temu pojawił się na blogu tym, a pół roku temu roztrząsany był jako miejsce także dla dzieci naszych i trwały przymiarki do łóżek kupowania, bo dom jest, stoi, dach i okna ma, wszystko inne też, poza meblami.

I zaczęły się wewnątrz rodzinne konsultacje, społecznie podpierane, czy kupować kanapę do pokoju dziennego, czy może łóżka dziecięce, bo dzieci dziś śpią u nas na kanapie rozkładanej styl i marka IKEA, mieszczą się, śpią dobrze, a nawet za dobrze, ale ta kanapa ma w trakcie przenosin być wykorzystywana przez starsze pokolenie, więc...

I nagle bęc, jest, wpadło tak przez przypadek, przy okazji szukania łóżka do sypialni. I oto one, jedno, ale dwa, i chyba je rozdzielimy, że w domu swoim dzieci miały piętrusa, a w drugim domu swoim dwa osobowe.

łóżka dziecięce

piątek, 06 stycznia 2012

No dobra, przyznaję, przerwa była najdłuższa chyba w historii tegoż miejsca klikadełkowatego. Święta minęły, Nowy Rok minął, mędrcy nastali a u mnie wciąż o dupie i owsikach, na co zwróciła mi uwagę wierna czytelniczka, więc szybko pokazuję ot, takie coś...

Hania i Maja, Sylwester 2011

Usprawiedliwiać się sensu brak, święta wiadomo - inne rzeczy się pisze, nie do końca o sobie, a dzieci jak wiecie nie miałem przez pierwsze dwa dni, choć później się okazało fatalnie, że mogłem drugiego niemal całego już być z nimi. A po świętach zaczął się czas tak smutny i ciężki, że naprawdę nie na bloga tego i ani sylwester z dziećmi, ani czyrak na Hanuty nodze (ups, miałem się opanować...) zwiększać ochoty na pisanie nie dał rady nijak.

Powiem dziś zatem tylko tyle, że kryzys kryzysem, ale moje dzieci zostały w mojej ocenie, którą może skoryguję jeszcze wklepując ostatnie słowo wpisu tego, mocno w święta rozpieszczone i nie ma dwóch zdań, że rozstanie rodziców jest tego powodem. Oczywiście nie jest to w żadnym wypadku próba udowodnienia tezy, że rozpad rodziny dla dzieci oznacza fajerwerki - bo nie. Raz z tatą, raz z mamą, pewnie teraz mniej, ale za kilka lat zacznie im to doskwierać. I nie mam zamiaru się oszukiwać, że dzielenie się dziećmi w święta nigdy dla nikogo łatwe nie będzie. Ale w tym jednym aspekcie narzekać nie mają prawa i co tu dużo kamuflować - znudziły się.

No bo tak jest, że takiej ilości to ja nie widziałem. Coś ode mnie, coś od mamy, coś od mamy mamy, coś od mamy pana W. zgaduję, coś od mojej mamy, coś od mamy K., coś od siostry K. i nie mam pewności czy jeszcze nie od kogoś. Rzeczy absolutnie fantastyczne. "Ożywające" chomiki ninja, które sobie dzieci moje wymarzyły, pałac dla nich (bo to i ninja, i księżniczki są...), lalki szmacianki do ubierania, miękkie miśki, gra memory, alfabet, kolorowanki, opaski na głowę, petshopy i coś do nich (walizka???) i jeszcze kilka rzeczy o których z racji miejsca ich przyznania nie wiem. Tym więcej, że jak wiecie Majtek mój ukochany 1 stycznia jak zwykle przespał swoje urodziny o 4.16, choć tym razem był blisko z racji przetransportowywania po rocznicowych obchodach Nowego Roku obudził się na chwile ok. 3. A skoro urodziny to też coś trzeba podarować i Hanucie też, żeby smutno nie było.

Efekt taki, że przy ostatnich prezentach bodaj 2.01.12 od babci na urodziny Majtka entuzjazm - jak to się wyrażono - był mocno umiarkowany. A jak poszliśmy z nimi do Smyka, żeby sobie coś wybrały, szczytem marzeń był zestaw kolorowych gumek do włosów i odciągnąć się od tego nie dały.
Za dużo. Zaproponowałem zatem dwie rzeczy.
Po pierwsze: one nie są w stanie przerobić tylu zabawek, dlatego część z nich przewieziona zostanie do nowego domu, w którym mam nadzieję, że zamieszkam. Chciałem część świątecznych darów nawet nie rozpakowywać, ale zostało mi wytłumaczone, żeby same wybrały co chcą zabrać do swojego nowego pokoju. Ok.
Po drugie:
aby następnym razem był jeden porządny prezent, taki wyselekcjonowany, najlepszy, wymarzony. A do tego ubrania, które dzieciom zawsze się przydadzą. Z korzyścią będzie, a do tego one obie rosną mi na Top Model, więc w ciuszkach widzą rzeczy ładne, fajne i ciekawe, a nie tak jak ich ojciec jedynie okrycie co zimna nie powoduje lub nagość skrywa.

PS: Zdjęcie, tuż przed północą.

czwartek, 22 grudnia 2011

Tygodni wstecz raptem dwa lub co najwyżej kilka popukałem się w głowę, nawet chyba ciut za mocno, bo efekty w postaci nieskoordynowanego braku myślenia odczuwam do dziś, na wieść mailową o tym, ze w przedszkolu Hanuty najukochańszej, w grupie na szczęście nie jej, wykryto 1, słownie jeden, przypadek wszawicy.

Już sama nazwa, cedzona powoli przez usta, powoduje, że człowiek zaczyna mimowolnie iskać się po głowie. Swędzi, nie? Zaśmiałem się i oburzyłem, jak dziamdziający były funkcjonariusz na emeryturze w bloku, gdzie mu wszyscy wadzą, że mamy XXI wiek, a tu takie przypadki chorób, które wydawały się, że obumarły w epoce odległej, wraz z przywilejami dla wspomnianego funkcjonariusza.

Hania, Maja, Łomianki

Puściłem w niepamięć tak szybko, jak szybko dowiedziałem się, że moje ikonki nie drapią się, nie swędzą, i dokładając do tego wiedzę powszechnie i mi znaną, że myją łepetyny regularnie i niemal codziennie, uspokoiłem się całkowicie. Aż do dziś, kiedy kolejny mail z przedszkola poszedł, zaczynając się od złowrogiego UWAGA a kończąc na APELU O ZACHOWYWANIE SZCZEGÓLNEJ HIGIENY. Owsica. 1 przypadek, słownie jeden. Tym razem nie było wymienione w jakiej grupie dzieci.

Nie uspokoiłem się wiedzą, że to nie moje ikonki mają życie wewnętrzne, trochę już bardziej zapewnieniu "przyjrzę się sprawie...", jeszcze bardziej, że przedszkolny przybytek jął dyżurować w toaletach i przyglądać się poczynaniom fizjologicznym maluchów oraz zorganizował poza planem edukacyjnym lekcję z higieny osobistej. Znów jednak zdziwiony jestem wystąpieniem zarazy kojarzącej się z najgłębszym PRL-em i przedszkolami bez kibli.

Staram się nie dociekać, ani nie oceniać, ale trudno mi pozbyć się myśli, jak wyglądają rodzice zarażonych dzieciaków.

piątek, 16 grudnia 2011

Jasełka nr. 2. Kran w oczach nr. 2. Jeszcze obfitszy. Hanuta - nie boję się użyć słów powszechnie uznawanych za wielkie - zagrała wystrzałowo, bezbłędnie, brawurowo i z zaskoczeniem.

A zaczęło się jak zwykle - w nocy dwa hafty i podejrzenie choroby. Zmartwiłem się jak cholera, bo i finał przedszkolnego roku miała spierniczony przez zarazę i wtedy dotrwała dzielnie, choć widać było na buzi skupienie, zmęczenie, ale chciała zagrać i serca się takiego nie znalazło, co by jej zabroniło. Dziś na szczęście boleści brzuszne ustąpiły. Czyżby trema? Zapytałem o to po spektaklu. Ale o tym później.

Była aniołem iście anielskim. Wyła w chórze niebiańskim najgłośniej, najładniej i najszerzej otwartą buzią. Szukała oczami mnie i Majtka gniotącego mój kark, gdy znalazła uśmiech rozsadził mury budynku, ale nie wytrącił z teatralnej roli. Perfekcja.

Nagle wychodzi na środek, chwyta mikrofon i rzuca kilkanaście wersetów nie do spamiętania przez tak tępy mózg jak mój. Zaskoczenie - ani słowa nie znam ani ja, ani nikt kto Hanutę miał przyjemność słuchać podczas prób domowych. Nic nie powiedziała, nic nie ujawniła, wyszła i trzasnęła nie swoją rolę. Świtać mi zaczęło, że mówiła o chorobach wśród trupy artystycznej, ale kwestii nie ujawniła.

Potem walnęła już swój fragment z rozczulającym "To ostatnie juz Jasełka przez Tygryski wystawiane [...] nie zostaną zapomniane", później jeszcze kilka pieśni religinych, także w obcych językach... Wy co czytacie mnie częściej niż raz w życiu wiecie, że mam dystans do sukcesów córek swych, że wiem, że one zawsze dla mnie będą najlepsze i najpiękniejsze, ale w porównaniu do rodziców opisanych notkę niżej nie jestem ślepo-pierdzielnięty.

Tym razem na skromność i dystans mnie nie stać. BYŁA NAJLEPSZA I BEZBŁĘDNA. ;-)

I szczęśliwa po występie. Wieczorem spytałem, czy wie co to trema, że może ten brzuszek, te womity, to trema. Powiedziała, że się denerwowała.
Czym?
Że się coś nie uda.
Ale udało się!
No nie... Pomylił się Kacper, Paweł powiedział nie swój wierszyk, Adela... (imiona zmyślone).

Jestem oniemiały i tyle.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tak to już jest i dziwić się temu nie ma potrzeby nijakiej, że przedszkolaki najmłodsze, od ziemi ledwo odbite, czasem ryczą. A czasem jest na przykład wtedy, kiedy rozhisteryzowani rodzice biją się między sobą o miejsca w pierwszy rzędzie, po czym napierd... fleszami po gałkach tych maluchów, wrzeszcząc do nich "tu jest mamusia, machnij do tatusia, brawo Kubuś, głośniej, głośniej, śmiało perełeczko, no przecież umiesz, jak w domu dziubasku!"

Bleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!

Trzy się poryczały, cztery oślepły, dwa do dziś nie wiedzą czy przedstawienie trwa, czy się skończyło, reszta ma traumę na całe życie i zmarnowaną karierę w szkole filmowej Wajdy. Tylko rodzice pokazują te przerażone mordki uwiecznione na zdjęciach prężąc się z dumy.

Maja Jasło

A prawda jest taka, że mogło być cudownie. Ładne dekoracje, świąteczne lampki, mrok, przedszkolaki najmłodsze jak aniołki ubrane (rewelacja te korale z makaronu maźniętego ma biało) i przejęci młodzi artyści.
Majtek wytrzymała pierwszy atak fleszowych lamp, dwa ryki i gdy wreszcie wyszła na środek wyrecytować wierszyk rozległ się kolejny przejmujący spazm. Trzy razy zaczynała i kończyła w hałasie się nie przebijając, aż ciocia główna zaprowadziła porządek. Wreszcie się udało.

Nie pieprznąłem ojca stojącego obok przepychając się do przodu, nie wsadziłem łokcia w brzuch matki klaszcząc jak opętany, nie rozwaliłem w amoku aparatem fotograficznym łebka najbliżej stojącej ciotki, ani nie wyciągnąłem w środku przedstawienia mojej ikonki na uściski.

Przestałem tylko wiele widzieć przez łzy wlewające się litrami do oczu. Zdjęcie powstało PO przedstawieniu. W piątek kolejne - ikonki starszej.

piątek, 09 grudnia 2011

Dziś poważny debiut artystyczny młodszej ikonki - Jasełka 2011. Docierają do mnie informacje, że diva estrady ćwiczy także na zwrotkach starszej ikonki, która swoje Jasełka ma za tydzień. Generalnie powtarzam się, ale jestem zdumiony, jak wiele tak niewielkie móżdżki są w stanie zapamiętać tekstu i linijek, jak chłoną, do stopnia takiego, że jak Anioł Jasełkowy zaczyna występ, to jest w stanie wyrecytować potem wszystkie kwestie kolegów i koleżanek, czyli niemal pół godzinny teatr.

Majka

Z innej mańki: ikonka starsza Hanutą zwana dokonała wyboru, że idzie z K. kupować ozdoby choinkowe, bo za tydzień chcemy dzieciakom urządzić ubieranie drapaka, z racji tego, że na święta będą z nami dopiero od 2-go dnia wieczorem. Decyzja kosztem podziwiania siostry. Dokonała wyboru, choć przyznaję, że był dość oczywisty. Zgadzam się, że powinna uczestniczyć w artystycznej karierze siostry, ale tym razem wyjątkowo odpuszczam, bo jeszcze będzie wiele okazji. Do tego Hanuta wybrała dość karkołomny argument swojej decyzji, mianowicie uznała, że jak nie pójdzie na Jasełka Majki, to jej Jasełka mimo że drugie, to będą pierwsze. Dla niej tak będzie, oczywiście.

Hanka

Zmagamy się z tym "byciem pierwszym" we wszystkim cały czas. Zdarzają się histerie, złości, bicia i inne złe emocje z tego powodu. Nie mam wątpliwości, że nie o siostrę tylko chodzi, ani nie o to, że ta jest jakaś wyróżniona, bo nie jest. Pewien jestem natomiast, że przedszkole - poza wszystkimi wieloma cechami pozytywnymi, o których tu pisałem 1000 razy - ma też niestety co najmniej jedną fatalną - uczy wyścigu i rywalizacji od 2-3 roku życia. Wyścigu wyczerpującego, niszczącego, często nie pokazującego dzieciom ich wartości i siły, ale na odwrót - słabości i wykluczenie.
Bo to jak ze zdawaniem na prawo na UW - jesteś dobry, ale jest 15 kandydatów na miejsce i jak się nie dostaniesz to masz doła, że jesteś gorszy. Tu w przedszkolu prawem jest zabawa abecadłem - i 26 osób na trzy miejsca obok cioci Ewelinki.

Zadanie najważniejsze - że obie były pierwsze we wszystkim zawsze ex eaquo.

środa, 30 listopada 2011

Wiecie, a jak nie wiecie, do się właśnie dowiecie, że Hanutce zdarzało się. I że nawet przedszkolna obserwatorka od zachowań miała wyrazić opinię, że nic z tym złego. Wymyśliłem, bez porad psychologów i być może całkowicie fałszywie, błędnie i szkodliwie. Tajemnicę.

Najpierw była obietnica - tydzień na sucho i wjazd na XXX piętro PKiN, co dla dziecka przejeżdżającego często przez centrum i widzącego budowlę-prezent zaprzyjaźnionych towarzyszy, bez którego nie wyobrażam sobie jednak miasta tego, za każdym razem pytało o lot na górę. Obiecałem.

Obietnica pękła dzień przed wypłatą. Zdarzenie u nas w domu, kiedy ja cielsko w wannie odmaczałem, a dziecko tak się zapatrzyło w TV... Pisałem, że telewizja dzieciom szkodzi?

Więc ogłosiliśmy z Hanutą konkurs numer 2 pt. tydzień na sucho i wjazd na szczyt Pałacu, ale dodatkowo - jeśli będzie na sucho, mama nie dowie się, że była awaria. Krzykaczy od razu uspokajam - następnego dnia obiekt wokół którego emocje tajemnicy zostały zbudowane został lojalnie poinformowany o ustaleniach ojciec-córka i raczej usłyszałem, że to był błąd, z czym nawet mogę się zgodzić, bo o psychologii znam się jak na koniach wyścigowych.

I daleki jestem od teorii, że tajemnica wystarczyła, ale Hantek majtek nie nasączyła (zresztą Majtek też) i w ostatnią sobotę szczyt zdobyliśmy, paskudną okropnie Warszawę zobaczyliśmy, z nieco ładniejszą Wisłą i Narodowym biało-czerwonym, no i windy obite dywanami na ścianach z panią zaczytującą się w Pani Domu i wciskającą co 3 minuty guziki - góra/dół. To chyba jest kwintesencja bezstresowej pracy.

Teraz odchorują (glutami - dosłownie) i będziemy mieli kolejne tajemnice, aż do całkowitego upadku teorii tej, że działa. Problem w tym, że pytając o nagrodę w wielkiej kumulacji tajemnicy usłyszałem: lizaka. Przynajmniej się w d... nie przewróciło.

środa, 23 listopada 2011

Wybaczcie przerwę. Praca, kredyt, sprawy bardziej niż osobiste i na koniec, ale niemniej ważne sprawy, które dotąd mojego wyprasowanego i wygładzonego z jakichkolwiek mądrościowych fałd mózgu nie trwożyły, a teraz zaczęły, mianowicie zdrowie dzieci moich ukochanych. Majtek jest na razie zaniedbywany w miejscy tym, ale też mam wrażenie, że tego osobnika gatunku ludzkiego nie ruszy nic poza globalnym ociepleniem, a Hanuta była u rzeczonego ileś tam notek wstecz lekarza od kręgosłupa.

I wiem, wiem doskonale, że pisałem, że to jest trochę tak, że jak z majtkiem najpierw usłyszałem diagnozę złą, czyli, że trzeba 6-miesięcznego bobka wsadzić w szynę Koszli, to się buntowałem i próbowałem znaleźć takiego medyka, co diagnozę złagodzi, tak potem, nawet jak go znalazłem, to już mu nie ufałem. Widocznie się zmieniłem, bo skoro lekarz, który jednak - może to nieadekwatny zwrot - grozi operacją wysyła do specjalisty od dokładnie tego, co krzywe, a ten ocenia, ze nie jest w stanie stwierdzić, że to na pewno wada wrodzona leczona tylko operacyjnie, a zaleca obserwację i wizytę ponowną w kwietniu, a potem ewentualnie gorset i rehabilitację, to w przypadku Hanuty chwytam się tego i nie dopuszczam myśli, że może nie mieć racji. W końcu specjalista, które poleciła specjalistka, której ufam po Majtku.

I tak nastąpiło odroczenie, przy wiadomości o którym, zbladły problemy kredytowe, domowe, pracowe i inne, żeby się nie rozpisywać kończę i wyłączam.

czwartek, 10 listopada 2011

Historia się kółkiem zatoczyła i gibnęła w kierunku pani doktor, która dwa i pół roku temu z okładem zacisnęła na nogach Majtka szynę Koszli. Po trzech miesiącach córka moja ikonka kochana młodsza aparat zrzuciła, dziś jak biegnie i trafi na ścianę, to prędzej zamieni przeszkodę w luzem ułożone cegły w składzie budowlanym niż się przewróci i szkodę narobi.

Hanuta co innego - duszyczka artystyczna (wczoraj zapodała Jasełka rozpisane na trzynaście ról swoich kolegów i koleżanek), delikatna anielska budowa ciała jest powodem do wzdychań chłopaków, ale też jest jak młode drzewo niestabilne jest to i rozchwiane. Do tego lekko się skrzywiło i jak wiecie już z poprzednich wpisów o kręgosłupie pokręconym zaczął się żmudny proces... nie, nie leczenia czy rehabilitacji, ale szukania lekarza, po którym nie trzeba będzie iść do następnego. Cóż, dziś chyba mogę powiedzieć - znaleźliśmy.

Hanka, wyścigi

Zerknęła na zdjęcie: "Dobrze, żeście przyszli, bagatelizować nie można, zapraszam do siebie do szpitala, zrobimy dodatkowe zdjęcia punktowe, może rezonans magnetyczny, ale trzeba jeszcze pomyśleć, żeby zbyt dużej dawki promieniowania nie było, pewnie, że nie nie umie się prostować, chodzić prosto, bo jej nie pozwala kręgosłup, nie wiem jeszcze co dalej, ale jestem niemal pewna, że to kifoskolioza, zwyrodnienie, wada wrodzona, dwóch kręgów 1 i 2 odcinka piersiowego kręgosłupa, skręcenie tak do tyłu jak i w bok.

Amen. Tak to Hanuta dzielna moja recytatorka trafia do tegoż samego szpitala i tegoż samego gabinetu, gdzie siedzi ta sama babka co prawie 3 lata temu Majka. I tak jak wtedy szukałem lekarza, który diagnozę złagodzi i powie "nie trzeba szyny Koszli", tak teraz nie ma wątpliwości, że nie będę szukał takiego, co powie, że Hania po prostu cierpi na "pierdołowatość wrodzoną". Cieszę się, że jest ścieżka, po które razem - prości i mnie prości - pójdziemy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49




ESKA Rock