MOTTO BLOGA: - OJCOWIE ZDOLNYCH DZIECI SĄ GORĄCYMI ZWOLENNIKAMI TEORII DZIEDZICZENIA
Kategorie: Wszystkie | Familia | H&M Sport | Ojciec dumny | Poważnie | Z pieluchy | Żłobkowo
RSS
czwartek, 12 kwietnia 2012

Łamię się, żeby pisać, bo lepszego dnia niż dziś co prawda doświadczyłem dwa tygodnie temu, ale nadzieja dziś jakby większa, więc napiszę tylko, że bardzo nie chcę skrobać, żeby nie prowokować nader słusznych i jakże szczerych myśli Waszych "dobrze, że nie moje" (bo sam bym tak pomyślał), a jednocześnie tak bardzo chciałbym Wam powiedzieć, że mam najdzielniejszą, najodważniejszą i najsilniejszą córkę na świecie i że Hania wychodzi jutro ze szpitala, i że to początek długiej drogi, ale wierzę - bo nasłuchałem się i naoglądałem rzeczy niezwykłych udziałem istot niepozornych dokonanych - że Hania, co napisze już w pełni prawnie za jakiś czas, pójdzie 1.09 do szkoły lub tam dojedzie swoim specjalnym wehikułem, o czym będę pisał tu znów siejąc dookoła dumę, jaką tylko rodzic dziecka wyjątkowego jest w stanie zakażać innych.

To było jedno zdanie, choć pokazujące, jak brak mi dzielenia się wspaniałością ikonki pierwszej, zatem "do widzenia", zapraszam tam, gdzie wygaduję się ciut mniej publicznie: bartosz.raj@gazeta.pl

Tagi: Hania
23:00, bartosz.raj
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 27 lutego 2012

Obiecałem sobie lata temu, że to nie będzie blog o chorobach, ale o dzieciach. Zatem to koniec.

Do widzenia.

koniec bloga

Tagi: Hanka
12:34, bartosz.raj , Poważnie
Link Komentarze (61) »
piątek, 24 lutego 2012

Obudziła się. Przewraca oczami, jeszcze nie mówi, ale obudziła się z narkozy, czyli pierwsze porządne badanie w szpitalu (rezonans) zrobione. Wczoraj zasnęła spokojnie, ale w nocy podobno płakała. Nikt nie zadzwonił, żeby przyjechać, więc mam nadzieję, że to było tylko pochlipywanie, a nie przestraszona histeria, ale i tak się serce kraje. Tak czy siak o 6.30 już nie spała.

Rano humor wyborny, w zasadzie to gadać z tatą nie chciała a z siostrą to już w ogóle. Nie wymiotowała. Biblioteka jest, świetlica jest, głodna jest - w sumie takie komunikaty dostałem. Na czczo poszła na badanie ok. 11, wtedy jeszcze zdążyła zamówić mielonkę, masło i ketchup. Obudziła się ok. 13. [na zdjęciu przed narkozą - świetlica szpitalna]

szpital, Hania

Wciąż nie wiemy, co dalej. Nie sądzę by miała dziś jeszcze okulistę, kolejne badanie które miało determinować jej ewentualny powrót do domu. Informacyjnie zjawisko jest typowo szpitalne - nic nie wiadomo, nic nie jest pewne. Ani czy wyjdzie, ani czy zostaje, ani kto jest lekarzem, ani co dalej. I tempo też szpitalne - kiedy? W swoim czasie. Dziś? Nie wiadomo.
Uczy to wszystko cierpliwości.

czwartek, 23 lutego 2012

Jednak zostaje w szpitalu. Ale są koleżanki, wymioty ranne ustąpiły, jest się czym bawić. Było dobrze, póki nie zaczęli gmerać. Wenflon, pobrana krew, płacz przy kłuciu, bo dawno nie była, nawet chyba za świadomego życia nie-bobasowego nigdy. I humor zgasł. Ale jest dzielna i odważna. Trzyma się, pewnie lepiej niż jej ojciec.

Hania szpital

Mówi, że nie będzie się bała w nocy spać. Mnie wciąż trzyma wnerwienie, że w 2012 r. istnieje szpital dziecięcy bez miejsca dla opiekuna.
Będzie ktoś przy niej do zaśnięcia i przed obudzeniem. I trzeba mocno porozmawiać z tymi, co na nocnej zmianie, żeby w przypadku ataku paniki nie olali, tylko dzwonili, o każdej porze.

A jutro badanie.

środa, 22 lutego 2012

Nie, nie będzie o tym, co może się okazać, co może wyjść, co może się popieprzyć. Będzie o uczuciu, które tąpnęło nagle i trzyma. Może powinienem tak jak sto osób, które już wie "ucieszyć się" na zasadzie: "dobrze, że teraz w ten łeb dostała, bo wyszło i można leczyć". Ale nie umiem. Nie martwić się też nie umiem. Umiem za to przyczepić się do rzeczy, która pozornie nie jest najistotniejsza.

Bo jeśli, a nóż, jakby jednak została w szpitalu to okazuje się, że w Centrum Zdrowia Dziecka inaczej, niż jak było z Majką, tzn. z dzieckiem nie można w nocy przy łóżku być. A Hanuta się boi zostawać na chwilę sama. Nie mogę w okienku na stacji wyjść i zapłacić za benzynę, nie można wyjść 10 metrów obok do sąsiadki po cukier, bo nie chce zostać sama w domu, dostanie histerii i aż zacznie się trząść. Rozpacz, jaką wtedy prezentuje jest nie do zniesienia rozdzierająca, dość powiedzieć, że tak ją to trzyma, że teraz w domu, czy wcześniej w domu rodziców K. już po zaśnięciu potrafiła zejść, żeby zobaczyć, czy my aby na pewno na dole.

I tego cierpienia znieść nie mogę, więc niech lepiej nie zostaje na noc w szpitalu, bo to będzie oznaczało, że nie 1) będzie samotna, 2) nie było potrzeby.

Dziś miała dobry dzień, bez womita. Tylko godzina w środku dnia słabości, polegiwania. Dobrze, że odpoczęła choć trochę przed jutrzejszym.

wtorek, 21 lutego 2012
poniedziałek, 20 lutego 2012

UPDATE: To nie jest grypa żołądkowa. Zaczynamy leczenie. Lekarz z typu takich, co od razu wiesz, że dobrze trafiłeś. Choć mógłby nieco uspokoić.

UWAGA: Notka została wyedytowa, żeby nie wskazywać na wszystko, co Hanucie może dolegać. Taka jest rodziców decyzja, jeśli ktoś chce ze mną o tym porozmawiać, bo nie czytał pierwszej wersji - zapraszam na bartosz.raj@gazeta.pl.

TREŚĆ PONIŻEJ:

Ja obiecywałem, świecie drogi, że nie będzie to miejsce (jak wiele innych) ciągłych lamentów na posiadanie dzieci na związanie z nimi wszelakie choróbska i przypadłości. Zarzekałem się, ludzie wszelacy, że nie będzie to miejsce o rzygach, gorączkach, bólach i o sepsach. Ja wiem, że można o dzieciach inaczej.

Ale dziś inaczej się nie da.

Wzięło się chyba zrobiło z tydzień temu jakoś, że Hanuta pierwszy raz do przybytku edukacyjnego nie poszła, bo głowa boli i womitować się chce. Potem była poprawa, przybytek zaliczony raz i drugi, potem weekend i na weekendzie narty i kolejne, typowo Hanutowe, bum na paszczę podobno na ślizgawce, co odkryłem będąc na jakimś takim dziwnym dniu dziadka spóźnionym bardzo we wspomnianym już dwukrotnie przybytku, bo śliwka się obrodziła pod okiem lewym. A na występie ikonka w rudej peruce się prezentowała, ale nie była swoja, zamyślona, zagapiała się i była taka jakaś nieobecna, więc spytałem czy chora, ano przeziębiona. Następnego dnia nie poszła do przedszkola.

Potem raz była, raz nie, womity się powtarzały, bóle głowy też, aż do łba mi strzeliło: może to od upadku i zacząłem wypytywać, jak on wyglądał, poza tym, że był Hanutowo typowy. Ano się okazało że nie za bardzo wiadomo. W międzyczasie dwóch lekarzy rozprawiało nad stanem womitowania córki mej, ale ten drugi już naprowadzony bólami głowy nie mówił, że zapalenie gardła i że zapalenie zatok, ale rzekł, że swojemu dziecku zrobiłby tomografię.

I zrobiliśmy w sobotę, paradoksalnie dniu całkiem zdrowym, z jednym jedynie womitem na świeżym powietrzu, ale kondycyjnie dziecko super. Hanuta włożyła łeb do pralki ku ogólnej wesołości Majtka, zachwyconego faktem tym, i potem czekaliśmy na opis. Wychodzi pani i pyta, czy dziecko jest pod opieką pediatry. Nie. Bo po co? 

Bo ma........................................................................................................................ (celowo nie podaję), konieczna dalsza diagnostyka celem określenia dynamiki - to cytat. Tysiące domysłów i pytań.
Słowa w opisie badania otwierają kolejne bramy wyobraźni, nauczyłem się już, ze absolutnie nie można wtedy wleźć do internetu, bo się niechybnie gdzieś przeczyta, że dziecko zaraz umrze, a i tak dotarło do mnie kątem i rykoszetem, że wymioty i bóle głowy, a potem utraty przytomności wskazują właśnie na to.
Jak bardzo ciężko to nie zabrzmi - jej krzywiutki kręgosłup mógł się skrzywić wcale nie sam. [Zresztą potwierdził to opisany poniżej lekarz].

Do tego w poniedziałek Hanuta miała najgorszy dzień z wszystkich. Womitowała wszystkim, przelewała się przez ręce, spała godzinami. Aż żal było patrzeć. Na szczęście już we wtorek ma wizytę u neurologa, podobno jednego z najlepszych w Polsce. Oby. I oby to co ją tarmosi było tylko kolejnym wirusem grypopodobnym.

PS: Serdeczne gratulacje dla ojca z malab.blox.pl za bycie ojcem podwójnym w ekspresowym tempie. Imienia jeszcze nie znam, ma być Krystyna lub Marta. Jakkolwiek to banalnie zabrzmi, małej życzę przede wszystkim zdrowia.

wtorek, 07 lutego 2012

Bawi mnie to. Bawi mnie i śmieszy, kiedy rodzice zaangażowani przez przedszkolnych opiekunów pociech naszych starają się z językami wysuniętymi i przynoszą następnego dnia odrobione zadanie, gdzie ani jedna kreska świecówki nie wykracza poza linię, a 2,5 roczne dziecko ani razu nie myli się i nie maluje pola z trójkątem na zielono, choć jak wół napisane, że ma na niebiesko.

Jedno takie zadanie szczególnie zapamiętałem - dzieci 3 letnie (Majtek) miały zrobić karmnik. Technika dowolna. Ikonka młodsza zapamiętale cięła nożyczkami na kawałeczki tekturę, która potem mazała klejem a K. i ja kleiliśmy koślawy karmnik, potem obie z siostrą starszą Hantkiem zwaną pomazały nowoczesnym brokatem w żelu ów ptasi domek i oddaliśmy genialne dzieło do przybytku edukacyjnego.

Obok stała praca domowa dziecka młodszego jeszcze. A nawet dwie. Jeden to był kupny karmnik z kołków brzozy i wikliny. Drugi misternie wycięty piłą z deszczółek, zbity i pomalowany.

Zabawne to bardzo, że rodzice zaczynają rywalizować, choć jedynym powodem ich angażu w prace domowe ikonek powinno być spędzenie z nimi czasu. Dlatego parasolka Majki była różowa i przypominała balon, choinka niebieska i miała czarne bombki, a pomalowana wiewiórka miała spazmatycznie zielony kolor i dziurę od tarcia flamastrem w brzuchu.

Jestem dumny z prac domowych obu córek. Zdobią lodówki, pralki, ściany i okna. I nie narobiłem się przy nich, a spędziłem cholernie dużo dobrego czasu. I dużo bardziej cieszy przyniesienie do przedszkola unikatowego działa, niż odrysowanego z kalki mazidła, które nie tylko 3 i 5 latka nie zrobi, ale i 15 latek będzie miał kłopot. Po czymś takim nie da się upaćkać na tyle, żeby konieczna była wanna.

wanna, dzieci

Nie moja sprawa? No nie moja. Zatem niech się bawią dobrze. Rodzice.

niedziela, 05 lutego 2012

Przeprowadziliśmy się. W tempie ekspresowym. To było jakieś 100 km na trasie Wiejska, Łomianki, Kolonia. Ale udało się, jesteśmy. Żal, że następnego dnia trzeba było do pracy jechać zamiast kontemplować nowe otoczenie, ale wzięliśmy wolne w piątek, żeby się wreszcie nasycić. I mogę powiedzieć a raczej naskrobać - jest nieźle.

Kolonia, pierwszy spacer

Do roboty - 40 minut, bo połowie ludzkości pozamarzały samochody i nie ma korków. Dookoła sklepy warte grzechu, ceny win w nowo otwartej Biedronce w niedalekiej Magdalence namawiają do złego i straszą nałogiem. Tam też w środku zimy przy minus czasem 22 wzięliśmy do domu siedem sztuk tulipanów za 6,99, które pięknie wkomponowały się w nowe otoczenie. Tak, słychać to i widać, że chłoniemy to miejsce i jesteśmy szczęśliwi, prawda?

Ikonki nas w tym uczuciu utwierdzają. Poza jedną rzeczą - wstają godzinę - półtorej wcześniej niż na Wiejskiej, co mi się zdecydowanie nie podoba. Poza tym panoszą się po chacie, biegają po schodach, znikają w swoim pokoju (Boże, jak ja uwielbiam zdanie: idźcie do swojego pokoju...), chwalą się, że duszki złożyły im łóżka i kłócą wieczorem czy wziąć prysznic na dole, czy wannę na górze.

pokój dzieci

Kontynuując opis liczbowy - do przedszkoli ok. 15 minut, a w te i wewte (tak to się pisze?) ok. 35. Żeby zadowolenia było mało, samochód naprawiony i znów grzeje, co miało niebagatelne znaczenie przy aurze na zewnątrz, udało mi się nie zepsuć odkurzacza, weekend był pełen odwiedzin i okazało się nawet, że cztery osoby (+ H. w brzuchu) przy naszym małym kawowym stoliku w kuchni są w stanie się pomieścić i nawet do ust łychą trafić, a do Łomianek jest rzut beretem...

Zaczynamy więc drugi tydzień, jutro odwożąc dzieci do przedszkola i żegnając się z nimi na jakiś czas, licząc na to, że: szybko wrócą ikonki moje, korki nie wrócą, mrozy sobie pójdą, kot przyjdzie wreszcie, a odejdzie ochota na kręcenie kurkami grzejników, pieców i naściennych termostatów, kominka się nauczymy, puszczania wody bez sensu - oduczymy, a rachunek się zlituje i jednak nie zabije.

tulipany

Bo jest bosko.

wtorek, 31 stycznia 2012

Wybaczcie.

Przepraszam.

Nigdy więcej.

Poprawię się.

Obiecuję.

Nie chciałem.

Akurat... Nie chciałem... Chciałem, chciałem, jakbym nie chciał to pisałbym a nie zaniedbywał miejsce to wyjątkowe. Ale nie - chciałem, bo zająłem się rzeczami ważniejszymi i dowód to mile łechtający moje poczucie indywidualności, że nie jestem jeszcze na tyle zainfekowany koniecznością stukania w klawiaturę, żebym rzucał wszystko, zaniedbywał istotności i pisał, pisał, pisał, kiedy nawet niewiele jest do napisania.

Ale teraz wracam, ze spuszczoną głową pokornie prosząc o zainteresowanie, bo zebrało się wiele, a przede wszystkim stukanie obecnie przeze mnie udzielane następuje z nowego miejsca i nowego z siecią połączenia, co niechybnie oznacza, że wywiało nas ze stolicy daleko. Ciut wnikliwsi wiedzą doskonale gdzie to teraz jest, powiem tyle, że samochodów nie słychać, za oknem ganiają dziki i sarny, rachunki za ogrzewanie przewyższają te za operacje plastyczne, a do Łomianek jest pewnie z 60 km.

Ale jest też: ciepło, dwa autobusy, kilka sklepów, największe centrum handlowe z IKEĄ i kinem, oraz święty spokój. A propos IKEI - skręcanie dziecięcych łóżek było katorgą, oniemiałem, kiedy po rozpakowaniu owych okazało się, że instrukcji obsługi skręcania brak, i przez dobre pół godziny zastanawiałem się, czy aby na pewno to są dwa łózka, czy może raptem półtora. Wyszło, że dwa, bez 6 śrubek, cholernie istotnych, ale te - o dzięki ci nowy domku chowający w sobie wiele tajemnic - dało się odnaleźć.

Tak więc czekamy z K. niecierpliwie na ikonki małe, które już w czwartek po raz pierwszy po drodze będą odebrane z przybytków edukacyjnych i zabrane do domu i swojego pokoju ze swoimi nowymi, w pocie czoła i bólem dłoni sklecanymi łóżkami, nowymi kolorowymi kinkietami i znanym z dziupli na Wiejskiej dywanikiem. Nie mogę się doczekać, tym bardziej, że raptem dwa dni temu skończyły u nas najdłuższy czas, dłuższy nawet od wakacji, pełne 10 dni non-stop z odwożeniem do przedszkoli, imprezami z okazji dnia Babci etc.

Zdjęcia wkrótce, ale tymczasem, ważki jeden komunikat - zmienia się adres odsyłający do pierwotnego i historycznego hantek.blox.pl. Szczegóły wkrótce. Przez wyszukiwarki znajdziecie mnie tak jak dotychczas. W końcu Ojciec Raj jest jeden (poza milionami w Indiach).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50




ESKA Rock